Ze Swanetii pod Kazbek: nocleg w Tbilisi i Gruzińska Droga Wojenna

Po kilku dniach w pięknej Swanetii przyszła pora powiedzieć „Na razie!” i ruszyć tyłki ku nowemu – pod legendarny i niezwykle wśród Polaków popularny Kazbek. A, że podróż to niekrótka i niebanalna to i słów kilka jej poświęcę.

mapa.jpg
Sroga droga.

Choć Mestię i Stepancmindę dzieli w linii prostej tylko 150 kilometrów to dostanie się z jednego miasta do drugiego wymaga pokonania kilometrów przeszło 500! A to wszystko przez mnogość pomniejszych pasm górskich środkowego Wysokiego Kaukazu, całkowicie nieprzystosowanych i chyba po prostu niemożliwych do przebycia autem. Na piechotę zresztą też nie – kilkudziesięciu kilometrowy odcinek w górach – nawet jeśli jest do przejścia po względem hm fizycznym – ma przeszkodę w postaci Osetii Południowej, kawałka ziemi o który do dziś Gruzja toczy spór z Rosją a trafienie do aresztu za przekroczenie granicy w miejscu gdzie jak dobrze się orientuję Polski konsulat nie miałby do powiedzenia zbyt dużo to niefajna perspektywa, prawda?

Ach, ciężko opuszczać Mestię…

Dlatego zostaje samochód (fragmentami pociąg) i podróż „bardzo naokoło” przez pół Gruzji 🙂 Zrobić to można na kilka sposobów. Najłatwiej (i najtrudniej zarazem) byłoby zrobić to własnym autem – wtedy „jedynie” gruzińscy kierowcy, drogi i krowy byliby naszymi przeciwnikami 😉 Kiedy autem nie dysponujemy musimy posilić się marszrutkami, stopem lub do pewnego momentu pociągiem. Niezależnie od wyboru środka transportu i tak trzeba dotrzeć do stolicy. Możemy wybrać:

  • marszrutkę bezpośrednią Mestia-Tbilisi, koszt 30 lari, wyjazd o 8.00. Podróż trwa około 10 godzin – około bo to Gruzja i nie wiadomo co może wydarzyć się po drodze.
  • jeśli zaśpimy lub rano nie będzie już miejsc trzeba kombinować i wybrać późniejszy busik do Zugdidi skąd już powinniście złapać dalszy transport: albo marszrutkę (ponownie) albo pociąg – z tego co jednak wyczytać mogę ciuchcie są tylko nocne – wyjazdy o 18.15 i 22.15. Koszt porównywalny lub lekko wyższy niż bezpośrednio.

Z Tbilisi (stacja Didube) do Stepancmindy dotrzemy już tylko marszrutkami/stopem. To jeden z popularniejszych kierunków więc problemu z naganiaczami mieć nie będziecie… jedynie cennik u niektórych przewoźników jest dość rozbieżny: można trafić na „speszyl prajs maj frend” 150 lari za 2 osoby jak i kulturalne 20-30 lari w busiku w kilka osób. Co i tak potem wydaje się niczym przy 10 lari z powrotem 🙂

No to jedziemy!

Wydaje się, że opuszczając Swanetię góry odstawiają desperackie próby zatrzymania człowieka na miejscu: ilość zapierających dech w piersi szczytów, dolin poraża i naprawdę aż chciałoby się rzucić: „Stop panie kierowco, wysiadamy i zostajemy!” To doprawdy rozdzierające serce uczucie kiedy widzi się krajobrazy tak cudowne mając świadomość, że się je opuszcza ;(

Opuszczamy Swanetię.
Opuszczamy Swanetię.
Opuszczamy Swanetię.

Kierowcy nie są już tak skorzy do zatrzymywania się na przełęczach czy na wybitnych punktach widokowych – z jednej strony kapuję, pewnie każdy zatrzymywał się tam w drodze do Mestii, ale jednak postój przy zbiorniku Inguri zawsze spoko 😛

Długa trasa, 35 stopni, z każdym kilometrem powieki robią się cięższe. Zaczynam odliczać mijane nieczynne stacje paliwowe i zapadam w sen. Budzę się dopiero za Gori. Wokół step, spalone słońcem wzgórza – zielone lasy zostawiliśmy daleko za sobą. Do stolicy docieramy późnym popołudniem.

TBILISI. WIECZORNYM SPACEREM.

Wysiadamy na Station Square, dworcu autobusowym, kolejowym i galerii handlowej w  jednym. To stamtąd odjeżdżają marszrutki do Zugdidi, Batumi ale także do Erywania. Ogarniamy nocleg, choć chwilę nam to zabiera bo nasze mieszkanie, choć adres wskazywał na hotel mieściło się w bloku obok – na szczęście obsługa rzeczonego hotelu skontaktowała się z naszym hostem i przed 19 byliśmy gotowi na krótki spacer po stolicy. A towarzyszło mu kilka myśli.

Złota (?) myśl nr 1: poczuć się jak nad morzem Śródziemnym. Lub coś w ten deseń. No nie powiecie mi, że wychodząc na aleję nieopodal Placu Wolności, pośród tych wszystkich platanów, starych kamienic, zaplątanych pomiędzy galeriami i restauracyjkami nie poczuliście iberyjskiego vibe’u?

P1010726.jpg
It lives!

Złota myśl nr 2: to miasto nie śpi! Było już późno a na ulicach dzikie tłumy.  I w sklepach z pamiątkami. U fryzjerów. I w kantorach, setkach kantorów! Jakiż był nasz szok kilka dni później w Erywaniu, gdzie punkty wymiany walut wcale tak popularne nie były. To jednak zostawmy na później. Im później było tym zdawało nam się ludzi przybywało. Restauracje, kawiarnie – te duże jak i małe pękające w szwach, ulicą Szardeni nie dało się przejść.

Na obu brzegach rzeki koncerty, nie wiem czy trafiliśmy akurat na taki dzień, ale z pewnością mało kto w Tibilisi wtedy spał 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Złota myśl nr 3: podaruj mi trochę światła! Tbilisi nocą promienieje iluminacjami, podświetlone zostają tak kościoły, jak i mosty, wieże radiowe, twierdza, pomniki. Nad rzeką widać to najlepiej. Przechadzając się wzdłuż Kury co po chwilę mijają nas kolorowe łódki, ponad naszymi głowami kursują podświetlone wagoniki kolejki gondolowej. Z kolei kolorowa wieża telewizyjna – której z pewnością też nie przegapicie – wieńczy wjazd tradycyjną kolejką szynową na wzgórze Mtatsminda.

Tbilisi nocą.
Tbilisi nocą.
Tbilisi nocą.

Najważniejsze świątynie, twierdza Narikala, pomnik Matki Gruzji – wszystko to nocą bardzo łatwo zlokalizować. Kościół Matki Boskiej Metechskiej, chyba jeden z najbardziej rozpoznawalnych w mieście, usytuowany na wysokiej skarpie nad rzeką nocą mieni się przeróżnymi barwami, refleksami rzucanymi przez łódki z turystami.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Kościół Matki Boskiej Metechskiej oraz pomnik kola Vakhtanga
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Świateł ci w Tbilisi pod dostatkiem, chyba momentami aż za bardzo.

Z kolei jedna z najważniejszych gruzińskich świątyń, katedra Sioni jakby przez skromność schowana jest wśród szeregu innych budowli. Katedra wzniesiona już w V wieku przez setki lat wielokrotnie była niszczona i wznoszona na nowo. Dla Gruzinów jest miejscem szczególnym – to w jej murach znajduje się relikwia świętej Nino, krzyż z winorośli. Na widoku jest jednak tylko kopia krucyfiksu, prawdziwy schowany jest przed oczami ludu. Św. Nino zajmuje u Gruzinów szczególne miejsce, to za jej sprawą Gruzja przyjęła (jako drugie państwo po Armenii) chrześcijaństwo. Żyjąca na przełomie III i IV święta wędrowała po Kaukazie głosząc wiarę w Chrystusa. Głośno było o jej uzdrowicielskich zdolnościach dlatego po przybyciu do Gruzji (ówczesnej Iberii) zgłosił się do niej tamtejszy król z prośbą by uleczyła jego żonę Nanę. Co też zrobiła. W podzięce król i królowa (a dalej całe państwo Iberii) przyjęli chrześcijaństwo a Nino podarowała monarsze spleciony przez lata krzyż.

P1010733 lajt.jpg
Katedra Sioni.

Złota myśl nr 4: maszeruj albo giń! Tbilisi to nie jest miasto, dla pieszych… znaczy się są takie jego fragmenty. Wzdłuż kluczowej dla metropolii rzeki Kura ciągnie się wielopasmowa Aleja Rustawelego, na której znalezienie przejścia dla pieszych jest najmniejszym problemem (a i tak jest to ciężkie i takie „cudactwa” znaleźć można dość rzadko). Kiedy już postawi się nogę na pasach liczyć się trzeba z tym… że nikogo to nie interesuje! Idziesz na własną odpowiedzialność, ba, wydaje się, że każdemu Gruzinowi na drodze zaczynasz jarzyć się na czerwono i za twoje potrącenie może dostać jakąś nagrodę. Naprawdę, parę razy było gorąco. No, ale piszę ten post więc jakoś przeżyliśmy 😉

Następnego dnia jednak trzeba było wcześnie wstać więc zostawiliśmy to wszystko za sobą…

GRUZIŃSKA DROGA WOJENNA

Marszrutek do Stepancmindy ci w Tbilisi dostatek. Rozkładu jazdy wam nie podam bo to jakby gonić ducha – busików jest dużo i niemal o każdej porze na dworcu Didube znajdziecie kogoś kto chętnie was zabierze. Pozostaje się tylko dogadać. Nasza ekipa zebrała się dość szybko, wolne było tylko jedno miejsce i przedsiębiorczy kierowca był nawet wtedy jechać – wystarczyło „wyłożyć” po 5 lari za nieistniejącego pasażera 🙂 Na szczęście wtedy pojawił się ostatni do kompanii i mogliśmy ruszać.

Droga ze stolicy na północ kraju i dalej przez granicę do Władykaukazu nosi nazwę Gruzińskiej Drogi Wojennej. Szczerze powiedziawszy byłem pewien, że etymologia zaprowadzi nas do któregoś XX wiecznego konfliktu a okazało się, że nazwa sięga do XIX wieku kiedy to droga po wielu latach przebudowy zaczęła bardziej niż zwykle służyć Rosyjskiej armii maszerującej z Północnej Osetii na południe, niosącej pokój wrażym krajom kaukaskim.

Dziś jest to głównie szlak handlowy: nie ma się co dziwić, to jedyne logiczne przejście łączące Gruzję z ziemiami na północ od Kaukazu (drogi do Soczi przez Abchazję się nie tam uznaje). Dlategóż to, na krętych górskich zakrętach można spotkać olbrzymią wręcz ilość tirów na blachach rosyjskich, ale i chyba wszystkich okolicznych byłych republik radzieckich. A miedzy nimi niepozorne Mitsubishi Delica (chyba wszystkie egzemplarze, których nie znajdziecie w Japonii :D) wiozące turystów pod Kazbek. To my!

Gruzińska Droga Wojenna jest niezwykle widowiskowa. Im dalej od stolicy tym bardziej nabiera wysokogórskiego charakteru, wznosząc się w najwyższym punkcie na 2379 mnpm. Cóż zatem oferuje po drodze?

ZBIORNIK ZHINVALI I TWIERDZA ANANURI

Jedziemy już godzinę. Wokół zielone wzgórza, pełne lasów. Nagle po naszej prawicy słychać wzdechnięcie niemieckiej koleżanki siedzącej przy oknie: oto dojechaliśmy do zbiornika Zhinvali, którego turkusowe wody będą nam towarzyszyły przez kilka kilometrów a zwieńczeniem podróży wzdłuż brzegów będzie postój przy niezwykle widowiskowo usytuowanej twierdzy Ananuri.

P1010827.jpg
Zbiornik Żinwalski i turkus jego wód.

Zbironik Żinwalski (jak zwykło się mawiać po polsku) powstał na przełomie lat 70 i 80 XX wieku. Radzieccy dygnitarze w myśl zasady „Wincyj!” planowali powiększenie jego obszaru w nosie mając to, że woda zalałaby część Ananuri. Pomysłowi temu postawiła się miejscowa ludność… i co ciekawe plany poszły w diabły a twierdza ocalała.

P1010832.jpg
Twierdza Ananuri.

A dziś jest jedną z większych atrakcji w całej Gruzji. Zatrzymaliśmy się na 15 minut, przysłowiowego ćmika dla kierowcy. Wokół kilkanaście straganów z pamiątkami, jedzeniem i piciem. Tłum niemały i pośród murów twierdzy można poczuć ścisk. Czasu dużo nie mamy wiec robimy tylko obchód.

Dwie cerkwie i twierdza właściwa robią największe wrażenie z daleka. Pochodzący z XIII wieku kompleks (choć najbardziej zauważalna wieża liczy sobie tylko 300 lat, niespełna) zachował się w naprawdę dobrej kondycji a przyznać trzeba, że historia nie pomagała w utrzymaniu takiego stanu rzeczy – że wspomnę tylko o mnogości powstań chłopskich i najazdów przez kolejnych „dobrych sąsiadów” poprzez kolejne rewolty, pożary i co tam jeszcze 😉

P1010840.jpg
Takie widoki rozciągają się z jednej z wież.

Dziś jednak twierdza przyciąga jak magnes a turkusowe wody zbiornika widziane z jednej z fortecznych wież są naprawdę godne polecenia!

POMNIK PRZYJAŹNI GRUZIŃSKO-RADZIECKIEJ

Z racji tego, że państwo radzieckie wszystkich lubiło to w każdym kraju nad którym sprawowało pieczę starało się pozostawić po sobie jakąś pamiątkę. Zazwyczaj monumentalną i taką, którą nawet ślepy zobaczy. Tak jest i tutaj.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
A po drodze…

Wspinamy się na ponad 2 tysiące metrów ponad poziom morza. Rzeka Aragvi pozostaje głęboko w dolinach, nad którymi wznoszą się monumentalne góry, szaroście mieszają się z zielenią. Mijamy Gudauri, największy w okolicach resort narciarski, rozrzucone wzdłuż drogi hotele, szkółki narciarstwa są puste i czekają na sezon.

I wtedy naszym oczom pojawia się wspomniany monument czasów minionych, pomnik przyjaźni… ekhem gruzińsko-radzieckiej. Aż dziw bierze, że ta dość brutalistyczna konstrukcja wciąż trzyma się na nogach. Fakt, powstanie pomnika wiąże się z 200 rocznicą ustanowienia protektoratu Rosji nad wschodnią Gruzją, mającego dać Gruzinom ochronę przed sąsiadami… dziś jednak o wiele trudniej o rzeczoną przyjaźń pomiędzy oboma krajami…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Pomnik Przyjaźni gruzińsko-radzieckiej.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Pomnik Przyjaźni gruzińsko-radzieckiej.

Nie przeszkadza to jednak trzepać niezłej kasy na turystach, sprzedawana jest tona pamiątek, ciuchów, ustrojstwa wszelkiej maści.

P1010851.jpg
A kupta co chceta 🙂

A widoki dookoła odbierają mowę 🙂

Na krawędzi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ruszamy dalej. Po drodze mijamy kolejne nieczynne latem tunele, otwierane tylko zimą na wypadek lawin lub poważnych opadów śniegu. Od czasu do czasu pojawią się krowy, ale zdecydowanie mniej ich tu uczestniczy w ruchu ulicznym niż na nizinach. Nasz kierowca uznaje, że trawertynowe tarasy mijane tuż przed zjazdem do doliny Truso są mało interesujące i nawet nie zwalnia – całe szczęście następnego dnia odwiedzimy to miejsce i jeszcze porządnie nawdychamy się siarki 😀

Chmurki, które do tamtej chwili dość gęsto wisiały na niebie zaczęły się rozrzedzać. A naszym oczom ukazał się Kazbek.

Stepancmindę osiągamy po niemal trzech godzinach jazdy. Jest pięknie 🙂

P1010877.jpg
Stepancminda. Huehue, na Kazbek jeszcze chwilę poczekajcie, ok? 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.