Małe Pieniny. Miejsce, które odwiedzić powinien każdy!

Dawno już nie czułem w  górach TAKIEJ ekscytacji. Tak wiem, przecież przemarsz przez Małe Pieniny to tak absolutny klasyk, że głowa mała. Jakimś jednak zrządzeniem losu przez te wszystkie lata omijałem tę niewielką część naszych gór… w sumie nie wiem dlaczego. Jak wielkim błędem to było przekonałem się w zeszły weekend. Małe Pieniny są (spoiler) cudowne!

Piątek o godzinie 21.59 rozpoczynam przygodę. To mnie zawsze rozbraja: na miejscu będę około 8-9 godzin a w pociągach i autobusach stracę godzin przeszło 20 😀 Jak dotąd jednak w zupełności mi to nie przeszkadza 😉 W Krakowie melduję się po 5 rano, pierwszy autobus do Szczawnicy rusza o 6.45 jest więc czas na śniadanie. A potem kimę w dalszej drodze. Budzę się jednak przed Krościenkiem kiedy to prawie zaliczamy czołowe zderzenie z busem z naprzeciwka… Rozbudzony podziwiam okoliczne wzniesienia kryjące się w chmurach. Około 9.00 osiągamy Szczawnicę a mi chce się… no tu powinna paść pewna gra słów (ale wiecie o co chodzi, prawda? ;)).

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Takie rzeczy czekają na Was głębiej w tekście 😉

Już w pełni zdatny do długiego marszu ostatni raz rzucam okiem na mapę, liczę czas i uhahany ruszam. Wertując mapy na całe 24 godziny przed wypadem – kiedy to jednak przekonałem sam siebie, że jednak „w Pieniny!” – nakreśliłem sobie plan: Palenica z Szafranówką, potem Wysoki Wierch a następnie odbicie do Słowacji i powrót do Szczawnicy przez Leśnicę i zahaczenie o Dunajec… Ten tego plan ciekawy, ale jednak nie wypalił. I bardzo dobrze, inaczej nie trafiłbym na mega wypasiony zachód słońca na WW. Po kolei jednak.

mapa
Le plan.

Szczawnica-Palenica-Szafranówka

szczawnica-szafranowka

Wszystko zaczyna się przy dolnej stacji wyciągu na Palenicę, tam zatrzymuje się bus z Krakowa i tam najlepiej zacząć marsz. Wystarczy przejść rzekę Grajcarek, razem z żółtym znaczeniem minąć kilka domostw i wejść w las. A potem pod górę, hardo i dość stromo, jesienią lisciaście, szyszkowo i błotniście jak ma się pecha.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zaczynamy!

Podejście jest dość mozolne w warunkach jakie nakreśliłem wcześniej i jego pokonanie zajmuje tak z 45 minut do godziny. Jeśli ktoś woli zachować energię na później, coś strzyka mu w kolanie lub po prostu ma na to ochotę (bo czemu by i nie) może wjechać kolejką linową – koszta i reszta szczegółów tutaj.

P1012921.jpg
Kolejka już działa więc korzystajcie jeśli potrzeba 🙂

Ja kopytkowałem pod górę – w sumie wyboru nie było, trafiłem pod Palenicę w ostatni dzień przerwy w działaniu kolejki 🙂 I dzięki temu też spotkałem Olę z Warszawy, która również walczyła z tamtejszym podejściem i jak się okazało plan dnia miała bardzo podobny do mojego i jakoś tak do zachodu słońca razem przeszliśmy 20 kilometrów 🙂 Pozdrówka!

P1012938.jpg
Ola pozdrawia! 🙂

Po wyjściu z lasu pierwszy raz naszym oczom ukazuje się widok na Pieniny właściwe. Już wtedy widząc Trzy Korony wiedziałem, że będzie dobrze. Widoki ładne a my tak bardzo gadu gadu, że tuż przed Szafranówką odbijamy w lewo i spokojnie idziemy wzdłuż wydeptanej ścieżki… i dopiero po kilkuset metrach ogarniamy, że to nie dalszy szlak a stok narciarski. W tył zwrot!

P1012927.jpg
Pierwszy raz tego dnia spotykamy Trzy Korony i ferajnę.

Szafranówka-Wysoki Wierch

szafranowka-wysoki wierch

Ruszamy zatem szlakiem niebieskim! Wzdłuż granicznych słupków wskakujemy na kolejne nie tak oczywiste wierzchołki, Witkulę z charakterystyczną skałką, Załazie, czy Cyrhlę.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Trafiamy na granicę.

Za tą ostatnią wychodzi się na rozległą polanę. I tam zaczyna się magia 😀 Od tego momentu do końca już dnia moja jadaczka tylko i wyłącznie „ohuje” i „ahuje”... w sensie mówię nad wyraz często OH i AH, żeby nie było 😛

P1012943.jpg
Przywitajcie się z Rabsztynem.

Stromy stożek Rabsztynu minęliśmy w biegu, jednak będąc już na polanie trzeba było oddać mu salut, spiczasty skalisty szczyt nieźle wyróżnia się z tłumu. Wapienny szczyt jednak jest tylko preludium to całej symfonii zajefajności. Akt I to kapitalne spojrzenie na Pieniny: jest piramida Nowej GóryTrzy Korony, Sokolica, Czertezik… jak i pierwszy raz tego dnia na Tatry Bielskie: Płaczliwa Skała i Hawrań aż do nas krzyczą i machają! Są na wyciągnięcie ręki.

Pieniny Właściwe kłaniają się.
Taterki po raz pierwszy.

Maszerujemy dalej, po naszej prawicy zaczyna wzrastać Wysoki Wierch, jednak od strony Szczawnicy nie widać tego zbyt dobrze – dopiero marsz od Wysokiej oddaje mu honory. W każdym razie, mijamy wiatę-chatę pod przy której można usiąść, odpocząć i coś zjeść. Tyle, że… po co to robić skoro można zrobić piknik kilkadziesiąt metrów dalej i wyżej. Na najlepszym od dawna miejscu widokowym GDZIEKOLWIEK!

W drodze na Wysoki Wierch
Wysoki Wierch

Wysoki Wierch

Niebieski szlak granią Małych Pienin omija ten niepozorny szczyt. Robi tak też wielu piechurów. I jest to rzecz za wszech miar niemożliwa do zaakceptowania: będąc w Pieninach NIE MOŻNA nie wejść na Wysoki Wierch! W orientacji pomoże wam skrzyżowanie szlaku z żółtym, to tam należy odbić na wzrastający nad wami szczyt. I co ja wam będę mówić, wystarczy wdrapać się kilkadziesiąt metrów by zobaczyć o co tyle szumu.

Widocki z Wysokiego Wierchu, wersja przedpołudniowa
Widocki z Wysokiego Wierchu, wersja przedpołudniowa

Wspaniała (naprawdę!) panorama Tatr i słowackich Pienin robi wrażenie. To tam kontemplując widok, zjadając świętomarcińskiego rogala decydujemy się na porzucenie wcześniejszych planów i powrót w to miejsce na zachód słońca. Decyzja niezwykle dobra 🙂

Widocki z Wysokiego Wierchu, wersja przedpołudniowa

W spektaklu nie przeszkadzały nawet dość upierdliwe chmury, które kradły kolor z kadrów i starały się jak mogły by zasłonić to i owo. Nawet to nie mogło zmienić tego, jak niezwykle wrażenie robiła plastyczna kilkuwymiarowa panorama. A cóż dopiero zachód słońca…

Wysoki Wierch-Wysoka

wysoki wysoka

Trochę żal było porzucić marsz ku słowackiej Tokarni, ale jednak zaczęliśmy dreptać w stronę Wysokiej, najwyższego szczytu całych Pienin. Tabliczka przy niedalekim schronisku „Pod Durbaszką” oznajmia, że do szczytu jest niespełna godzina marszu. Do schroniska jeszcze wrócimy, teraz czas na marsz.

Idziemy szybko, wszystko fajnie, obchodzimy Durbaszkę i trafiamy na pierwsze podejście. „To już?” zaczynamy się zastanawiać i po wejściu na wierzchołek wiem, ze jeszcze nie. Na wierzchołku drugim i trzecim (okazało się, że są to Borsuczyny :)) również nie. Tak, od Durbaszki w stronę Wysokiej trzeba pokonać kilka pośrednich wierzchołków, w górę-w dół po dość stromych skałkach skrytych pod toną liści. Można też zrobić myk i całe Borsuczyny obejść dołem wydeptaną ścieżynką 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Podejście na Wysoką
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Podejscie na Wysoką

Ostatni właściwy etap wspomagany jest przez metalowe schodki. Wdrapując się weń spotykamy coraz to większy tłum, tłok jednak rozładowują punkty widokowe rozlokowane co kilkadziesiąt metrów – każdy znajdzie chwilę dla siebie.

P1013009.jpg
Na platformie widokowej nr uno.

Wysoka liczy sobie 1050 metrów a cały szczyt zabezpieczony jest barierkami, co ze względu na popularność nie dziwi. Taras widokowy daje możliwość podejrzenia podobnych widoków co z Wysokiego Wierchu, jednak albo to warunki (chmur na moment trochę przybyło) albo tak zwane nienazwane COŚ sprawiają, że to z niższego szczytu szczena z większym brzękiem opadła nam na ziemię 😉

Na Wysokiej.
Na Wysokiej.
Taterki po raz wtóry :)
Taterki po raz wtóry.
Ahoj!
Ahoj cepry!

Najczęstszą logiczną w sumie kontynuacją marszu jest udanie się ku Wąwozowi Homole i dalej Jaworkom. Nam się jednak tak zamarzył zachód słońca na Wysokim Wierchu, że ani nam było myśleć o wąwozie 😉

Powrót w promieniach słońca – niby to samo a jednak nie 🙂

Tak, niby mało znaczący szczegół a zmienia dużo – promienie poooowoli zmierzającego na zachód słońca malowały wszystko ciepłymi i żywymi barwami nadając nowego charakteru. A w brzuchach zaczęto grać marsza – skierowaliśmy się zatem do schroniska „Pod Durbaszką”.  Tam na tarasie z niezwykle przyjemnymi widokami wpałaszowaliśmy po pysznym żurku – naprawdę uwielbiam zupy w naszych schroniskach!

P1013046.jpg
„Pod Durbaszką”

Cienie wydłużały się, do zachodu pozostawała jeszcze chwila, ale woleliśmy ruszyć z małym zapasem by nie przegapić niczego. Na szczęście prognozy pogody – które cały dzień powtarzałem jak mantrę – sprawdziły się: niebo poradziło sobie z większością chmur, pozostawiła ich jednak tyle, ile powinno uczestniczyć w spektaklu końca dnia 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Powrót na Wysoki Wierch.

Dobra, koniec gadaniny o tym zachodzie – niechaj fotografie przemówią 🙂

Zachodzące słońce klawe jest.
Zachodzące słońce klawe jest.
Zachodzące słońce klawe jest.
Zachodzące słońce klawe jest.

Spektakl nie skończył się na Wysokim Wierchu. Zaraz za Rabsztynem również można było podziwiać co nieco.

Pieniny kładą się do snu.
Pieniny kładą się do snu.
Tatry kładą się do snu.
A tu znowu Pieniny kładą się do snu.

Po całym spektaklu pozostawała kwestia zejścia do Szczawnicy. Robiło się ciemno, w ruch poszła czołówka rozświetlająca drogę. Mając jednak w pamięci mozolny marsz na Palenicę odpuściliśmy sobie powrót lasem i od Szafranówki zaryzykowaliśmy zejście suchym jeszcze stokiem narciarskim. Opłaciło się: ścieżka sucha, zero błota, liści, niefajności – w 35 minut schodzi się do miasta 🙂


Małe Pieniny odwiedziłem pierwszy raz od bardzo dawna, ostatniej wizyty przed 25 laty niemal nie pamiętam. Dlatego też niesamowicie ekscytujące było to wyjście a jakość pięknych dalekich krajobrazów i względnie niewielka trudność szlaku sprawiają, że to absolutny MUST SEE dla każdego górołaza w Polsce (i nie tylko :)).

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.