Są takie miejsca, które raz odwiedzone na stałe zapisują się w ludzkiej pamięci i co jakiś czas odzywają się niepytane „to co, pora chyba uaktualnić bazę danych i zobaczyć co tam u mnie”? Wysoki Wierch w Małych Pieninach bez wątpienia należy do takich miejsc.
Ekspresowe przypomnienie: Małe Pieniny to wschodnia część głównego pasma Pienin, dla niepoznaki jest to ta część wyższa. To co spaja całe pasmo to niezwykła mimo niewielkich wysokości widowiskowość, oszałamiające widoki na Tatry oraz względny brak problemów i trudności na drodze ku tym dobrom. To co je wyróżnia to popularność i częstotliwość spotkania kogoś na szlaku – na zachodnim brzegu Dunajca tłumów ci dostatek, na wschodzie za to cisza, spokój i równowaga (no w każdym razie tak zawsze trafiałem :D). I pośrodku tego stoi kopulasty Wysoki Wierch, z którego roztaczają się panoramy, takie przez BARDZO DUŻE P.

No i fajnie, pomysł jest tyle, że do przejechania pół Polski. Wskakujemy z Bartem w „PRZEMYŚLANINA” Intercity, kierunek Kraków. Tam mamy prawie 90 minut na przesiadkę w autobus do Szczawnicy. Spoko, tylko że okazuje się, że na każdym możliwym przystanku zostawaliśmy trochę dłużej niż trzeba było – celem naparzania młotem w jakiś metalowy dynks bez którego ciuchcia nie chciała współpracować – i koniec końców przyjechaliśmy z takim opóźnieniem, że na pierwszy autobus o 6.45 się nie załapaliśmy. No, ale było to na szczęście złe miłego początki 🙂 Pełny rozkład autobusów Kraków-Szczawnica znajdziecie tutaj. Kurs w jedną stronę 22 złocisze.
Mgła wisząca nad Krakowem minęła chwilę po wyjeździe z miasta. Niedługo potem do naszego busika dosiadł się ciekawy koleś. Również jechał do Szczawnicy, choć wyglądał jakby dopiero przed minutą dowiedział się o istnieniu tej mieściny. Przez całą drogę wypytywał kierowcę „a co tam panie można zwiedzać?” by już na miejscu zniszczyć nas pytaniem:
– A to w te góry to co, tam można iść?
Ten tego 🙂
Mieliśmy półtorej godziny w plecy, ostatni powrotny autobus o godzinie 18.45, w głowie szybka kalkulacja i decyzja: wsiadamy na wyciąg i jedziemy na Palenicę. Kolej linowa czynna jest cały sezon zimowy (plus okolice), w marcu kursuje od 9.00 do 17.30 choć trzeba pamiętać, że tak naprawdę jazda odbywa się cyklami co pół godziny.

Jakkolwiek w Szczawnicy po śniegu nie było już śladu, tak zaraz po wjechaniu na Palenicę zdajemy sobie sprawę, że na wysokościach sprawa wygląda zgoła inaczej. A kiedy niemal od razu naszym oczom ukazują się – pierwszy raz tego dnia – Tatry to wiemy, że są miejsca gdzie zima potrzyma pewnie do maja. Dla tego widoku tam jechałem i już byłem kontent 😀



Poranne opóźnienie swoje konsekwencje miało również w modyfikacji naszego wybitnego planu – najważniejsze pozostało niezmienne, żółtym szlakiem na Słowację i tam w zależności od czasu na Płasną i przez Przełęcz pod Tokarnią na Wysoki Wierch skąd już tradycyjnie niebieskim powrót do Szczawnicy. Nic wybitnego, ale za to jakże panoramicznie, absolutnie przyjemny (w założeniu) spacer z pięknymi widokami na wyciągnięcie ręki!
PALENICA – SZAFRANÓWKA – POD SZAFRANÓWKĄ – LEŚNICA (SZLAK ŻÓŁTY)
3,2 km, 50 minut bez postojów i focenia
Po dość długiej sesji z Tatrami w tle ruszyliśmy żwawo. I szybko zatrzymał nas mokry śnieg. Nic to dla nas jednak, chwilę się pomęczyliśmy i resztę krótkiego odcinka na Szafranówkę przeszliśmy błotnistym „poboczem”.
Tam to szlak rozchodzi się w dwóch kierunkach, samym niebieskim ruszycie w stronę Wysokiego Wierchu (i dalej), niebiesko-żółty prowadzi za to ku Dunajcowi, choć po drodze żółty skręca na Słowację. Nim właśnie pójdziemy.
Nie powiem pierwsze metry mogą zniechęcić, ba byliśmy świadkami jak kilka osób zawróciło – powodem dość strome zejście, które według mnie wygląda na cięższe niż jest w rzeczywistosci. Oceńcie sami:
Oczywiście kilkaset metrów dalej okazało się, że to ostre zejście da się ominąć – spod stacji kolejki biegnie dużo łagodniejszy szlak poniżej linii lasu. W każdym razie po uporaniu się z tą ścianką jest już dużo przyjemniej, choć cały czas z górki. Nie ma jednak warunków do rozpędzenia się bo bardzo szybko traficie na polankę. A na polance widok na Tatry, bardzo klawy. Nie ma chyba bardziej górskiej panoramy niż ta, którą można tam ujrzeć. Można by tam siedzieć i siedzieć, no ale…
Tymczasem spacerek wyprowadza nas na skraj lasu skąd otwiera się widok na Beskidy a także piramidę Czertezika. Pewnie gdybyśmy mieli trochę więcej czasu to podeszlibyśmy do schroniska Orlica i choć chwilę spędzili nad Dunajcem. A tak wybraliśmy Słowację.

A nie był to wybór zły, choć prócz tego, że prowadzi do sąsiadów to nie wiedziałem co przyniesie. Już na starcie przywitał nas kilkoma krokusami tuż obok ścieżki. A chwilę potem kolejną polaną z widokiem. Naszym oczom ukazały się całe właściwe Pieniny, od Trzech Koron po Sokolicę i Zamkową Górę. Wapienne iglice pełne drzew sprawiają, że nie da się ich pomylić z niczym innym w naszym kraju. Na polance znajduje się cały jeden stolik z daszkiem przy którym można odpocząć – niby mało, ale widząc te „tłumy” z nami to chyba starczy 😉



Widok na klasyczne pienińskie szczyty towarzyszy nam do samej Leśnicy, niewielkiej wsi urokliwie schowanej pomiędzy wysokimi szczytami. To idealne miejsce na krótki odpoczynek. Atmosfera była leniwa, dzieciaki jeździły na rowerach, kilku majstrów nieśpiesznie kończyło jakąś robotę, babuszka siedziała w cieniu i wszystko sobie oglądała. A my trafiliśmy pod sklep spożywczy. Zamknięty, ale jak tylko się pojawiliśmy to majstrowie poinformowali nas by zadzwonić dzwonkiem i na pewno ktoś się pojawi. Tak też się stało i po chwili siedzieliśmy z zimnym piwkiem i kontemplowaliśmy słowacką wieś. To świetne miejsce na nocleg, mnóstwo tam niedrogich pensjonatów, znajdziecie też i restauracje – no a w połączeniu z bliskością do najciekawszych miejscówek w Pieninach staje się Leśnica bardzo atrakcyjną opcją na kimę.



LEŚNICA – POD PŁAŚNIĄ – PRZEŁĘCZ POD TOKARNIĄ
6,1km, 2 godziny 10 minut bez postojów i focenia
Najbardziej kuszące byłoby ruszenie w kierunku Dunajca wzdłuż Leśnego Potoku… jednak było nam to zupełnie nie po drodze a i czasu by nie starczyło, dlatego ruszyliśmy dalej na spotkanie przygodzie, błotku, powalonym drzewom i gubieniu drogi 🙂
Mieliśmy tu niezłą zabawę. Wszystko zaczęło się dobrze, w centrum Leśnicy w prawo odbija zielony szlak i biegnie sobie spokojnie. W pewnym momencie jednak dochodzi do rozejścia szlaków, a żaden z nich nie kwapił się by poinformować czy jest tym którym chcemy wędrować. Oczywiście wybraliśmy nie ten i po przedreptaniu całego pola do skraju lasu uznaliśmy, że nie ma co i przy drzewach cofniemy się do małej „przełączki” i tam na odkrytym terenie zobaczymy co i jak. Tam trafiliśmy też i na tę drugą ścieżynkę pierwej przez nas zignorowaną… i okazało się, że i ona nie była naszym szlakiem.



Pójście na szagę dalej było strzalem w dziesiątkę, odnaleźliśmy zielony szlak a i widoki jakie zastaliśmy były przednie, te bliższe na Rabsztyn i Wysoki Wierch jak i dalsze na masyw Radziejowej. Nas za to czekał marsz żmudny, bo oto wchodziliśmy w zacieniony teren, pełen śniegu, błota i połamanych drzew.

Po prawdzie w śniegu szło się wygodniej, był całkiem jeszcze zmrożony i o wiele bardziej pewny dla nogi niż błocko wokół. Podchodzi się ciągle, nie intensywnie, ale czuć że metrów przybywa – na dwóch kilometrach marszu z 500 m.n.p.m. w Leśnicy wchodzimy na 840 pod Płaśnią.
Rozejście szlaków poniżej szczytu Płasnej to tak naprawdę skrzyżowanie szlaku zielonego (dalej biegnącego do Haligovic) i czerwonego prowadzącego na Przełęcz pod Tokarnią/Czerwonego Klasztoru, zależy w którą stronę skręcicie.

To strasznie przyjemny fragment, ten czerwony. Ciągnie się wzdłuż grzbietu masywu Golicy (w sumie to po Aksamitce), lasem dość płasko, raz po raz omijając spore głaziska zalegające na poszczególnych nienazwanych wierzchołkach. Wapienny charakter masywu najlepiej widać od południa, z Haligovic. Skały budujące południowe zbocza masywu (wraz z krasowymi jaskiniami w tym największą w Pieninach Aksamitką, bagatela 335 metrów długości) zostały objęte szczególną ochroną w ramach Rezerwatu Przyrody i sobie tam nie podreptacie. Ale z daleka popatrzeć można.
Szlak tymczasem wychodzi z lasu. A tam moja panoramiczna dusza oszalała. Słońce pięknie oświetlało grzbiet Małych Pienin a widokiem można było napawać się z kolejnego siedzisko-wiatowiska.
Dalej spacer jest skandalicznie wygodny i jeszcze bardziej przyjemny dla oka. Wysoki Wierch, Wysoka, Rabsztyn czy Kycera szczerzą się do nas calutką drogę. A z każdą chwilą panorama się rozszerza, wita się z nami Magura Spiska w szczytowych fragmentach wciąż biała od śniegu. A do uszu docierają dźwięki pędzących aut, to znak, że Przełęcz pod Tokarnią już blisko.



To* miejsce tak perfidnie doskonale położone, że normalnie wstyd. I co najlepsze, wcale nie trzeba – jak my – telepać się po górkach by tam dotrzeć, tylko wsiąść w auto i podjechać. Zero filozofii, droga 543 i do przodu. Na Przełęczy znajduje się parking oraz niewielka budka w sezonie otwarta, można tam skosztować piwa czy kofoli a i pewnie wszamać coś drobnego. Aha, ale co takiego szczególnego w tym miejscu? Ano, wybitnie nic, tylko widoki, dużo widoczków, BARDZO DUŻO. Jest tylko mały myk, najlepiej pojawić się tam z rana lub wieczorem bo w południe słoneczna lampa potrafi nieźle napsuć krwi w podziwianiu Tatr ginących w oślepiającym blasku. Zgadnijcie o której tam zawitaliśmy? 😀
* – nie tylko Przełęcz, ale cała okolica a wręcz cały odcinek od wyjścia z lasu Aksamitki do Wysokiego Wierchu!







PRZEŁĘCZ POD TOKARNIĄ – WYSOKI WIERCH – SZAFRANÓWKA – SZCZAWNICA
9,4km, 3 godziny bez postojów i focenia
Nawet nie wiecie jak lubię pienińskie hale, kolory i cienie kładące się na trawach, ten świerzop, dzięcielinę… tego. No uwielbiam, są niezwykle plastyczne a w popołudniowym świetle to już w ogóle. A droga na Wysoki Wierch dostarcza doznań aż miło. Ścieżka jest przyjemna, a jeśli mimo to zdarzy wam się zmęczyć to przystańcie, rozejrzyjcie wokół, zróbcie milion kolejnych zdjęć i ruszajcie dalej, okolice Wysokiego Wierchu to jedno z najbardziej fotograficznogennych miejsc jakie znam! Pysznie prezentują się właściwe Pieniny jak i Magura Spiska. A i ławeczka jest pośrodku niczego. I siupnąć można.

Bardziej wymagające jest finalne podejście na szczyt, ale lekko dacie sobie radę. W nagrodę czekają na was panoramiczne delicje, tradycyjnie już Tatry, krańcowo wschodnie części Pienin oraz jeszcze dalej Góry Lubowelskie, zjawiskowo prezentują się „warstwy” głównych Pienin.






A teraz najciekawsze? Zgadnijcie ile osób do tamtej chwili (nie, żeby później było lepiej) spotkaliśmy? Pięć! Cały dziki tłum. To jest nie do uwierzenia, że taka perełka jest mimo wszystko jakoś tak pomijana… bo raczej nie niedoceniana, prawda?
Pomyślałem, że podczas powrotu do Szczawnicy z pewnością kogoś spotkamy… no, ale jakoś tak nie bardzo. Północne zbocza Wysokiego Wierchu (i dalej Rabsztyna i Cyrhle) schowane w cieniu przez trochę dłuższą część dnia niż te południowe pełne były jeszcze płatów śniegu jak wielkich błotnisk ze śniegu dopiero co roztopionego. I to na takim błotku zaliczyłem spektakularną glebę 😀

Jednym z najbardziej okazałych momentów w Pieninach jest czas zachodu słońca, światła i cienie przemykające wtedy pomiędzy Trzema Koronami czy Sokolicą są jedyne w swoim rodzaju, piękny to spektakl, polecam.


Na Szafranówce meldujemy się idealnie w punkt, słońce chowa się za horyzont i ostatkami sił oświetla Tatry.
Wokół kolejki na Palenicę również pustki. No naprawdę, mojemu zdziwieniu nie było końca. Pozostawało nam zatem zejść żółtym szlakiem wzdłuż kolejki, to całkiem solidnie marsz w dół, tracimy 250 metrów wysokości… Szlak wyprowadza nas do centrum miasta, nad samiuśkiego wartko płynącego Grajcarka. Nie pozostawało nam nic innego jak przespacerować się wzdłuż i poczekać na autobus powrotny do Krakowa….
Pienińskie szlaki idealne są na jednodniowe wypady, niech świadczy o tym fakt, że tłukliśmy się tam pociągiem przez pół Polski, przez 14 godzin (tam i z powrotem)! 😀 Znajdziecie tam mnogość krajobrazów, spokój na szlakach i nieodzownego towarzysza w postaci Tatr na horyzoncie, co może być tylko i wyłącznie uznane za plus. Nie można się tam nudzić 🙂
Zachęciłeś bardzo! Trochę też zdołowałeś, bo wyszło na to, jak słabo tamte okolice znamy ;).
PolubieniePolubienie
Oj tam, niech pierwszy rzuci kamieniem kto wszystko widział i wie 😉 Co więcej, zazdroszczę wam odkrywania tamtych terenów 😁
PolubieniePolubienie
Małe Pieniny i rejon Jaworek to jedne z moich ulubionych miejsc w górach. Przełęcz Pod Tokarnią też jest niezła. Zawsze i niezmiennie podziwiam widoki z tych miejsc.
PolubieniePolubienie
To takie miejsce które z biegu zachwyca i nie bierze jeńców, zjawiskowe 🙂
PolubieniePolubienie
Te tereny ciągle jeszcze przede mną 🙂 Dzięki za wspaniałe przypomnienie i natchnienie 🙂
PolubieniePolubienie