Pic Alt de Coma Pedrosa – na dachu Andory

Wdrapać się na najwyższy szczyt Andory, taka idea przyświecała mi od kiedy tylko postanowiliśmy wybrać się do małego księstewka. Mierząca 2942 mnpm Pic Ale de Coma Pedrosa wystawiła nas na małą próbę, ale koniec końców możemy powiedzieć: mamy to! Piękne to było wejście…

Poniedziałek rano, sprawdzam pogodę dla Arinsal i okolicznych gór: wypogodzenia a nawet słońce. Wyglądam za okno hotelu i łapie mnie zwątpienie, zacina lekki deszcz a chmury nie wyglądają na takie, które szybko miałyby przejść. Mimo to decydujemy się wsiąść w autobus nr 5 i rzucić wyzwanie losowi, wszak zdobyć szczyt z Korony Europy to nie byle co a taka szansa może się szybko nie powtórzyć.

coma pedrosa.jpg
Ściągawka 🙂

 

Do Arinsal jedziemy niespełna 40 minut, cena maksymalna jak na Andorańskie standardy 3,20 euro. Przejeżdżamy całe miasteczko i docieramy do końcowego przystanku koło wielkiego hotelu, bodajże „Patagonia”. Jeśli wcześniej nie zaopatrzyliście się w wodę i liczyliście na sklep to się rozczarujecie, jednak sytuacje ratują dwie knajpki gdzie za rozsądną cenę 1,5 litrowe butle można kupić (1,20 euro).

DSCF3339.JPG
Dolina Arinsal jeszcze skryta w chmurach.

Deszcz powoli ustaje, góry jednak wciąż zasnute są chmurami. Nie odstrasza nas to jednak… no, ok Bartu na każde moje „wierzę w prognozę” odpowiadał „no mhm, i co jeszcze” 😀

DSCF3335.JPG
No to idziemy!

Przechodzimy przez tunel i zaraz za nim skręcamy w prawo gdzie tak naprawdę zaczyna się szlak na Comę Pedrosę – dosadnie informuje o tym wielka tablica. Od tamtego momentu naszymi przewodnikami stają się żółte kropki i strzałki o tym samym kolorze. Wystarczy 5 minut podejścia by zobaczyć jak cała Andora zaczyna parować, z dolin buchają kłęby pary, dla mnie to znak rychłej poprawy pogody!

DSCF3346.JPG

Z szerokiej drogi dość szybko wkraczamy na węższą leśną kamienistą ścieżkę, wijącą się jak wąż. Kamienie są mokrawe, ale nie sprawiają większych problemów, jedynie większe ‚wypolerowane’  głazy próbują urządzić nam lekki zjazd.

DSCF3353.JPG
Po kamykach hop do góry!

DSCF3352

Po raz kolejny naszym towarzyszem zostaje kapitalna kaskadowa rzeka, tym razem jednak okoliczności przyrody powalają a jesienna feeria barw nokautuje – aż do początku wodospadu Coma Pedrosa towarzyszą nam tak intensywne czerwienie i pomarańcze że łohoho, tak wygląda jesień panie i panowie!

DSCF3348
Za kropkami marsz!

Nie mija godzina od rozpoczęcia podejścia a chmury na niebie zaczynają dezerterować – idealnie na nasze spotkanie z kulminacją wodospadu. Przez krótki fragment droga się wypłaszacza a my mamy chwilę by nawżerać się rosnących jagód!

DSCF3364.JPG
Bartu pośród Andorańskiej jesieni.
DSCF3365
Wodospad Coma Pedrosa

Wodospad okrążamy od lewej strony wspinając się wzdłuż niewielkiej rzeczki. Z każdym metrem drzew coraz mniej, więcej za to gołych skał i suchej trawy. Podchodzimy wąską ścieżynką, przeskakujemy nad rzeczką i dajemy ostro w górę… by po chwili jeszcze ostrzej wyhamować.

DSCF3381

DSCF3380.JPG
Ostatnie metry przed kolejną doliną.

Bo oto docieramy do rozległej doliny zamkniętej przez najwyższe szczyty całej Andory Pic Alt de Coma Pedrosa oraz pozostałe prawie-że-trzytysięczniki wzrastają ponad człowiekiem i sprawiają, że czuje się mały. Entuzjazm za to szybuje w kosmos bo widoki i perspektywa dalszego marszu są  mega mocne!

DSCF338711
Profesjonalna paintostrzałka na Coma Pedrosę 😉
DSCF3390.JPG
Bracia W. kontra Pireneje 🙂

Kto niecierpliwy może od razu ruszyć naprzód atakować szczyt, my się jednak nie śpieszyliśmy i skręciliśmy w lewo gdzie po 5 minutowym podejściu trafiliśmy do schroniska Coma Pedrosa. Jest to  jedno z tych 4 schronisk strzeżonych… i wiedzcie iż głównym naszym celem zbicia w jego kierunku było piwo, nawet za cenę 6-7 euro. I co? Zamknięte na 4 spusty, jeśli dobrze ogarnąłem temat to przybytek ten z końcem września został opuszczony przez gospodarzy, dla piechurów otwarta pozostała kabina z piętrowymi łóżkami, materacami (nowość) i resztą zaopatrzenia. Trzeba jednak przyznać,  że od razu widać, że nie jest to typowa luźna kabina – spory metraż, dwa piętra, baterie słoneczne, butle z gazem. To nie przelewki 🙂

Poza sezonem miejsca jest co najmniej dla 8 osób
Refugi de Coma Pedrosa

Widok spod schroniska obłędny, ale jak się niedługo okazało to dolina ciągnąca się nieopodal przebijała wszystko tego dnia.

DSCF3400
Wojciech myśliciel, część kolejna 😉

Powoli ruszyliśmy dalej, początkowo wzdłuż ostatnich drzew i krzewów by po chwili wejść na prerię. Wokół gołe skaliste szczyty oznajmiały swoją potęgę a my truptaliśmy po trawiastej dolinie i długim dość wypłaszczeniu. Żółtym kropkom na skałach towarzyszyły „polskie flagi” GR.11.

Zaczynamy konkrety!
Polacy tu byli 😉

I tak pięknie idzie się po płaskim, ale dobre musi się skończyć i wtedy następuje ten punkt programu zwany skrętem w prawo. Odtąd zaczyna się powolny marsz długim zakrętem.

DSCF3430.JPG

Trawers nołnejmowego szczytu daje nam możliwość bliższego poznania z trzema szczytami, które pierwsze pojawiają się na horyzoncie gdy dociera się pod schronisko. Przechodzimy u ich stóp i dalej mozolnie wdrapujemy wyżej. W oddali widzimy morze szczytów, jesteśmy już na wysokości kiedy mało co w Andorze może znajdować się wyżej 🙂

Tak se wędrujemy!
Moment na spojrzenie za siebie!

Wtem natrafiamy na bystro płynącą rzeczkę, to znak że jesteśmy blisko Estany de Comapedrosa, które tak jakby wyznacza początek OSTATECZNEGO podejścia na szczyt.

DSCF3445.JPG
Staw Coma Pedrosa.

Kończy się łagodna część wejścia i zaczyna graniowy atak na 400 metrów przewyższenia. Do pokonania masa kamieni i skałek, często śliskich i niestałych. Do tego 7 mniejszych szczytów zanim dojdzie się do właściwego i końcowego.

DSCF3442
No to atak na szczyt… i kolejne 7 😀

Fragment wokół stawu jest najbardziej uciążliwy bo tam też kamienie są najbardziej śliskie a i kolor ich utrudnia lokalizowanie kolejnych żółtych kropek. Po chwili wiele już metrów poniżej oczom ukazuje się większe z dwóch okolicznych jeziorek – Estanys Negre, nad którym góruje kolorowy Agulla de Baiau.

DSCF3457.JPG
Le kolory.

Kiedy już uda się ten odcinek pokonać trafiamy na długi eksponowany fragment, którym dotrzemy już na sam szczyt. Mnóstwo sypkich kamieni, łatwo osuwających się spod stóp dlatego atenzione, jeden zły krok i lecimy 700 metrów na spotkanie z doliną Coma Pedrosa 🙂

DSCF3511.JPG
Bartu na krawędzi!

Idąc powoli można podziwiać olbrzymią część Andory, ale i sporo hiszpańskiej ziemi. Poszarpane szczyty ciągną się cały horyzont – średnia wysokość księstwa to 1996 mnpm i to widać!

DSCF3488.JPG

Pokonanie pierwszych dwóch „przedszczytów” nie sprawia wielkich kłopotów, należy jednak być ostrożnym. Po ich minięciu jednak i wyłonieniu się kolejnych wiemy, że końcowe metry łatwe nie będą – ginęły w gęstych chmurach. I nawet przez chwilę zastanawiałem się czy pchać się w tę mgłę. No, ale wtedy Bartu ruszył do przodu i nie pozostawało nic innego jak podążyć za nim a wiedźcie, że brat mój nie jest fanem eksponowanych partii 🙂

DSCF3509

Z każdym metrem widoczność się pogarsza, wzmaga się też wiatr a temperatura spada. Każdy „przedszczyt” wydaje nam się ostatnim… i tak razem 7 razy. Kiedy docieramy do ostatniego z nich wiatr wieje już tak mocno, że musimy bardzo mocno stawiać kroki. Znajdujemy też trochę śniegu, a jak! Chmury pędzą nad szczytem, który raz po raz wyłania się spomiędzy nich. Wiatr napierdziela takim zimnem, że kilka sekund i nie czuję rąk, aparat definitywnie wraca do plecaka, pożytku żadnego z niego nie ma. Przed szczytem trafiamy na niewielkie wypłaszczenie, klękam za kamieniem by nie dosięgał mnie wiatr, ale jak na złość zaczyna wiać od przeciwnej strony.

DSCF3481

Ostatnie metry to kolejne kruche skałki i w końcu jesteśmy. Witają nas niewielki kopczyk, wraz z tablicami opisującymi wszystkie okoliczne szczyty, notatnik dla zdobywców i szalenie powiewająca flaga Andory – z tablic użytku nie ma bo nic nie widać, notatnik wiatr by porwał jak tylko byśmy spróbowali coś napisać, tylko flaga miała wszystko gdzieś i po prostu rozciągała się na wietrze.

DSCF3480

Chwila w zimnie (zero stoopni to minimum) i wietrze, można spadać. Nie mamy zbytnio ochoty w takich warunkach dłużej celebrować zdobycia kolejnego szczytu Korony Europy (nie żeby było ich dużo, kilka raptem :D) dlatego szybko zaczynamy zejście.

Pod szczytem zndajduję solidny drąg, którym podpieram się całe zejście, jest diablo pomocny. Bartu, jako wielbiciel zejść celebruje każdy krok 😉 Wiatr słabnie jak tylko opuszczamy strefę chmur, od razu robi się cieplej, z najwyższego miejsca w którym łapiemy widoczność Andora prezentuje się znakomicie!

Schronisko jako punkt na horyzoncie.

Schronisko Coma Pedrosa z grani zdaje się być małym punktem, Estanys de Truites lśni nieopodal. Zejście doń zajmuje nam 2 godziny. Nie śpieszymy się jednak, chmury może i wiszą nad najwyższymi szczytami, ale nie wyglądają na groźne. Tak też było, do końca dnia pogoda miała się już tylko ku lepszemu 🙂

Przy zejściu grań nie wydaje się już tak trudna, ostrożności jednak nigdy za wiele. Na wysokości Estany de Comapedrosa mija nas młody koleś wbiegający na szczyt – później wyminie nas na  zejściu, choć wtedy już narzekać będzie na kolana (no szit Szerlok!).

DSCF3494.JPG
Elo!

 

Kiedy zostawiamy za sobą jeziorko oddychamy z ulgą, koniec rumowiska i ślizgawicy. Przed nami tylko dolina Coma Pedrosa w popołudniowych promieniach słońca. A widok to iście doskonały – w takich warunkach był to chyba mój ulubiony widok w całej Andorze.

Wtulona między szczyty dolina ciągnie się aż do schroniska, przy którym początek ma zejście do lasu. Położona dalej dolina Arinsal a także jeszcze dalsze szczyty doskonale tworzą idealny górski krajobraz umilający marsz wzdłuż rzeczki. Okolica jest naprawdę tak urzekająca – no ja tam przepadłem z kretesem – że tylko czekać powrotu 🙂

DSCF3582
Powrót.
DSCF3585.JPG
Co ten potok to ja nawet nie 😀

Spacer po lesie jest już tylko przyjemnością, wszystkie kamienie zdążyły przeschnąć a drzewa kolorowane były słonecznymi promieniami. W jednym miejscu tylko trafiliśmy na zagwozdkę – mały potok z jakiegoś potoku nabrał tyle wody, że nie mieścił się w swoim korycie i zaatakował kawałek ścieżki wylewając się solidnie – trzeba było poskakać na większych kamieniach, których na szczęście było niemało.

Pod koniec wędrówki pogoda na szczycie ponownie się rypła i Coma Pedrosa skryła się w chmurach, my jednak byliśmy już 1400 metrów niżej i nie przeszkadzało nam to zbytnio. Nasz cel osiągnęliśmy, 3 (niezły wynik ;)) szczyt Korony Europy stał się naszym trofeum 🙂

Pic Alt de Coma Pedrosa to 2942 metry wysokości. Wejście nań nie było tak trudne jak się spodziewaliśmy, każdy piechur, który po górach przedreptał troszkę kilometrów nie powinien mieć problemów ze zdobyciem szczytu. Ba, nawet tym, którzy góry odwiedzają rzadko nie odmawiałbym szans wejścia. Pamiętać jednak trzeba, że nawet jeśli 3/4 trasy jest w miarę miła i niemal, każdy da sobie z nimi radę tak ostatnie kilometry to eksponowana grań, na której – w zależności od warunków – można napotkać pogodowe problemy. Myślę, jednak że z odpowiednim nastawieniem, ciuchami dobranymi do pogody i zapasem żarełka każdy z Was powinien spróbować wdrapać na tę górkę, widoki są tego warte!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.