(Nie)poradnik krokusowy :)

Przełom marca i kwietnia, czas kiedy górskie doliny i hale mienią się fioletem tysięcy krokusów. Okres kiedy tyle samo turystów wybiera się w góry by podziwiać dywany tychże kwiatów. Czas próby i charakteru dla tych, którzy owy tłum – chcąc czy nie chcąc -współtworzą. Czy diabeł naprawdę taki straszny jak go malują?

Z roku na rok turystów pragnących podziwiać krokusowe polany przybywa w tempie ekspresowym. Do tej pory coroczne szaleństwo obserwowałem z daleka, nierzadko śmieszkując z dzikich tłumów zalewających Tatry. Jakaś część mnie jednak cicho wołała „Hej, kolego nie bądź taki do przodu, też byś pewnie chętnie się tam pojawił”. Wołanie to w tym roku było tak silne, że nie pozostawało nic innego jak mu ulec i samemu udać się na południe. Zmierzyć się z wszystkimi legendami o Chochołowskich krokusach 🙂

P1010716.jpg
Tej, ponoć jakieś kwiaty w górach kwitną?

Muszę wam od razu zdradzić, że słowa NIEPORADNIK użyłem trochę przewrotnie – mimo, że wszystko się udało (badum tss, napięcia już nie będzie ;)) to jednak, wiele z podjętych decyzji należało to tych typu wątpliwych i tylko opatrzność raczy wiedzieć dlaczego wszystko poszło jak z płatka 😉

Jako wytrawny strateg podróż do Zakopanego rozpocząłem pociągiem… na północ, do Poznania 🙂 A wszystko przez remonty w Krakowie, które dość mocno nabruździły w życiu skromnego blogera z Leszna. 9 godzin w pociągu jednak odbębniłem i przed godziną szóstą byłem… w Krakowie dopiero. Tak tak, wiem, również naczytałem się, że by w Chochołowskiej nacieszyć się spokojem i przestrzenią to o godzinie szóstej należy pojawić się przed bramkami TPN. I wiecie co, jakkolwiek z pewnością wiele w tym prawdy to jednak BEZ PRZESADY 🙂 Po kolei jednak.

6.10 to godzina pierwszego autobusu do Zakopanego, słonko powoli wstaje, na dworze jeszcze chłód. Z racji braku zaufania do PKP i zakładanego opóźnienia nie zakupiłem wcześniej biletu na kurs Szwagropola. Przez co dostałem po głowie bo pierwszy autobus w pełni wyprzedany i trzeba było czekać na następny 🙂 O 6.25 jednak udaje mi się jednak zająć miejsce i ruszamy.

I wiecie co? Zakopianka pusta! Autobus pędzi przed siebie i jedynie postoje na wsiadanie/wysiadanie pasażerów opóźniały dotarcie do celu. Kurde, naprawdę spodziewałem się najgorszego a tymczasem wyglądało to wszystko jakby nierealnie.

„Ale, ale. Skoro Zakopianka pusta to… CI WSZYSCY LUDZIE z pewnością kłębią się już pod Chochołowską” – taka myśl przebiegła mi przez głowę. Nic bardziej mylnego. Znaczy się w granicach rozsądku, bo troszkę ludzi było, ale nie były to grube tysiące jak rok temu na przykład 🙂

Przy kasach pojawiłem się tuż przed dziewiątą rano i zaprawdę powiadam Wam, w kolejce po bilet stałem tylko 5 minut. Ekspresowa odprawa i można ruszać!

P1010678.jpg
Droga ku krokusom!

A na szlaku? Cóż, luźno nie było, ale też nie trzeba było uskuteczniać slalomu. Kulturalnie za to można było wymijać wszystkich tych, którzy wolnym krokiem maszerowali przed siebie. Aż się człowiek zaczynał zastanawiać, czy te wszystkie tłumy, które rok temu widział na zdjęciach były prawdziwe – wszak pogoda na spacer była rewelacyjna a naprawdę czuło się przestrzeń… nie żeby jakąś rewelacyjnie wielką, ale jednak 😉

Ludzi trochę było, ale…
…bez przesady 🙂

KROKUSIE POKAŻ ROGI

Wysyp krokusów przypada zazwyczaj na przełom marca i kwietnia. Wtedy to – gdy śniegi w dolinach zazwyczaj są już wspomnieniem – fioletowe kwiaty wkraczają na scenę i zagarniają ją dla siebie. Spragnione słońca otwierają się tworząc barwne dywany, jednak przy mniej sprzyjającej pogodzie/tudzież popołudniu czy w nocy zamykają się tak jakby chroniąc przed mniej przychylnymi warunkami.

Niestety coraz większa ich popularność wiąże się z coraz większym niebezpieczeństwem ze strony przyjezdnych. Jakkolwiek chciałoby się wierzyć w ludzkie ogarnięcie, tak pewna część z odwiedzających w nosie ma wszystkie ostrzeżenia, prośby by kwiaty podziwiać z odpowiedniej odległości. „Ani kroku(s) dalej!” brzmi super, ale nie wszyscy potrafią czytać ze zrozumieniem i trochę osób przekraczało taśmy odgradzające od kwiatów. A potem fotka na instagrama czy fejsa. I znając życie niejedno z kapitalnych ujęć, którymi potem się zachwycamy kosztowało „życie” dziesiątków przydeptanych krokusów właśnie. Mimo to większość turystów zachowywała się z kulturą. Brawo wy!

Nom, tego…
Im później tym gęściej 🙂

Najcudowniejsze widoki czekają na nas w okolicy kaplicy na Polanie. To tam, spoglądając czy to na Kominiarski Wierch z jednej, czy na Rakonia z Wołowcem z drugiej sttrony kwiaty tworzą najładniejsze dywany. Odległe szczyty wciąż pod śnieżną perzyną niezwykle kontrastują z kolorową doliną 🙂

Z biegiem czasu tłum przybiera na sile, ale da się przeżyć, naprawdę.

KROKUSY TO NIE WSZYSTKO

Najlepsze jest jednak to, że to wszystko tak naprawdę może być tylko pretekstem do dalszej wędrówki. A ta jest oczywista, kierunek Grześ, Rakoń i może Wołowiec. Ucieczka przed gęstniejącymi zastępami ‚krokusowców’ i choć chwilowe zajrzenie do królestwa gdzie śnieg nie powiedział jeszcze ostatniego słowa 😉

P1010799.jpg
Grześ, na granicy wiosny i zimy.

Raczki w tych okolicznościach to podstawa. Leśny fragment na Grzesia to jeden lód – jakkolwiek nawet i w addidasach śmiałkowie próbowali podejść. Im wyżej tym więcej śniegu, jednak temperatura robiła swoje – mokry, sypki, upierdliwe zapadanie się po kostki i więcej. Mimo to marsz generalnie przyjemny. A dodatkowo niespodziewane spotkanie – Paulina, pozdrówka!

P1010789.jpg
To Fuji? Kilimandżaro? Nie, to Babia Góra!

Chmur na niebie powoli przybywało, wiatr lekko się wzmagał, mimo to widok na Zachodnie i rzut oka za słowacką granicę działały tak kojąco, że wspinałem się dalej. Do czasu. Podejście na Rakoń w tak sypkim i mokrym śniegu było niezwykle zabawnym doświadczeniem a jak jeszcze dodamy do tego wiatr, który nagle z furią zaczął uprzykrzać życie to nie zdziwi was wieść, że Wołowiec postanowiłem oglądać tylko z daleka i nie zaryzykowałem dalszego marszu.

dav

 

Chwilami wiosna nawet na wysokościach miała coś do powiedzenia 🙂
Chwilami wiosna nawet na wysokościach miała coś do powiedzenia 🙂

Widoki z Rakonia powodowały jednak opad szczeny i więcej człowiek nie potrzebował – Rohacze, Wołowiec prezentowały się kapitalnie. Tylko widok śmiałków „dupozjazdowców”, którzy na powrót wybrali Wyżnią Dolinę Chochołowską trochę mącił ten obraz – no nikt mi nie powie, ale ta trasa w tamtych warunkach nie wyglądała WIARYGODNIE.

Spokój na Rakoniu
P1010839.jpg
Ostateczne wejście/podejście na Rakoń 🙂
P1010845.jpg
A to Słowacja 😉

Zejście okazało się lżejsze niż sądziłem. Może i raz po raz po kolano zanurzyłem się w śniegu, ale całościowo było spoko – tylko ten wiatr 😉 I dopiero, na samiutkim końcu, tuż przed powrotem na Polanę, kiedy wraz ze spotkaną parą trochę podśmiewaliśmy się z jegomościa w adidasach zaliczyłem glebę na lodzie. Karma!

PODSUMOWUJĄC

Nie obiecuję, że zawsze się uda, ale krokusy na Polanie Chochołowskiej da się z satysfakcją oglądać:

  • po 12 godzinach jazdy środkami wszelakimi,
  • będąc pod bramkami TPN o 9 rano,
  • krążąc wśród setek innych turystów,
  • jeśli naprawdę się chce (dobra, ściema trochę bo nieraz to nie starczy ;))

Polecam Wam się wybrać, choć jeśli chcecie mieć względny spokój to po prostu zróbcie to w ciągu weekendu, wtedy nawet późniejsze pojawienie się na Polanie nie będzie większym problemem 🙂

 

 

2 myśli na temat “(Nie)poradnik krokusowy :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s