Dziś zabieram was do Bolesławca, pięknego dolnośląskiego miasta, ze wszech miar zjawiskowego i urodziwego, za sprawą swej ceramiki słynnego na cały świat. Spodziewajcie się zatem ceramiki właśnie, ciekawych historii, ładnej oraz całkiem eklektycznej architektury i jeszcze więcej ceramiki – kropką nad I naszego spaceru będzie rzeka Bóbr i kamienny wiadukt długi na 500 metrów, jeden z najdłuższych w Europie, w Polsce nie mający sobie równych, inżynieryjne cudo sprzed niemal dwóch stuleci, obok garncarskiego dziedzictwa drugi najbardziej emblematyczny element bolesławieckiej „tkanki”. Zapraszam!


Wedle rankingów nie ma na Dolnym Śląsku lepszego miejsca do życia, a i ogólnopolskie ankiety plasują Bolesławiec w ścisłej czołówce miast najprzyjaźniejszych mieszkańcom. Rzecz jasna przyjezdnych i turystów nie przyciąga tu jakość życia miejscowych (hej, jeśli to czytacie to dajcie znać czy rzeczywiście Bolesławiec jest fajnym miejscem do żyćka) – wabikiem jest tu przede wszystkim wielowiekowa, wciąż żywa tradycja wytwarzania ceramiki, charakterystycznie zdobionej, słynnej nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie (prym w uwielbieniu i kolekcjonowaniu tejże wiodą Amerykanie i Japończycy). Ceramikę w Bolesławcu można poznać od podszewki, muzea, sklepy i manufaktury przez cały rok oferują bliskie z nią spotkania, pozwalając zgłębić jej historię, kupić co nieco a nawet współuczestniczyć w jej ozdobieniu. Pod koniec sierpnia miejscowe rękodzieło wychodzi na ulicę by w ramach Święta Ceramiki całkowicie zawładnąć miejską przestrzenią – rok temu zdążyłem „na ostatnią” chwilę, w tym postaram się poprawić i zameldować na całości. Tegoroczne święto odbędzie się w dniach 19-23 sierpnia.


Co najfajniejsze, sam Bolesławiec okazał się miastem zaskakująco kompaktowym, pozwalającym w krótkim czasie zobaczyć multum urokliwych miejsc, od terenów nad Bobrem, zielonych plantów wokół Starego Miasta, przez dzielnicę willową po piękny i imponujący podniesiony z wojennych zgliszczy rynek, pełnymi garściami czerpiący z najlepszych świdnickich i wrocławskich wzorców. A było co odbudowywać, uznaje się, że w 1945 roku zniszczone zostało 40% historycznej tkanki – i tu przyznam wam, że to jak dziś prezentuje się Bolesławiec, to jak zgrabnie odbudowano wiele zniszczonych budynków i jak umiejętnie w ocalałą zabudowę wkomponowano tę nowszą (czyt. nie kłuje w oczy) zasługuje na brawa. Miasto bardzo, ale to bardzo może się podobać – do czego zresztą będę miał zamiar was przekonać. Zaczynajmy!


BOLESŁAWIEC: DOJAZD POCIĄGIEM
Bolesławiec leży w południowej części Borów Dolnośląskich, nieco ponad 100 kilometrów na zachód od Wrocławia, tyle samo na południe od Zielonej Góry i około 60 na północ od Jeleniej Góry – jeśli wcześniej była to dla was enigma, to teraz już nie powinniście mieć problemu z umiejscowieniem miasta na mapie Polski. A dotarcie tam pociągiem nie powinno nastręczyć wam problemów… o ile wcześniej dostaniecie się do Wrocławia. Pierwsza linia łącząca stolicę Dolnego Śląska i Bolesławiec (biegnąc dalej na zachód) powstała przeszło 180 lat temu i zdawać by się mogło, że przez czas ten miasto dorobi się i połączeń na osi północ-południe. No cóż, nic z tego.

I tak większość kursów zahaczających o Bolesławiec zamyka się w trasie Wrocław-Zgorzelec (z możliwością bardzo fajnego połączenia dalej do Drezna i od niedawna Lipska, polecam), z pojedynczymi dalszymi trasami IC z Warszawy i Przemyśla. Podróż z Wrocławia trwa od 1 do 2 godzin: IC melduje się po 58 minutach, Koleje Dolnośląskie po 62 a niekiedy 112. Co zabawne bilety KD kosztują 33,70PLN a IC tyci mniej, z odpowiednim wyprzedzeniem nawet 24,40PLN. Takie rzeczy.

I nawet jeśli pociągiem nie zdecydujecie się do miasta przyjechać to polecam wybrać się na dworzec (dosłownie rzut berem z rynku). Bo po pierwsze primo jest to kawał zabytku pamiętający otwarcie linii w 1845 roku, po drugie primo sto lat temu doczekał się stylowej przebudowy w modernistycznym duchu, a po trzecie primo (ultimo) niedawno przeszedł remont i jego piękne wnętrza (w tym przestwór zielonych płytek i ciekawie, ceramiczne zdobienia nie tylko kolumn) naprawdę robią wrażenie. Rzekłem.

Bolesławiec nie potrzebuje dużo czasu by przekonać do siebie. Po dobrym pierwszym wrażeniu na dworcu wystarczy wyjść „na miasto”, stanąć naprzeciwko pięknej kamienicy (służącej dziś za siedzibę poczty) i cyk, już wiesz, że to będzie dobry dzień.
Ruszając w kierunku rynku szybko przekonacie się, że miasto naprawdę jest kompaktowe. Do tego ładne i całkiem eklektyczne.




Nie potrzeba nawet 5 minut by dojść do budynku, jeszcze do niedawna służącego za siedzibę Muzeum Ceramiki (nowa placówka przeniosła się na zachodnie obrzeża miasta i tam też trafimy, choć za chwilę). Całkiem urodziwy pałacyk wbudowano we fragment dawnych fortyfikacji. To idealny moment by średniowiecznym murom, stanowiącym dość wyraźną granicę Starego Miasta, bliżej się przyjrzeć.
BOLESŁAWIEC: MURY MIEJSKIE
Bolesławiec miastem jest niezwykle starym, a w jego początkach palce maczali Piastowie, dwaj, a przypadek(?) chciał, że obaj na imię mieli Bolesław – etymologia nazwy nie mogła być prostsza, prawda? Pierwszy był Bolesław Wysoki, który to pod koniec XII-wieku na terenie ówczesnej osady założył kasztelanię, pół wieku później, w 1251 roku, o krok dalej poszedł książę Bolesław Rogatka, który na prawie magdeburskim lokował miasto, rozpoczynając jego pełną wzlotów i upadków historię.


Raczkujące miasto na pierwsze obwarowania nie czekało długo, wysokie wały wzniesiono już w kilku lat po lokacji. Odkrycie potężnych złóż gliny, początki garncarskich manufaktur i prężnie działający handel przyczyniają się do rozwoju miasta. Rosło jego znaczenie, rosły też jego fortyfikacje – ziemno-drewniane umocnienia szybko zastąpione zostały murami z kamienia i cegły, nad którymi górowały cztery baszty i zamek. Burzliwe były to czasy a największym zwiastunem niepokojów byli wówczas Husyci – dostając złotówkę za każde spalone przez nich dolnośląskie miasto można by uzbierać niezłą sumkę (no dobra, może przesadzam, ale dodając do tego podobne Szwedzkie ekscesy z czasów Wojny Trzydziestoletniej mielibyśmy bingo i rozbity bank). Cóż, Bolesławiec nie należał do wyjątków i również pod jego murami zjawili się Taboryci. I najpewniej obeszli by się smakiem (a mury wypełniły swą funkcję) gdyby nie zdrada z wewnątrz i podpalenie jednej z bram. Splądrowane miasto długo podnosiło się z kolan, a lekcja z przeszłości sprawiła, że w połowie XV wieku, wzniesiono drugi obwód murów, wzmocniony kolejnymi basztami a także pokaźną fosą.


Dziś, w dużej mierze nie ma po nich śladów, częściowo rozebrali je Szwedzi, częściowo wojska Napoleona, swoje zrobiła z pewnością II Wojna Światowa. Z ponad kilometra murów ocalało kilka fragmentów, ale trzeba przyznać, że są one całkiem okazałe – najciekawiej prezentują się wzdłuż promenady na południe od Starego Miasta, wzdłuż ul. Kubika. Tam też znajdziecie najbardziej konfudujący z bolesławieckich pomników, poświęcony rosyjskiemu feldmarszałkowi Michaiłowi Kutuzowowi, temu carskiemu dowódcy, który w 1813 roku w czasie pogoni za Napoleonem, w Bolesławcu… zachorował na tyfus i wyzionął ducha. Poświęcony mu obelisk to ciekawy przypadek zachowania pamięci o postaci silnie zakorzenionej w niegdysiejszej przyjaźni prusko-rosyjskiej, postaci, która dziś w szerszej-polskiej świadomości kojarzona jest dość niekorzystnie, wszak w swej wojskowej karierze wielokrotnie walczył on z naszymi wojskami a niepodległa Rzeczpospolita była mu raczej nie po myśli.




BOLESŁAWIEC: KOŚCIÓŁ PW. MATKI BOŻEJ NIEUSTAJĄCEJ POMOCY
Jednym z elementów dawnych fortyfikacji (no powiedzmy), który bezpowrotnie przepadł (wskutek szwedzkiej rozwałki Wojny Trzydziestoletniej) był zamek, wybudowany jeszcze w XIV wieku. Na jego miejscu, w latach 1752-56 wzniesiono barokowy kościół ewangelicki, dziś katolicki, ale swymi wnętrzami raz dwa zdradzający swe korzenie. Skromny interior wielokrotnie był przebudowywany, ale każdy kolejny architekt nie wyobrażał sobie zlikwidowania empor, pięknie dziś drewnem przyozdobionych. Elementem z daleka przyciągającym wzrok jest wysoka na 73 metry, neogotycka wieża autorstwa nikogo innego jak Fryderyka Engelhardta Gansela, najsłynniejszego bolesławieckiego architekta (ba, kilka pokoleń rodziny słynęło ze smykałki do architektury i budownictwa), twórcy emblematycznego mostu-wiaduktu nad Bobrem.




Logicznym posunięciem byłoby ruszenie (w końcu!) w kierunku rynku, ale… no nie, chwilę się jeszcze poza centralnym centrum pokręcimy.
BOLESŁAWIEC: DZIELNICA POŁUDNIOWA
Historyczne centrum Bolesławca, przez lata szczelnie zamknięte murami obronnymi, w XIX-wieku (choć pewnie i wcześniej) zaczęło być za ciasne dla rozwijającego się miasta. Naturalną koleją rzeczy było powstanie nowych dzielnic, tak przemysłowych jak i mieszkalnych, do Starówki przylegających. Terenowi na południe przypadła ta druga funkcja.


W powstaniu nowej południowej dzielnicy, pełnej stylowych kamienic i willi, wzorowanej na berlińskim Westendzie – i co zrozumiałe nazwanej tu Sudend – palce maczali najwybitniejsi miejscowi architekci (m.in. wspomniany już Gansel) a tereny zielone zaprojektował sam Eduard Petzold, jegomość którego możecie kojarzyć z kontynuowania dziedzictwa księcia Pucklera w Mużakowie. Powstałe ulice służyć mogły za katalog ówczesnych trendów, mieliśmy tu barok i gotyk (oba z dopiskiem neo) czy klasycyzm w postaciach tak willowo-pałacykowych i po prostu kamienicowych, nierzadko wspartych pięknymi drewnianymi werandami.



I owszem, zieleni nie ma już tyle co dawniej. wielu budynkom przydałby się remont a powojenne plomby pasują do okolicy jak pięść do nosa, ale nie zmienia to faktu, że spacer po dzielnicy wart jest uskutecznienia.

No, a teraz obieramy azymut na Bramę Piastowską (dobrze zakamuflowaną pośród otaczających ją kamienic) oraz górujący nad nią ratusz. Idziemy na rynek.
BOLESŁAWIEC: RYNEK i RATUSZ MIEJSKI
Tu nie powinno być wielkiej filozofii i myślę, że wszyscy się zgodzimy: bolesławiecki rynek jest wizytówką miasta. Ba, jest jednym z najładniejszych rynków na całym Dolnym Śląsku. A przecież jeszcze 80 lat temu przypominał morze ruin – walki roku 1945 (i, a nawet może przede wszystkim głupota radzieckich soldatów już po poddaniu miasta) obróciły Bolesławiec w perzynę, a okolice rynku ucierpiały chyba najbardziej. Dlatego tym bardziej warto docenić fakt, że zniszczone podczas wojny kamienice postanowiono odbudować z szacunkiem dla ich historycznej formy, co jak wiemy na Dolnym Śląsku czy Pomorzu wcale takie oczywiste nie było – wiele wspaniałych rynków bezpowrotnie utraciliśmy otrzymując w zamian oto0czone szarymi blokami place (tak, wiem, że kwestia powojennej odbudowy to nie taka prosta i zerojedynkowa rzecz, dlatego cieszę się, że tu skończyło się jak się skończyło :P).



Było tu co obudowywać bo też główny plac miasta przez stulecia rozrastał się, przeobrażał, dostosowywał, tak do nowych czasów jak i coraz większego bogactwa mieszkańców. Z całym dobrodziejstwem inwentarza o uwagę prześcigały/ją się kamienice o proweniencji nawet gotyckiej (co zapewne dałoby się potwierdzić odwiedzając piwnice), piękne barokowe i renesansowe, o wyszukanych fasadach, klasycystyczne czy historyzujące biorące po prostu najlepsze elementy z wymienionych. Kilka z nich cudem ocalało z wojennej pożogi, dla mnie najbardziej imponującą jest ta spod numeru 28, na parterze mieszcząca restaurację „Stara Księgarnia”. Nazwa jako żywo nawiązuje do rodziny Appunów, przez lata prowadzących tam właśnie księgarnię – to w księgarnianym zaciszu bakcyla do botaniki i zoologii zapał jeden z najsłynniejszych bolesławieckich naukowców, Carl Ferdinand Appun, odkrywca wielu nieznanych (nam, bo z pewnością nie miejscowym) gatunków roślin i zwierząt z Ameryki Południowej.




W samym centrum placu wznosi się piękny ratusz. W znacznej części XVI-wieczny, o bryle wybitnie barokowej, nadanej dwa stulecia później, z wysoką na 37 metrów wieżą świadczącą o gotyckich początkach. Wieża rzecz jasna barkowego hełmu się nie ustrzegła. Po dziś dzień pełni on część funkcji administracyjnych – w zabytkowej Sali Ślubów podziwiać można cudne cyrklowe zdobienia, żywcem wzorowane na słynnych czeskich z zamku na Hradczanach. Niestety, sala nie jest raczej udostępniana do zwiedzania i pozostaje podziwianie wnętrz online… albo plan ohajtania się właśnie tam 😀




W przedostatni weekend sierpnia (w tym roku jest to 19-23) rynek staje się sercem odbywającego się w mieście Święta Ceramiki. I jest to bardzo dobry czas jeśli chcecie zaopatrzyć się w miejscowe wyroby (wystawców jest co nie miara a różnorodność oferowanych cudeniek nie ograniczona) czy też wziąć udział w różnorakich warsztatach. Jasne, zakupy i zajęcia możliwe są i na co dzień, ale w te kilka dni wyskakują dosłownie z każdego kąta. No i wtedy też macie szansę trafić na jedyną w swoim rodzaju ceramiczną paradę.





Do ceramiki zaraz wrócimy, ale będąc na rynku nie sposób nie zatrzymać się przy jednym z najważniejszych zabytków miasta.
BOLESŁAWIEC: BAZYLIKA WNIEBOWZIĘCIA NMP I ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA
Intrygująca to budowla, wiekowa i podobnie jak okolica wielce doświadczona przez historię – co ciekawe ocalała z drugowojennej pożogi. Tyle szczęścia nie miała jednak wiele stuleci wcześniej podczas Wojny Trzydziestoletniej (zniszczenie przynieśli wspomniani już Szwedzi) a i jej budowa w XV wieku, powodowana była zniszczeniem wcześniej istniejącego tu kościoła, puszczonego z dymem przez Husytów.



Gotycką proweniencję widać z zewnątrz. Trójnawowa bryła z kamienną, kwadratową u podstawy wieżą (nie wiem czy nawet nie ładniejszą od ratuszowej), portalami czy ceglanym szczytem zakończonym sterczynami sięgają XVI wieku, zdobiące ściany epitafia oraz rzeźby świętych są już następstwem późniejszych renesansowych i barokowych ingerencji. Szczególnie rewelacyjnie prezentują się epitafia, starannie odrestaurowane, jak zawsze stanowiące tę nieoczywistą kronikę miasta.




Barok z gotykiem zamieniają się miejscami wewnątrz świątyni. Najstarsze jej elementy da się zauważyć na sklepieniu prezbiterium i naw bocznych. Większa część wnętrz to już jednak piękny barok, stylowy, ale pozbawiony przesadnego dlań przepychu, pochodzący z XVII i XVIII-wiecznych renowacji będących następstwami Wojny Trzydziestoletniej i zniszczeń dokonanych przez wojska szwedzkie.




BOLESŁAWIEC: MUZEUM CERAMIKI
W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o co w oóle chodzi z tą ceramiką tutaj? należy udać się do miejscowego Muzeum, rzecz jasna Ceramiki. W pięknym, niedawno odrestaurowanym neogotyckim pałacyku (ongiś należącym do hrabiego Eduarda Pücklera) prześledzicie długą drogę od pierwszych, średniowiecznych zakładów garncarskich do współczesnych manufaktur, dowiecie się o tym jak krok po kroku bolesławieccy rzemieślnicy zdominowali okoliczny rynek, zyskali uznanie w całej Europie a w końcu stali się popularni na krańcach świata, stopniowo poznacie rozwój zdobniczych technik, zobaczycie jak na przestrzeni stuleci brąz zaączł ustępować miejsca emblematycznej dziś parze bieli i kobaltu, jednocześnie odkryjecie jak niekonwencjonalnie i designersko do tematu potrafili podejść XX-wieczni projektanci.





I nie ważne czy jesteście wielbicielami stempelkowych wzorów wszelakich, dawnych brązowych naczyń z białą nakładką, secesyjnych i współczesnych wielce kolorowych projektów czy tak naprawdę za bardzo się ceramiką wcześniej nie interesowaliście – myślę, że różnorodność form i zdobień nikogo nie pozostawi obojętnym.



Bolesławiecka ceramika jest tak użytkowa co estetyczna, wytrzymała i wielofunkcyjna co po prostu ładna (brzmi za bardzo jak telezakupy mango? XD). No i przede wszystkim, każda sztuka jest ręcznie zdobiona (a nierzadko i ręcznie formowana), tak stempelkami o powtarzalnych wzorach przy przemysłowych zamówieniach jak i mozolnie pędzelkami, kiedy w grę wchodzi szczegółowa i raczej unikatowa rzecz. I myślę, że to właśnie ten rzemieślniczy, rękodzielniczy charakter przesądza o jej wyjątkowości. No nie jest tak?




A jeśli teoria, historia i suche podziwianie bolesławieckiej ceramiki to dla was za mało to… idealnym rozwiązaniem będzie spacer na południowe krańce miasta do Żywego Muzeum Ceramiki. Nie jest to muzeum sensu stricto a po prostu (choć w tym wypadku to aż) wciąż działająca manufaktura, w której wraz z przewodnikiem podpatrzeć można każdy kluczowy etap powstawania ceramicznych naczyń… a na końcu samemu oddać się niczym nie skrępowanemu, twórczemu udekorowaniu talerza, kubka czy miski. A jeśli i to wydaje wam się niewystarczające to ostatecznym punktem ceramicznej wędrówki powinno być Centrum Dawnych Technik Garncarskich gdzie warsztaty nie ograniczają się li tylko do zdobienia, ale pozwalają też na ubabranie się w glinie i uformowanie własnych naczyń! How cool is that?

Muzeum Ceramiki czynne jest od wtorku do niedzieli w godzinach różnych, w zależności od dnia i pory roku (sprawdźcie sami). Bilet normalny kosztuje 20 złotych, ulgowy 10 a studenci i uczniowie płacą piątaka. W czwartki zwiedzanie jest darmowe.
Centrum Dawnych Technik Garncarskich otwarte jest od wtorku do soboty w godzinach 10:00-16:00 (warsztaty do 15:00) i sam bilet kosztuje 10 złotych (łączony z Muzeum Ceramiki 25). Dodatkowe koszty warsztatowe znajdziecie tutaj.
Oprowadzanie i warsztaty zdobnicze w Żywym Muzeum Ceramiki odbywają się cały tydzień, przy czym tutaj warto wizytę zarezerwować z wyprzedzeniem. Godziny otwarcia i ceny znajdziecie tutaj.
BOLESŁAWIEC: DAWNE ZAKŁADY CONCORDIA
Całkiem niedaleko Muzeum Ceramiki wznosi się potężny wciąż, choć już nieużytkowany, gmach dawnych zakładów włókienniczych Concordia. Imponujący to budynek, o historii liczącej 150 lat, powstały na miejscu równie potężnych Młynów, zasilanych przez wody wartko płynącego Bobru. Concordia była swego czasu największą fabryką w mieście i to zdecydowanie widać – bryła zakładu po dziś dzień jest imponująca.


Jak w wielu podobnych zakładach przemysłowych i tutaj w czasie II Wojny Światowej rozpoczęto produkcję elementów wykorzystywanych przez niemieckie wojska, w tym wypadku części skrzydeł myśliwca Focke-Wulf 190. Do pracy zagoniono więźniów z obozu Gross-Rosen, głównie Polaków i Rosjan, ale i przedstawicieli kilku innych krajów. Spoglądając na masywną wieżę warto o nich pamiętać.
BOLESŁAWIEC: WIADUKT NAD BOBREM
Bolesławiec nie słynie jednak tylko z ceramiki. Równie emblematycznym, choć młodszym elementem miejskiej tożsamości jest potężny, wysoki na 26 metrów, szeroki na 8 i długi na niemal pół kilometra wiadukt kolejowy, inżynieryjne cudeńko XIX-wieku, imponujące tak 170 lat temu jak i dziś.


Powstały w latach 40. XIX-wieku wiadukt był inżynieryjnym wyzwaniem. Kosztował masę kasy, przekroczył zakładany pierwotnie budżet, finalnie jednak mało kto chyba kręcił na ten fakt nosem, Bóbr został „ujarzmiony” a z Wrocławia bez problemu można było ruszać do Zgorzelca. I dziś, jadąc na zachód trzeba pokonać piaskowcowego giganta i jego 35 przęseł – widoku warto zaznać tak z pociągu jak i spod wiaduktu, z bliska znad samej rzeki, i z odległości, z miasta. Zapewniam, że z każdej perspektywy robi wrażenie.



Myślę, że to dobre miejsce by zakończyć nasz spacer.
Mam świadomość, że sam Bolesławca nie poznałem na tyle na ile bym sobie życzył, ale mam też nadzieję, że to co wam pokazałem wystarczająco pokazało dlaczego warto się tam wybrać. Czego wam życzę 🙂


mnie przekonałeś! wpisuję Bolesławiec na swoją listę miejsc do odwiedzenia 🙂 dworzec na Twoich zdjęciach – zachwyca, a w rzeczywistości musi być naprawdę zjawiskowy
PolubieniePolubienie
Super! A dworzec rzeczywiscieo bardzo fajny i na żywo mam nadzieję spodoba się również mocno 😀
PolubieniePolubienie