Edynburg – miasto niekończącego się zachwytu. Zwiedzamy stolicę Szkocji

Witojcie po dłuższej przerwie! Pozwólcie, że na jakiś czas zrobimy pauzę w podróży po Japonii – w ciągu ostatnich miesięcy nazbierało się bowiem wiele fajnych, szybkich, diablo ciekawych wypadów i po prostu podskórnie czuję, że kilka z nich zasługuje na pierwszeństwo. A jeden to już zdecydowanie. Mowa o wizycie w Edynburgu, wspaniałej stolicy Szkocji, mieście, które od dawien dawna chciałem poznać. Miejscu niezwykłym, historycznie intrygującym, architektonicznie przebogatym, kulturalnie imponującym, przytulonym do potężnego estuarium rzeki Forth, arcycudownie wkomponowanym w powulkaniczny krajobraz. Postaram się nie popadać w nadmierną egzaltację, nie będzie to jednak łatwe.

Chociaż nie, pieprzyć to! Nie będzie hamulców 😀

Ktoś powie, że widok z Calton Hill jest motywem oklepanym. Być może, ale wciąż jest to widok piękny i warto zacząć nim taki wpis.

Mała ściąga dla wszystkich, którym nie będzie się chciało czytać całości 😉

WSTĘP aka LANIE WODY

Zaczynając edynburską przygodę, nawet w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że stolicę Szkocji opuszczać będę z uczuciem miłości wielkiej, mam nadzieję długiej i jak najczęściej odświeżanej. Byłem pewien, że mi się spodoba, ale uroda i klimat Edynburga okazały się wręcz nieprzyzwoite. Ba, bez wahania napiszę, że niewiele miast zrobiło na mnie podobne wrażenie. A przecież – wskutek wypadków losowych zwanych kontuzją jednej osoby z ekipy – tempo zwiedzania musieliśmy zmodyfikować i tak naprawdę zahaczyliśmy tylko o garść miejscowych delicji. A tych jest co nie miara i każdy, dosłownie każdy znajdzie coś dla siebie. O tak, Edynburg idealnie nadaje się na weekendowy (przedłużony najlepiej) citybreak.

Czy mocno słoneczna pogoda mogła wpłynąć na moją ocenę? Niewątpliwie! Nie zaliczam się do osób, które doceniają szkocką huśtawkę pogodową i im mniej było słynnej pochmurnej, posępnej i deszczowej aury tym szczęśliwszy byłem. Nawet jeśli obiektywnie patrząc, Edynburgowi w mrocznych szatach jest do twarzy.

Edynburski zamek, jeden z symboli miasta i kadr niczym z fantasy.

Cóż zatem Edynburg ma do zaoferowania?

Miłośnicy architektury zatracą się w monumentalnej zabudowie Starego Miasta, w niezwykle przemyślanym, spójnym, piaskowcowym Nowym Mieście, w setkach, jak nie tysiącach pomników, rzeźb i detali zdobiących mijane gmachy i kamienice. Napisanie, że każda ulica, uliczka, plac czy nawet pub niesie za sobą ciekawą opowieść jest frazesem, ale serio, w niewielu innych miastach czułem na sobie tak intensywne spojrzenie historii.

(Nie) Katedra Św. Idziego.
Dean Village.
Ponad Victoria Street.
Spacerując po Nowym Mieście.

Dbając o codzienną dawkę cardio, pokonując setki schodów dotrzecie do wielu zjawiskowych punktów widokowych (a Edynburg jest miastem, które warto a nawet należy z takich miejsc podziwiać). I wierzcie mi, spacer węższymi i szerszymi uliczkami będzie fajny, panoramy z Calton Hill czy Zamku na długo zostaną wam w pamięci, ale łazęgi te powinny być li tylko przygrywką do finału w postaci wgramolenia się na piękny i emblematyczny dla Edynburga pagór, Arthur’s Seat. Wyrastająca tuż przy centrum miasta, najsłynniejsza stołeczna pamiątka po miejscowym wulkanizmie, oferuje tak kawałeczek fajnego trekkingu, cudowne widoki jak i porządne przewianie. A kto miast gór preferuje wypoczynek nad morzem ten w kilkanaście minut przedostać się może na urokliwe plaże Portobello czy do portowego Newhaven i Leith.

Pozdrowienia z Calton Hill.
Albo plażę.
Arthur’s Seat – edynburskie górki dają dużo frajdy.

Stare i Nowe Miasto od lat goszczą na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, od stuleci będąc sercem szkockiej kultury, magnesem (i inspiracją) dla wszelkiej maści artystów i ludzi nauki, domem dla interesujących muzeów, po dziś dzień służąc za biznesowe i  kulturalne centrum kraju – ba, w sierpniu, dla wszelkiej maści ulicznych artystów czy zespołów dudziarskich stając się stolicą wręcz światową. I właśnie w sierpniu wrócę by rzucić się w wir Military Tattoo i Fringe Festival, w pełni doświadczając tego kulturalnego fenomenu Edynburga [dlatego za jakiś czas nastąpi spory update tego tekstu :)].

Spotkanie grających dudziarzy nie jest trudne.

Co powiecie na to by spiąć to klamrą kulinarną, na wskroś kosmopolityczną acz na pierwszym miejscu i tak stawiającą lokalne jedzonko i trunki? W Edynburgu na kilka sposobów da się odczarować haggis, najsłynniejsze szkockie danie (o niezrozumiale dla mnie złej sławie), nad morzem zajadać owocami morza, łososiem i pożywną rybną zupą cullen skink a w międzyczasie przegryźć to pysznymi maślanymi ciastkami shortbread czy też scotch pajem. A wszystko to podczas spaceru po klimatycznych pubach (historią sięgających nawet i setek lat) gdzie prócz miejscowych single maltów czeka na was całkiem bogata oferta piw, w tym diablo dobrych bezalkoholowych.

Balmoral chicken czyli potężne frytki oraz pierś z kurczaka, boczek i haggis – jakże dobrze się uzupełniające ❤

No dobra, to gotowi na zwiedzanie? Mam nadzieję, że lanie wody utrzymam na wodzy i tekst nie wyjdzie aż tak gargantuiczny jak mógłby wyjść xd

DOTARCIE DO EDYNBURGA

Okazuje się, że zorganizowanie podróży do szkockiej stolicy jest rzeczą całkiem prostą, codziennie połączenia oferuje Ryanair (loty z Gdańska, Krakowa, Poznania, Rzeszowa, Warszawy i Wrocławia), 4 razy w tygodniu alternatywę daje Easyjet z Krakowa. Ceny bilety raczej nie wykraczają poza normę, ale zauważyłem, że często na ostatnią chwilę trafiają się oferty dosłownie za grosze, warto na last minute polować. Sama podróż trwa około 2 i pół godziny.

Jeszcze prostsze wydaje się dotarcie z lotniska do miasta. Port lotniczy oddalony jest od centrum o niespełna 13 kilometrów i co najważniejsze przez cały dzień (i noc) oferuje doń transport:

      • autobusy Airlink100 kursują 24h/dobę, przez większość dnia co 10 minut(!) i co 15-20 minut w nocy. Bilet w dwie strony kosztuje 8,50 funta. Jest to całkiem popularna opcja i zdarza się, że chętnych jest więcej niż miejsc. Dlatego też bilety kupuje się nie na odpowiednie kursy a cały dzień – to dobre rozwiązanie i kiedy nie uda się wejść na pokład to wystarczy chwilę poczekać i po 10 minutach skorzystać z kolejnego piętrusa.
      • konkurencyjne są tramwaje, kursujące równie często, z tą różnicą, że w nocy idą spać: pierwszy kurs przypada na 6.26, ostatni na 22.48. Bilet w dwie strony kosztuje 9,50 funta i z tego co widzę to działa on podobnie do biletów autobusowych z tą przewagą, że podróż powrotną można odbyć w dowolny dzień.

Podróż do samiuśkiego centrum trwa pół godziny. I powiem wam, że już w autobusie, przyklejony do szyby, oczarowany mijanym miastem, mamrotałem pod nosem wyrazy zachwytu. Gdyby nie fakt, że miałem pod opieką kilka osób to po prostu wysiadłbym po drodze i długi kawał przeszedł wzdychając szczęśliwy 😀 Serio, jeśli waszym pierwszym spotkaniem z Edynburgiem będzie wieczór (najlepiej przy Princes Street Gardens) z pięknie zachodzącym słońcem, to najprawdopodobniej przepadniecie.

Pierwsze spojrzenie na miasto. Miłość.

Autobus swój kurs kończy przed dworcem kolejowym Waverley, tym samym, na którym Avengersi skopali tyłki wysłannikom Thanosa, a Chris Evans udowodnił, że Kapitan Ameryka z brodą wygląda zajebiście <wybaczcie fanbojstwo> Sama nazwa Waverley jest rzecz jasna nawiązaniem do nazwiska głównego bohatera powieści sir Waltera Scotta. Wiiielgaśny monument poświęcony wybitnemu szkockiemu autorowi spotkać można już po sąsiedzku, my jednak postanowiliśmy odłożyć to na później i ruszyliśmy na północ miasta, w kierunku noclegu.

Wieczorny spacer pośród wytyczonych od linijki (i cyrkla) gregoriańskich ulic (im dalej od gwarnej Princes Street tym bardziej kameralnie) zalecam wielce.

Waverley Station.
Mniej zatłoczona część Nowego Miasta.
Mniej zatłoczona część Nowego Miasta.

No, i teraz serio możemy zacząć zwiedzanie.

Uwaga ogólna na początek: Edynburg, choć administracyjnie ma ponad 250 kilometrów kwadratowych powierzchni, to idealnie nadaje się na pieszą łazęgę. Historyczne centrum, pełne najważniejszych atrakcji, jest bowiem całkiem niewielkie a większość najciekawych delicji Starego i Nowego Miasta oddalona jest od siebie o góra kilkadziesiąt minut spaceru. Dlatego wszystko czego potrzebujecie to wygodne buty. A do wszystkich miejsc trochę bardziej oddalonych, jak np. ruin zamku Craigmillar, czy Portobello z łatwością podjedziecie autobusem. Jednorazowe bilety kosztują 2,40 funta, a bilety całodniowe 6 funtów. 

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: ZAMEK W EDYNBURGU

Na początku był wulkan. Raczej potężny i olbrzymi, przez 350 milionów lat zredukowany jednak do wysokiego na 130 metrów neku, dziś dramatycznie wznoszącego się nad okolicą. Poszarpana i niedostępna z trzech stron skała, już w epoce żelaza przyciągnęła pierwszych osadników i absolutnie nie dziwi, że po wielu wielu latach stała się domem dla warowni, która w historii Szkocji rolę odegrała niebagatelną. To u jej bram zaczyna się (lub kończy) Królewska Mila, ulica (a raczej ciąg ulic) będąca kręgosłupem powstałego w średniowieczu Starego Miasta.

Zamek w Edynburgu, widok dla miasta wielce emblematyczny.
Królewska Mila, ciąg najstarszych ulic Starego Miasta, po dziś dzień tworzących jedną z najważniejszych arterii Edynburga.

O Zamku można by napisać książkę (ba, wiele napisano), a jego kamienie (najstarsze pochodzące z XII-wieku) gdyby tylko mogły mówić, snuły by historię nieustannej walki o niezależność od Anglii, opowiedziałby o bohaterach i łotrach, królach, królowych, regentach, niezliczonych oblężeniach, zniszczeniach, odbudowach i przebudowach, drodze od królewskiej rezydencji, przez zbrojownię czy mennicę po garnizon i więzienie a w końcu o odrestaurowaniu i uczynieniu zeń jednego z najważniejszych, historycznych zabytków w Szkocji. 

Etymologia nazwy Edynburg sięga wczesnego średniowiecza i jest tematem intrygującym.
W języku szkockim gaelickim miasto nosi nazwę Dùn Èideann.
Zamek w Edynburgu.

Teren Zamku jest przepastny i w naiwności umówiliśmy się na 2 godziny zwiedzania. Ach, szybko okazało się, że – przynajmniej dla mnie – to zdecydowanie za mało. Bo tak, same dziedzińce, spacer po murach i podziwianie miasta potrafią ukraść sporo czasu. Dodajmy do tego ot choćby szereg wojskowych muzeów, poświęconych tak najsłynniejszym szkockim pułkom czy „po prostu” wojennej historii Szkotów w armii brytyjskiej. A skoro przy tym temacie jesteśmy to nie sposób nie wspomnieć o Scottish National War Memorial, chyba najbardziej niezwykłym miejscu upamiętniającym poległych w I Wojnie Światowej jakie widziałem, monumentalnym mauzoleum, w którym dzięki zakazowi robienia zdjęć panuje bardziej kontemplacyjna i kameralna atmosfera.

Zamek w Edynburgu. Muzeum Wojenne.
Spacer wzdłuż murów przynosi mnóstwo pięknych spojrzeń na miasto.
Czy to jeden z najsilniej polaryzujących dowódców I WŚ? Nie inaczej, przed wami generał Douglas Haig.
Początki zamku sięgają XI-wieku, ale najstarsze zachowane relikty pochodzą ze stulecia XII.
Kaplica Św. Małgorzaty, najstarszy budynek Edycnbuga.

A o kameralność w pozostałych fragmentach zamku naprawdę trudno. Przez Wielką Salę, niepozorną XII-wieczną kapliczkę Św. Małgorzaty (będącą najstarszym budynkiem całego Edynburga!) czy Pałac Królewski, skrywający w swych wnętrzach klejnoty koronne i Kamień Przeznaczenia, przelewają się tłumy przepotężne – w samej kolejce do Pałacu można stać nawet i 20 minut. Czy momentami ten nadmierny gwar odbiera przyjemność ze zwiedzania? No trochę tak, ale nie na tyle by do siebie zniechęcić.

Fragment kaplicy Św. małgorzaty.
Wielka Sala jak nazwa wskazuje jest wielka i wielkie wrażenia miała robić na gościach.
Przedzamkowy plac, w sierpniu serce Military Tattoo Festival.
Grup z przewodnikami jest bez liku.
Scottish National War Memorial.

Nie jest to tania zabawa (bilet normalny kosztuje 23,5 funta przy zakupie online, 26 na miejscu) i nie ma co ściemniać, najlepiej bawić będą się tu miłośnicy historii i wojskowości.

Zamek otwarty jest cały rok, od kwietnia do września w godz. 9.30 – 17.00 a w pozostałe miesiące do godz. 16.00. Po sporo innych informacji organizacyjnych zapraszam tutaj.

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: THE ROYAL MILE – KRÓLEWSKA MILA

Edynburskie Stare Miasto powstawało równolegle do Zamku. Skupione wokół najstarszych ulic szkockiej stolicy (Castlehill, Lawnmarket, High Street i Canongate) rozciąga się ono na długości jednej mili (mili szkockiej, co ważne – liczącej sobie tyci więcej od mili angielskiej) łącząc Zamek (czyli dawną królewską siedzibę) z pałacem Holyroodhouse (czyli obecną rezydencją monarchii). Czy to dziwne, że ktoś wpadł na pomysł by z połączonych mocy wspomnianych ulic stworzyć „Royal Mile”, trakt sam w sobie symboliczny, ale jasno oddziałujący na wyobraźnię i idealnie skrojony pod staromiejski marketing?

Na samej Castlehill mieści się Camera Obscura czy Scotch Whisky Experience.
Królewska Mila o poranku.

W drodze z/na zamek warto zatrzymać się na Castlehill w Ening Ewartm, najwyżej położonym pubie Edynburga. I widać, że klimatycznie wiekowym.

Królewska Mila jak i całe Stare Miasto zaskakuje monumentalnością. Kamienice prześcigają się w liczbie pięter, choć w porównaniu do stanu sprzed setek lat są tak naprawdę maluchami. Wszak przez pierwsze stulecia swojego istnienia Edynburg kurczowo trzymał się gęstej sieci pierwotnych uliczek, i chcąc się rozwijać stawiał na nazwijmy to ekspansję wertykalną. Nikogo nie dziwiły kamienice sięgające 10 i więcej pięter. Dziś po wielu z nich nie ma już śladu bo też pożary Starówki nie szczędziły, ale i tak kilkukondygnacyjna zabudowa jaką można wciąż podziwiać robi wrażenie. Tym bardziej, że budynki potrafią się pięknie różnić, pokazując ewolucję edynburskiej zabudowy.

Królewska Mila.
Królewska Mila.
Królewska Mila.

Spacerując wzdłuż Mili warto (a nawet trzeba) zaglądać w boczne uliczki, krótsze i dłuższe, szersze i węższe, prowadzące do sąsiednich ulic, placów czy też w ślepe zaułki. Dawne closes i wynds, elementy dla krajobrazu Starego Miasta emblematyczne, może już nie tak tajemnicze i mroczne jak przed wielu laty, ale wciąż niezwykle intrygujące.

Krok w bok.
Adres dla fanów „Outlandera” 😉
Krok w bok.
Krok w bok.

Na Królewskiej Mili spędzicie trochę czasu, to nieuniknione. Znaleźć tu można MNÓSTWO muzeów i atrakcji (z dotychczas nieodwiedzonych choćby Camera Obscura, Scotch Whisky Experience, Edinburgh Museum, Dom Johna Knoxa czy sam Pałac Holyrood – do poprawki w sierpniu) tyleż samo dobrych pubów, a i sklepów z pamiątkami jest zatrzęsienie. Dlatego też nie ma co się dziwić, że w godzinach szczytu Milę szturmują tłumy – co ciekawe jednak, im dalej na wschód tym ludzi mniej.

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: KATEDRA ŚW. IDZIEGO

Spośród wielu atrakcji Królewskiej Mili nie mogłem odmówić sobie wizyty w katedrze (nie katedrze) Św. Idziego. To trochę nie w naszym stylu, ale była to jedyna odwiedzona w Edynburgu świątynia. No, ale jakby to powiedzieć: może i jedyna, ale za to jaka!

Katedra Św. Idziego, fasada wschodnia.
I fasada zachodnia.

Niewiele młodsza od Zamku, licząca 900 lat świątynia, niemal od samego początku wrzucona została w wir burzliwych dziejów tak Edynburga, Szkocji jak i szkockiego kościoła. I sumie to ciekawe, że podążając drogą od katolicyzmu, przez reformacyjną rewolucję Johna Knoxa, po zostanie jedną z najważniejszych świątyń narodowego Kościoła Szkockiego, wciąż nazywa się Katedrą –  wszak w prezbiteriańskim Kościele Szkockim nie uświadczymy biskupów a co za tym idzie i katedr.

Średniowieczne witraże nie przetrwały pierwszych lat reformacji. Dziś podziwiać można dzieła mistrzów XIX-wiecznych.
Stalle w Kaplicy Ostu.
Wspaniały portal zachodniej fasady powstał podczas wiktoriańskiej przebudowy XIX stulecia.

I nawet jeśli historia kościoła was nie interesuje to dajcie się porwać jego architekturze. Jest czemu. Spójrzcie choćby na wieżę, późnośredniowieczną, niezwykle osobliwą, zwieńczoną iglicą, wspartą łękami oporowymi, wyglądającą niczym królewska korona! Szczękoopadający jest wiktoriański, zachodni portal, przebogato zdobiony. Wnętrza również nie pozostawiają obojętnym, choć jeśli mielibyście tylko chwilę i miałbym wybrać tylko jedno zeń miejsce to byłaby to najmłodsza, bo zaledwie 115 letnia Kaplica Ostu, dedykowana kawalerom najwyższego Szkockiego Odznaczenia. Ach, cóż to za cudo, na kilkunastu metrach kwadratowych „upchnięto” tyle symboliki i dekoracyjnego piękna, że głowa mała – to jedno z tych miejsc gdzie słowami w żadnej mierze nie oddasz swych odczuć.

Witraże na Wyspach zawsze są warte zobaczenia.
Zwornikowy zawrót głowy na sklepieniu Kaplicy Ostu.

Portal najlepiej podziwiać wieczorem lub rankiem, kiedy nie kręci się przy nim więcej osób.

Zwiedzanie kościoła nic nie kosztuje, ale jeśli chcecie to możecie zostawić datek, w myśl idei „Co łaska”.

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: PARLIAMANET SQUARE

Przylegający do katedry Parliament Square od stuleci jest miejscem tętniącym życiem, przy czym dziś spotkacie tu przede wszystkim grupki turystów i ulicznych grajków a dawniej kupców sprzedających swe towary, heroldów odczytujących królewskie dekrety, no i tłumy zbierające się na niezwykle popularnej ongiś rozrywce jaką było odczytywanie wyroków i obserwowanie wykonywanych egzekucji. Pamiątką po dawnych dziejach jest Mercat Cross, element dla szkockich ryneczków emblematyczny, po dziś dzień spełniający swe funkcje informacyjne – ot, właśnie tam, przy pełnym ceremoniale odczytano proklamację Rady Akcesyjnej informującej o tym, że nowym królem Zjednoczonego Królestwa został Karol III.

Mercat Cross był nie tylko symbolem statusu miasta, ale i „ustami” władz miejskich (i jeszcze wyższych) przekazujących zeń najważniejsze informacje i dekrety.
Po dziś dzień z Mercat Cross odczytywane są najważniejsze dekrety.
A to Heart of Midlothian, serce wcale nie romantyczne, upamiętniające miejsce gdzie znajdowała się brama więzienia, The Old Talbooth, najcięższego w mieście – to z niego, nierzadko po brutalnej dawce resocjalizacji osadzeni trafiali przed Mercat Cross, gdzie cierpliwie czekał na nich kat. Nie zdziwcie się widząc jak miejscowi na serce plują.
William Brodie, jeden z najsłynniejszych jegomościów powieszonych pod Mercat Cross, inspiracja dla postaci Dr. Jekylla. I pana Hyde’a też.

Jak szybko zauważycie Edynburg jest domem dla niezliczonych rzeźb i pomników, w dużej mierze upamiętniających najważniejsze persony związane z miastem i Szkocją. Na samej Królewskiej Mili spotkacie tak osoby słynne na całym świecie jak Adam Smith, ale i takie znane tylko miejscowym, ewentualnie hermetycznej grupie zainteresowanych danym tematem: jak choćby James Braidwood, jeden z ojców współczesnego pożarnictwa. A zaraz po sąsiedzku, w rogu placyku przed Edinburg City Chambers siedzi sobie pewien jegomość. Generała Stanisława Maczka i jego dokonań z czasów II Wojny Światowej nie muszę wam chyba przedstawiać, ale o jego powojennych losach i dramacie niemożności powrotu do Polski zawsze warto przypominać. Legendarny dowódca, bohater, wyzwoliciel belgijskich i holenderskich miast, po wojnie pozbawiony obywatelstwa i emerytury, osiadły w Edynburgu parał się najróżniejszymi zajęciami (jak choćby staniem za barem w pubie), wraz z żoną wspomagał weteranów znajdujących się w jeszcze gorszym położeniu. Jak ktoś słusznie zauważył, posiadacz nazwiska o ironio kojarzonego z symbolem upamiętnienia żołnierzy poległych w Wielkich Wojnach XX-wieku – sam nie przez wszystkich i nie odpowiednio szybko doczekał się należytego upamiętnienia. Dlatego jego ławeczka jak i tablica przy domu, w  którym mieszkał cieszą bardzo.

Generał Stanisław Maczek.
Adam Smith, stojący w cieniu katedry.

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: VICTORIA STREET

Królewska Mila może być najważniejszą arterią Starego Miasta, ale laur ulicy najładniejszej (a na pewno najbardziej instagramowej) przypaść musi Victoria Street… która de facto nie jest taka stara jak mogłoby się wydawać, no w każdym razie częściowo. Łukowata ulica powstała bowiem w XIX-wieku, przepychając się między starszą zabudową, stając się łatwiejszą i bezpieczniejszą alternatywą dotarcia z Królewskiej Mili do Grassmarket (o którym za chwilę).

Victoria Street. i moi ancymoni
Victoria Street.
Victoria Street.

No piękna jest to ulica, brukowana, do perfekcji wykorzystująca banalny (ale jakże dobry) koncept łączenia otynkowanych/pomalowanych niższych kondygnacji z surowymi, piaskowcowymi zazwyczaj piętrami wyższymi. No powie mi ktoś, że źle to wygląda? Za kolorowymi fasadami kryją się knajpki, sklepiki z pamiątkami i starociami, księgarnie. Czy JK Rowling stąd czerpała inspirację do stworzenia ulicy Pokątnej? Wielce prawdopodobne, choć dla mnie i tak kandydatem numer jeden są The Shambles z Yorku. Pewnym natomiast jest, że fani chłopca z blizną w jednym z tutejszych sklepów (Museum Context) będą mieli używanie i poczują się jak ryby w wodzie, czy tam Harry na Błyskawicy.

Kolorowe fasady na Victoria Street.
Victoria Street.
Victoria Street.

A najlepsze jest to, że podczas budowy ulicy ktoś wpadł na pomysł by przez dłuższą część była ona dwupoziomowa. Ten wyższy poziom fajna sprawa, wraz z obniżaniem się ulicy wzrasta wysokość na jakiej znajduje się całkiem klawy taras spacerowy, głównie odsłonięty, ale kawałek ciągnący się pod arkadami. Zalecam wejść po schodach bo widoki fajniutkie.

Victoria Street.
Widoczki z „piętra”.
Widoczki z „piętra”.

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: GRASSMARKET

Victoria Street prowadzi do kolejnej, nie bójmy się tego słowa, emblematycznej dla Starego Miasta uliczki. A w sumie placu. Grassmarket przez długi czas pełniło funkcje podobne (choć na większą skalę) do terenu w0kół Mercat Cross. Początkowo organizowany był tu targ, głównie rolniczy, handlowano bydłem i końmi, z czasem pomyślano nad zorganizowaniem rozrywki dla gawiedzi i rozpoczęto… przeprowadzać egzekucje <badum tss>.

Grassmarket to dobre miejsce by coś przekąsić.

Człowiek to dziwna istota i jak można się domyśleć egzekucje zaczęły przyciągać tłumy. Właściciele miejscowych kamienic wyczuli koniunkturę i choć pierwsze puby otwarto tam dla handlarzy to właśnie spragnieni krwi widzowie wywołali prawdziwy boom na budowę lokali umilających oczekiwanie na egzekucje. W ten sposób powstało wiele ikonicznych po dziś dzień miejsc – w The Last Drop skazańcy mieli mieć szansę na wypicie ostatniej pinty w życiu, w White Hart Inn pijali słynni literaci a niesławni mordercy Burke i Hare mieli wybierać niektóre ze swoich ofiar, a Maggie Dicksons nazwę zawdzięcza kobiecie, która… przeżyła własną egzekucję (a wcześniej dramat, który doprowadził ją pod stryczek).

Grassmarket.
White Hart Inn.

Pod koniec XVIII-wieku zaprzestano egzekucji i powoli, powolutku plac zaczął tracić na znaczeniu. Na początku XX-wieku stał się miejscem, które prędzej byście omijali, ale z czasem postanowiono przywrócić mu należyty urok i dziś ponownie zaprasza na spacer i postój na małe co nieco. A pubowa klęska urodzaju jest czymś co sprawia, że to jedno z najlepszych miejsc na wieczorne piwo. W Beehive Inn wpałaszowaliśmy balmoral chicken gdzie w pierś z kurczaka spotyka się z boczkiem i haggisem. Świetny mają też klasyczny haggis zapiekany w pyrkach, z brukwią i cheddarem. Co do haggisu, to jeśli – w dużym uproszczeniu – lubicie kaszankę (ale bardziej przypieprzoną) to nie macie się czego obawia. Wiadomo, że skład obu specjałów się różni, ale smak i konsystencja jak najbardziej są sobie bliskie.

Z placu rozciąga się bardzo fajny widok na zamek.
Beehive Inn należy do ciekawszych pubów na Grasmarket.

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: VENNEL STREET

W 1513 w słynnej bitwie pod Flodden Anglicy kompletnie rozbili wojska Jakuba IV. W walce poległ szkocki monarcha, kwiat rycerstwa, wielu możnych, ponad 10 tysięcy ludzi. Edynburg co oczywiste obawiał się tego co przyniesie przyszłość i w miarę szybko rozpoczęto budowę murów mających chronić miasto przed ewentualnym angielskim oblężeniem. Południowi sąsiedzi z atakiem się jednak nie kwapili i pierwszą próbę – wysokie  na 7, szerokie na 2 metry – mury przeszły 30 lat później. Czemu o nich tu piszę? Bo to wzdłuż ich pozostałości, po sąsiedzku prowadzi podejście pod jeden z fajniejszych punktów widokowych na edynburski zamek.

Widoczek z Vennel Street.
Mądrego to warto poczytać.
Z pochmurnym niebem Edynburgowi do twarzy.

Licząca ponad sto schodków uliczka Vennel rozpoczyna się na skraju Grassmarket. W połowie podejścia, zauważycie odwracających się turystów – razem z nimi warto spojrzeć za siebie, zamek powinien prezentować się tip top. Zawieszona nad skalną ścianą warownia wygląda ładnie i klimatycznie… ale sam polecam podejść jeszcze kawałek wyżej, gdzie fragmenty zamku idealnie współgrają z pozostałościami murów.

Pozostałości murów miejskich.
Widok spod murów.

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: GREYFRIARS KIRKYARD I PIESEK BOBBY

Zostawiając mur za sobą, niemalże za jego rogiem, po minięciu zjawiskowego budynku Uniwersytetu Edynburskiego powinniście trafić do jednego z tych miejsc w Edynburgu, które są absolutnymi must see dla fanów Harry’ego Pottera. Mowa rzecz jasna o Greyfriars Kirkyard, niezwykle klimatycznym, zabytkowym cmentarzu, którego nagrobki nie raz nie dwa miały przysłużyć się JK Rowling szukającej inspiracji dla imion i nazwisk bohaterów potterowskiej sagi. Dlatego nie zdziwcie się widząc tam nie tylko pojedynczych wielbicieli Harry’ego (czy może bardziej Tego, którego imienia nie wolno wymawiać?), ale i całe grupki oprowadzane przez przewodników.

Nawet nie będąc miłośnikiem książek o Harrym warto tu zajrzeć bo to cmentarz niezwykle klimatyczny.
Pochowano tu wiele ważnych dla miasta osobistości, jak choćby jednego z architektów Nowego Miasta, Jamesa Craiga.
O, czyżby kolejne spojrzenie na zamek?

Myślę, jednak, że prawdziwym bohaterem (o ile można tak w przypadku cmentarza powiedzieć) tu pochowanym jest uroczy skye terrier Bobby, najsłynniejszy psiak Edynburga, duchowy kumpel tokijskiego Hachiko, symbol wierności, przywiązania i tęsknoty, przez 14 lat nie odstępujący grobu swego pana, po własnej śmierci pochowany zaraz obok! Bobby był psiakiem wyjątkowym, jego przywiązanie do zmarłego pana szybko zaskarbiło mu masę wielbicieli a sława wykraczała daleko poza najbliższą okolicę. Małemu, kudłatemu celebrycie nie straszne były nawet nowe, surowe prawa dla bezpańskich psów – czworonogom bez obroży i opłaconego podatku groziło uśpienie i Bobbyemu na pomoc przyszedł sam burmistrz miasta, opłacając należną sumę, pozwalając malcowi w spokoju czuwać przy swoim panu. How cool is that?

Dziś, przy nagrobku Bobby’ego zatrzymuje się całkiem sporo osób, prawdziwych tłumów spodziewajcie się jednak przed cmentarzem gdzie stoi rzeźba sympatycznego psa –  w kolejce do potarcia jego nosa trzeba swoje odstać.

Cześć Bobby!
Czy kogoś dziwi, że Bobby stał się patronem sąsiedniego pubu?

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: PRINCES STREET GARDENS

W połowie XVIII-wieku teren Starego Miasta stał się dla Edynburga zbyt ciasny i krok po kroku, na północ od Wzgórza Zamkowego zaczęto budowę nowoczesnej, ekskluzywnej dzielnicy, pełnej gregoriańskiej, wiktoriańskiej i klasycystycznej zabudowy. Pierwotnie, naturalną granicę między Starym a Nowym Miastem stanowił staw Nor Loch, będący tak po prawdzie… zbiornikiem na staromiastowe nieczystości. I to właśnie na jego miejscu, po gruntownym osuszeniu, 200 lat temu powstał jeden z najpiękniejszych parków szkockiej stolicy, idealny towarzysz reprezentacyjnej ulicy Nowego Miasta, Princes Street. Od której to ulicy wziął zresztą nazwę.

Tak jest, zrobiliśmy kółko i jesteśmy w miejscu gdzie rozpoczęliśmy nasz edynburski spacer.
Princes Street Gardens.
Spotkanie dudziarzy należy do naturalnej kolei rzeczy.

Edynburg pełen jest parków i nie bez przyczyny nazywany jest jednym z najbardziej zielonych miast Wielkiej Brytanii. W kwestii oferowanych widoków Princes Street Gardens nie bierze jednak jeńców i zostawia konkurencję w tyle – to jak dramatycznie i plastycznie prezentuje się stąd Stare Miasto (z Zamkiem na czele) to ja nie mam pytań. Park jest gwarantem pięknych pejzaży, idealnym miejscem na piknik a także skarbnicą kolejnych historycznych rzeźb i pomników. I nas, Polaków, jeden z nich zdecydowanie powinien zainteresować. Tak, już wiecie o kogo chodzi, prawda?

Jednym z symboli Parku jest francuska żeliwna fontanna, zakupiona przez miejscowego rusznikarza, Daniela Rossa. Składającą się z ponad 100 części fontannę oddano do użytku w 1872 roku a dzisiejsze jej barwy są efektem niedawnej renowacji – wcześniej fontanna była skromna acz złota.
Princes Street Gardens.
Pomnik pamięci szkockich Amerykanów poległych w Wielkich Wojnach.
Princes Street Gardens i spojrzenie na Walter Scott Monument i Hotel Balmoral.
W cieniu kościoła Św. Kutberta, znajdującego się na zachodnim krańcu Parku, spotkacie Buma, na poły spaniela, na poły bernardyna, najsłynniejszego bezdomnego psa San Diego, uwielbiającego jeździć tramwajem, mającego problem… z alkoholem, a jednak pełnego życia. Nawet bez łapy, którą stracił w wypadku. San Diego jest siostrzanym miastem Edynburga i zupełnie mnie nie dziwi, że w ramach współpracy oba miasta ufundowały sobie kopie swoich czworonogów. Spacerując po mieście zauważycie jeszcze sporo pomników z psami w rolach głównych (albo co najmniej drugoplanowych).

Miś Wojtek, najsłynniejszy kapral 22 Kompanii Zaopatrywania Artylerii, 2 Korpusu Polskiego Generała Andersa, adoptowany przez polskich żołnierzy w Iranie, wielki miłośnik marmolady i piwa, dużo więcej niż maskotka, symbol, weteran walk pod Monte Cassino, po wojnie osiadły w Edynburskim zoo… gdzie nie do końca potrafił się odnaleźć. Przywiązanie do polskich żołnierzy było zbyt wielkie i to wśród nich czuł się najlepiej. Fajnie dziś widzieć jak przy pomniku mu poświęconym zatrzymują się turyści z całego świata a jeszcze fajniej słyszeć, że sporo z nich zna jego historię.

Wojtki dwa.
Kapral Wojtek.

Nieodłącznym elementem parku jest górujący nad nim Walter Scott Monument, zaprawdę monumentalny pomnik poświęcony jednemu z najsłynniejszych i najważniejszych szkockich autorów. Sam wykonany z marmuru Scott (i jeden z jego psów, chart Maida) stanowią jednak li tylko małą część monumentu i nikną w cieniu potężnej, neogotyckiej wieży, liczącej ponad 60 metrów, ozdobionej niezliczonymi rzeźbami bohaterów scottowskich poematów. Na bogato.

Scott Monument.
Na monumencie znajduje się punkt widokowy, prowadzi doń 287 schodów
Walter Scott i jego chart, Maida.

Na szczycie wieży udostępniono punkt widokowy, czynny od 10.00 do 12.30 oraz po przerwie od 13.45 do 15.30 a wejście nań kosztuje 9 funtów.

Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o samej Princes Street (bez drugiego s na końcu), wszak jest to dziś jedna z najważniejszych handlowo-usługowych ulic w całym mieście. To tu, choć w biegu trudno to zauważyć, w akompaniamencie „Lust for Life”, Ewan McGregor swoim słynnym monologiem zaczyna „Trainspotting”. To tu JK Rowling, w jednym z pokojów monumentalnego hotelu Balmoral kończyła Insygnia Śmierci, to najpewniej tutaj wysiądziecie z autobusu jadącego z lotniska. I bardzo prawdopodobne, że spacerując tą ulicą, mijając Księcia Wellingtona, dojdziecie do podnóża jednego z najwspanialszych widokowo miejsc w całym mieście, wzgórza Calton Hill.

Caledonian Hotel, stanowiący zachodni kraniec ulicy.
Princes Street widziane z The Mound.
Hotel Balmoral, stanowiący wschodni kraniec ulicy.

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: CALTON HILL

Calton Hill jest najlepszym punktem widokowym w Edynburgu, i nawet z tym nie handlujcie! Stumetrowe wzgórze wznosi się w samiuśkim sercu miasta, jest łatwo osiągalne i dostępne rzez całą dobę, widoki zapewnia 360 stopniowe, wzrokiem obejmując wszystko co w mieście i okolicach najważniejsze, pełne jest architektonicznych i historycznych fajnostek a i najważniejsze, nie wieje tam jak na Arthur’s Seat, a to rzecz absolutnie warta docenienia 😀

Chyba najsłynniejszy widok z Calton Hill.
Spojrzenie w stronę nabrzeża.
Poranne impresje.

Calton Hill jak wiele ważnych dla Edynburga miejsc ma za sobą epizod więzienno-egzekucyjny, ale od XVIII-wieku skojarzenia wywołuje już tylko pozytywne. Poprzecinane ścieżkami, pełne miejsc widokowych wzgórze już 250 lat temu stawiało pierwsze kroki na raczkującej, turystycznej mapie miasta – duża w tym zasługa filozofa Davida Hume’a, któremu zawdzięczamy pierwszą w mieście ścieżkę rekreacyjną. Przez kolejne lata pojawiło się obserwatorium astronomiczne (a nawet kilka), pięknego upamiętnienia doczekał się admirał Horatio Nelson (wieża w kształcie odwróconej lunety, z białym masztem na szczycie <3), kolejny z miejscowych filozofów Dugald Stewart (to właśnie jego monument zobaczycie na większości zdjęć ze wzgórza) czy w końcu żołnierze polegli w wojnach napoleońskich… choć nie, ci ostatni tak nie do końca. National Monument of Scotland jest z jednym z najbardziej charakterystycznych elementów Calton Hill, i jego nieukończona, wzorowana na Partenonie forma nawet może się podobać, tyle tylko, trzeba pamiętać iż jest ona symbolem przestrzelonych ambicji twórców, których fundusze wyczerpały się po postawieniu 12 kolumn.

Nigdy niedokończony National Monument of Scotland.
Niedokończony monument bywa nazywany Hańbą Edynburga.
Nelson Monument, wieża w kształcie odwróconej lunety.
Wieczór na Calton Hill.
Widok z Salisbury Crags. W dole architektoniczna abominacja w postaci budynku parlamentu 😛

Widoki z Calton Hill zachwycają i nie bez powodu stanowią najpopularniejszy temat okładek folderów reklamowych o Edynburgu. Piękne widoki obejmują Stare Miasto, Nowe Miasto, oba Miasta w tandemie, okoliczne wzgórza z Arthur’s Seat na czele, nowoczesne nabrzeże i rozległe estuarium rzeki Forth a nawet słynne mosty nad zatoką przerzucone. Serio, można krążyć i krążyć i fotografowania nie będzie końca. Tym bardziej, że same pory dnia (czy roku) diametralnie zmieniają optykę i pozwalają na odkrywanie miasta na nowo.

Ahoj!
A co tam, trochę szerzej teraz.
Uporządkowane Nowe Miasto z samego rana.
North Berwick Law i Bass Rock, para wielce emblematyczna.
Widoczki.
Dom Św. Andrzeja, siedziba szkockiego rządu.
Trochę nowoczesności.
Nawet oklepany kadr można ugryźć w inny sposób.

A właśnie. Jeśli zależy wam na kameralności to godziny poranne (najlepiej niedługo po wschodzie słońca) idealnie się do tego nadają – w ciągu dnia, a już na pewno wieczorami, w okolicach zachodu słońca „populacja odwiedzających wzgórze powiększa się”. Tak z kilkadziesiąt razy.

Poranne pustki.
I wieczorne czekanie na zachód słońca.
Wieczornym tłumom nie wolno się dziwić. Pięknie jest.
Statywy idą w ruch. Znaczy się bezruch.

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: NOWE MIASTO

Edynburskie Nowe Miasto nie skupia na sobie tak dużej uwagi jak Miasto Stare, nie wydaje się być też miejscem tak turystycznym jak okolice Królewskiej Mili. Wciąż jednak ma ono w swojej talii wiele silnych kart i warto dać mu szansę. A dżokerem jest tu absolutnie zjawiskowa/spójna/przemyślana/estetyczna/elegancka/niepotrzebne skreślić gregoriańska, neoklasyczna a nawet i wiktoriańska zabudowa, wzniesiona na przestrzeni stu lat pomiędzy 1750 a 1850 rokiem.

St. Andrews Street.
Bellevue Crescent i kościół Św. Marii
Dundas Street.

Nowe Miasto było wentylem dla przeludnionego niegdyś, nie koniecznie czystego i nie do końca bezpiecznego Starego Miasta. Architektonicznie, było też jego całkowitym przeciwieństwem – szerokie aleje, długie rzędy bliźniaczych kamienic, przemyślane place i parki, gdzieniegdzie wkomponowane w to kościoły i gmachy użyteczności publicznej. Nic dziwnego, że szybko – choć początkowo z dystansem – zaskarbiło sobie sympatię lepiej sytuowanych mieszkańców. Duża część wybudowanych wówczas ulic przetrwała do naszych czasów w formie niemalże pierwotnej. I rety, prezentują się one kapitalnie – uwielbiam szwendać się po takich zaułkach.  Zróbcie sobie tę przyjemność i też się poszwendajcie – czy to zaraz za rogiem Princes Street Gardens czy dalej w kierunku Ogrodu Botanicznego.

Bystre oko (choć raczej wcześniejsza wiedza gdzie szukać) pozwoli wam dostrzec miejsca narodzin choćby Arthura Conan Doyle’a, Roberta Louisa Stevensona czy Alexandra Grahama Bella.
Dawny kościół Mansfield, słynący z polichromii Phoebe Ann Traquair.
Kamienice, pałacyki, kościoły to Nowego Miasta chleb powszedni.
Nowe Miasto ładnym jest.
Nowe Miasto powstało w trzech falach, co widać po zastanej architekturze.

W Nowym Miejsce jak ryby w wodzie poczują się miłośnicy sztuki. To właśnie tu znajdziecie wszystkie najważniejsze Galerie Sztuki, tak te klasyczne jak i ze sztuką współczesną, molochy potrafiące skraść kilka godzin jak i malutkie galerie mieszczące się w dwóch pokojach. Finalnie, z racji na zmieniony charakter naszego wyjazdu do żadnej z nich nie zajrzałem, ale w sierpniu absolutnie sobie nie daruję. A wam, jeśli też zabraknie wam czasu proponuję jako absolutne minimum podejście pod neogotycką Szkocką Galerię Portretów, z piękną misternie zdobioną fasadą z czerwonego piaskowca. A jeśli będzie otwarte to zajrzyjcie do środku, do Sali Głównej. Nie pożałujecie.

National Gallery of Scotland znajdziecie już na The Mound, skarpie wznoszącej się nad Princes Street Gardens.
Wszystkie Narodowe Galerie Sztuki są rzecz jasna darmowe.
Fasada Galerii Portretów.

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: DEAN VILLAGE

Jak każde szanujące się miasto stołeczne także i Edynburg przecięty jest rzeką. W tym przypadku jednak nie jest to gigant pokroju Dunaju a dość niewielka, ale charakterna Water of Leith, której najbardziej strategiczne fragmenty – wraz z wioską będącą niegdyś młynarskim zapleczem stolicy – do XIX-wieku tak naprawdę znajdywały się tuż za granicami miasta. Dean Village, o której mowa to zakątek  niezwykle urokliwy, zielony, cichy (w każdym razie o poranku), pełen eklektycznej zabudowy mieszającej stare z nowym. Oddalony od Princes Street Gardens o ledwie 15 minut spaceru.

Dean Village jest miejscem wybitnie urokliwym.
Dean Village jest miejscem wybitnie urokliwym.
Dean Village jest miejscem wybitnie urokliwym.

Do dawnej wioski prowadzi bardzo fajny szlak (w całości ma on 20 kilometrów długości i ciągnie się daleko poza centrum miasta). Towarzyszy on wijącej się rzece, przez dłuższą chwilę kryjąc się w dolinie tak zielonej jak tylko się da – mijane kamienne mosty pięknie się z wysokimi drzewami komponują, rzeka szumi spokojnie, przybierając na sile przy kilku naturalnych jak i sztucznych progach. Nie ma się co dziwić, że dawniej funkcjonowało tu 11 wodnych młynów.

Kamienie Młyńskie w miejscu gdzie dawniej działał jeden z młynów.
Przewieszony nad rzeką Most Dean. No kurczę, mają tu nosa to tworzenia fotogenicznych mejsc!
Most Św. Bernarda.

Sercem młynarskiej społeczności była wioska znana obecnie jako Dean Village. Jej historia sięga XII-wieku, ale dziś najbardziej rozpoznawalnym jej elementem jest budynek dużo młodszy, wzniesiony pod koniec XIX-wieku z inicjatywy właściciela największej szkockiej gazety. Well Court był niejako domknięciem młynarskiego kręgu i dawał dach nad głową ostatnim pracownikom zamykanych wówczas młynów. Niezwykle estetyczny, czerwony przykład ruchu Arts and Cfafts zachwyca swą bryłą, służąc dziś za modela do pocztówkowych fotografii- nie popełnijcie mojego błędu i pojawcie się tam co najmniej kilka godzin po wschodzie słońca, rankiem, by zrobić dobre zdjęcia trzeba się trochę nagimnastykować.

Well Court.
Dean Village ma całkiem zróżnicowaną zabudowę.
Well Court.
Dean Village.

Kręcąc się po okolicy polecam zajrzeć jeszcze w dwa miejsca, jedno absolutnie znane i popularne czyli urokliwą, instagramową uliczkę Circus Lane, oraz drugie raczej trudniej kojarzone, Park Inverleith. Circus Lane jest rzeczywiście ładna, bardzo ukwiecona a przez to diablo fotogeniczna, zrobienie zdjęcia z wieżą kaplicy Św. Wincentego wydaje się tu oczywistością.

Circus Lane i pani Bogumiłka.
Circus Lane, pani Bogumiłka i kaplica Św. Wincentego.

Park Inverleith to inna para kaloszy. Znaczy się, to również miejsce niezwykle fotogeniczne, jednak raczej próżno szukać tu turystów. Na 22 hektarach szybciej spotkamy miejscowych, biegających, jeżdżących na rowerze, pykających w nogę, rugby, ewentualnie krykieta. Największym atutem jest tu jednak niewielki staw, zimą służący za lodowisko, latem będący po prostu dodatkiem do naprawdę szerokiego spojrzenia na odległe miasto – jeśli szukacie nieoczywistej panoramy Edynburga to tu ją znajdziecie.

Sraw Inverleith .
Park Inverleith.
A taki zameczek proszę ja was bardzo.
Sraw Inverleith .

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: NEWHAVEN

Jeśli tylko będziecie mieć czas to zalecam ucieczkę nad morze, gdzie w dzielnicach (a niegdyś osobnych miejscowościach) Newhaven, Leith czy Portobello ujrzeć można inne, częściej kameralne, acz niekiedy i nowoczesne oblicze Edynburga. Taka zmiana optyki i wszechobecne owoce morza są czymś co Wojtki lubią najbardziej.

Newhaven na ten przykład, historią sięga XV-wieku, początkowo stanowiło stoczniowe zaplecze dla Edynburga, słynęło z najlepszych żeglarzy-pilotów po Firth of Forth, zaopatrywało okolicę w najlepsze ryby i owoce morza. Dziś jest raczej spokojnym zakątkiem, tęsknie spoglądającym na swe dawne dzieje. Fajny małomiasteczkowy klimat, niewielka marina, biała, nieczynna już latarnia morska stanowią idealne tło do postoju z małym co nieco. Z wielu miejsc, w których można dobrze zjeść polecam Old Chain Pier, świetny mają cullen skink, zaskakujący jest pomidorowo-grzybowy krem a żeberka olbrzymie. A do tego dobre craftowe nealko. To właśnie tam pierwszy raz zobaczyliśmy jak w ciągu 15 minut edynburska pogoda potrafi zrobić poczwórnego tulupa i poprawić to akslem.

Newhaven wieczorową porą.
Edynburg nie zawsze jest zabytkowy 😉
Dobry falochron i latarnia muszą być.
Cudny szyld ❤
Małomiasteczkowo.
Po wieczornym deszczu.
Old Chain Pier, polecam.

Najbardziej zaskakujące okazały się jednak wnętrza górującego nad mariną kościoła. Dawnego kościoła się okazuje. Neogotycka świątynia do lat 70 ubiegłego wieku była domem dla parafii Św. Andrzeja, z jakiegoś powodu została jednak zamknięta i przez kolejne 20 lat stała pusta. Na ratunek przyszli jej… entuzjaści wspinaczki, którzy budynek odkupili, wyremontowali i przerobili na jeden z pierwszych w Szkocji krytych ośrodków wspinaczkowych. Łapcie link jakby was to zainteresowało.

I pomyśleć, że gdyby nie wieczorny deszcz to bym tam nie zajrzał.

Ktoś celnie napisał: zmieniło się przeznaczenie budynku, ale cel jest ten sam – być bliżej nieba.
Niegdyś kościół, dziś centrum wspinaczkowe.
A takie fajne Newhaven.

ZWIEDZAMY EDYNBURG: PORTOBELLO

Do Portobello pojechaliśmy na dobrą szamę, zobaczyć gdzie prawie udało nam się znaleźć nocleg a także przekonać się czy tamtejsza plaża rzeczywiście jest tak fajna jak ją malują. Spoiler alert: jest!

Bogumiłka relaksująca się w Portobello.
Plaża w Portobello.

Portobello – nie wiem na ile jest to słuszne skojarzenie – jawi mi się jako takie sztandarowe brytyjskie miasteczko wypoczynkowe, z długą plażą, promenadą i gęsto przylegającą doń wiktoriańską zabudową. I choć czasy świetności ma już za sobą – a przypadały one na przełom XIX i XX-wieku – to wciąż (a nawet i na powrót) fajnie można spędzić tam czas. Znaczy się, rozłożyć na piasku, wsłuchać w szum morza, śmiech mew i dać chłostać wiatrowi gnanemu znad zatoki. A potem zrobić krótki spacer wzdłuż promenady, i zorientować się, że XIX-wieczna architektura w jakiś niewytłumaczalny sposób nie kłuje w oczy a XX-wieczne hotele, bloki czy pstrokate amusement parki pasują doń jak pięść do nosa.

Portobello dawniej.
Bogumiłka.
Portobello swą nazwę zawdzięcza bitwie o Porto Bello, zwycięskiej batalii Royal Navy z połowy XVIII-wieku. Na jej część w 1742 nazwana została pierwsza wybudowana tu chatka. A potem już poszło.
Plaża długa jest na ponad 2 kilometry.
Zabytkowa zabudowa ciągnie się przez długą część promenady.

Najbardziej charakterystycznym śladem po dawnej świetności jest Portobello Swim Center, piękny wiktoriański basen, będący domem dla jednej z ostatnich na wyspach łaźni tureckich. Piękny z zewnątrz, z tego co widziałem wewnątrz również mocno nawiązujący do dawnych czasów – i kurde, dawno nie widziałem takiej polaryzacji opinii o warunkach gdzieś panujących. Byliście, polecacie, odradzacie?

Portobello Swim Centre.
Portobello Swim Centre.

Wzdłuż promenady znajdziecie całkiem sporo knajpek, my stołowaliśmy się w Miro’s on the Prom. I sprawa wygląda tak, że o ile jedzenie było świetne (owoce morza, więcej owoców morza, makaron z owocami morza czy też tuńczyk) o tyle obsługa, cóż… my do kelnerki mieliśmy szczęście, stolik obok niekoniecznie. Chociaż dobra, łatwo mi oceniać czyjąś pracę z poziomu uśmiechniętego turysty, kto wie co tam się u drugiej osoby dzieje. Szama w każdym razie top.

Pyszne spaghetti z owocami morza.

Newhaven oddalone jest od centrum o ok 4 kilometry,  Portobello niecałe 6 i oczywiście o ile czujecie się na siłach można pokonać te odległości z buta. Najłatwiej jednak skorzystać z autobusów, jeżdżących niekoniecznie szybko (ilość przystanków potrafi zaskoczyć) ale za to często. Do Newhaven kursują linie 11 i 16, a do Portobello 19 i 26.

ZWIEDZAMY EDYNBURG: JACHT HMY „Brittania

No i Leith. Samej dzielnicy wybitnie nie poznaliśmy (a jakbyśmy cofnęli się w czasie o 30-40 lat pewnie nawet nie pomyślelibyśmy by się tu zapuszczać, okolica słynęła wówczas z olbrzymich problemów z narkotykami), ale jest tam jedna rzecz, którą ze wszech miar warto zobaczyć. Jacht Jej Królewskiej Mości „Britannia”, wysłużona i ciesząca się emeryturą, w ciągu 40 lat służby pokonała odległość ponad miliona mil morskich, (dla ułatwienia: to dystans dzielący Ziemię i Księżyc, ale pomnożony razy pięć!), odwiedziła kilkadziesiąt państw… ale do żadnego polskiego portu nie dotarła.

Zacznę od kradzieży fotki BBC, jachr tak bardzo chowa się za centrum handlowym Ocean Terminal, że samemu nie da się zrobić takiego zdjęcia.
HMY Britannia.
HMY Britannia służyła Elżbiecie II i rodzinie królewskiej w latach 1953-97. Najpewniej jest to ostatni jacht tego typu, tym bardziej polecam rzucenie nań okiem.
HMY Britannia Her Majesty Matka Bogumiłka.

HMY „Britannia” do Polski nie dotarła, tak więc Polacy dotarli do niej. Zwiedzanie jachtu daje masę frajdy i zaskakuje, bo łajba to przepotężna a co najfajniejsze pozwalająca zajrzeć w prawie każdy kąt. Od kajut i gabinetów królewskiej pary (i reszty rodziny,  bo dla dzieci i dalszych członków też się miejsce znalazło), oficerów i wszelkiej maści załogi, przez pomieszczenia mające zapewnić rozrywkę (czyt. głównie puby XD), sale przeznaczone do przyjmowania najwyższej rangi gości, po chociażby potężną pralnię, kambuz czy oddział szpitalny. Wszyściutko elegancko wyjaśnione w audioprzewodniku, po polsku!

W sumie ciekawe ile hektolitrów piwa było brane na jeden rejs? 😛
Wygoda jest dla rodziny królewskiej, dla załogi miejsca jest trochę mniej. Nawet dla Royal Marines Band, choć członkowie zespołu i tak liczyć mogli na delikatnie lepsze warunki niż reszta.
Wszechobecne corgi ❤ Sam jacht mógł w razie potrzeby pełnić funkcję statku-szpitalnego. Nigdy jednak nie dowiedzieliśmy się jak w tej roli by się spisał.
Pralnia działała całą dobę!
Podoba mnie się ta estetyka.
Miejsce na wieczorny bankiet.
Pani kapitan.

Zaskakujące to doświadczenie, pozwalające odkryć, że chyba w mało którym innym miejscu królowa czuła się tak swobodnie, dobrze i po prostu tak jak chciałaby (na ile to możliwe) na co dzień. I nie wiem, można mieć różne zdanie o monarchii, rodzinie królewskiej czy samej Elżbiecie, ale spacer po tym szczególnym miejscu robi na człowieku olbrzymie wrażenie. <chyba w końcu nadrobię „The Crown”>.

Stylowe i dość skromne trzeba przyznać wnętrza, zaprojektowano przy sporym udziale Królowej i Księcia Filipa.

Marzeniem Królowej był ogień w kominku. BHP miało na ten temat swoje zdanie i doczekaliśmy się kominka elektrycznego.
Najciekawszą zasadą panująca na jachcie była ta, że nie ważne, o której chciałeś położyć się spać – pierwsza lulu chodziła królowa (wedle planu dnia o 23:00) i dopiero po niej można było spocząć na hamaku czy łóżku.

Jacht zwiedzać można przez cały tydzień, w godzinach 9:30-16:00, bilety normalne kosztują od 23 do 25 funtów (online vs na miejscu). Więcej info znajdziecie tutaj.

23-25 funtów, 9:30 do 16:00

ZWIEDZANIE EDYNBURGA: RUINY ZAMKU CRAGIMILLAR

Jeśli główny edynburski zamek wydał wam się za mało zamkowy/średniowieczny/warowny to głowa do góry, w granicach miasta znajdziecie drugi, przepiękny choć będący ruiną. Ale za to jaką.

Ruiny Zamku Craigmillar.
Ruiny Zamku Craigmillar.
Dziedziniec zamkowy słynie z dwóch wiekowych, rozłożystych cisów.

Mowa o Zamku Craigmillar, którego pozostałości leżą około 6 kilometrów na południe od edynburskiego Starego Miasta. Wspaniałe są to ruiny, w odróżnieniu od zamku górującego nad centrum Edynburga (w którym gołym okiem widać zmienność dziejów, i warstwy nanoszone przez kolejnych władców), zdające się trwać w klasycznej, późnośredniowiecznej, monumentalnej bryle. Pięknej, jednej z najlepiej zachowanych w  całej Szkocji.

This is the castle of my master, Guy de Lombard!
Ruiny Zamku Craigmillar.
Ruiny Zamku Craigmillar.
Ruiny Zamku Craigmillar.
Ruiny Zamhu Craigmillar i nowe słowo w słowniku: machikuły.

Powstanie i rozkwit zamku przypadł na stulecia panowania rodziny Stewartów->Stuartów. Co więcej, warownia nie raz i nie dwa trafiła w sam środek intryg kręcących się wokół panującej w Szkocji dynastii, związanych przede wszystkim z Marią Stuart, ale i Janem Stewartem, oskarżonym swego czasu o praktykowanie czarów i spiskowanie przeciw bratu.

Opuszczony w XVIII-wieku, zachował się w zaskakująco dobrej kondycji, całkiem sporo zawdzięczając temu, że już w kolejnym stuleciu stał się trwałą ruiną. Dostarczającą romantycznych uniesień dawnym i obecnym pokoleniom. Odwiedzających jest jednak zaskakująco mało, wraz z nami było kilkanaście osób – z jednej strony szkoda, z drugiej spoko, takie miejsca idealnie zwiedza się w takich kameralnych okolicznościach. Pamiętajcie jednak, w tym miejscu główną rolę gra kamień i pusta przestrzeń, dawne komnaty świecą pustkami i tylko od naszej wyobraźni i wrażliwości zależy jak je odbierzecie.

Ruiny Zamhu Craigmillar.
Bogumiłka.
Ruiny Zamhu Craigmillar.
Puste sale działają na wyobraźnię.
Idległy Edynburg.
Ruiny Zamhu Craigmillar.

Zamek dostępny jest cały rok (za wyjątkiem świąt Bożego Narodzenia i okresu Noworocznego), od 1 kwietnia do 30 września w godz. 9:30-17:00, w pozostałych miesiącach od 10:00 do 16:00. Bilet normalny kosztuje 7,50 funta (8,50 przy kupnie na miejscu). Pod sam zamek nie dojedziecie autobusem, ale w jego pobliże już tak, pomocne będą linie: 14, 30 i 33. Dodatkowe informacje przydatne przy planowaniu wizyty znajdziecie tutaj. 

Będąc już na zamku, wielkim nietaktem byłoby nie skorzystanie z okazji i nie zajrzenie do Sheep Heid Inn, najstarszego pubu Edynburga, oddalonego o 30 minut spaceru/kilkanaście minut jazdy autobusem nr 12. Rzecz jasna White Hart Inn, główny rywal o laur najstarszego lokalu w stolicy miałby tu coś do powiedzenia, ale już nie bawmy się w szczegóły. Jeśli wierzyć przekazom, znajdujący się tu przybytek pozwolenie na sprzedaż alkoholu otrzymał już w 1360 roku… co w sumie czyniłoby zeń najstarszy lokal w Szkocji! Wiadomka, stulecia minęły, budynek przeszedł wiele przeobrażeń, ale duch i idea tego miejsca pozostają niezmienne: nieść posługę tak nam szarym ludkom, jak i królewskim głowom – w XVI-wieku częstymi bywalcami mieli być tu Maria Stuart czy Jakub VI, a 10 lat temu na posiłek zatrzymała się Elżbieta II.

Sheep Heid Inn.
Sheep Heid Inn i całkiem urokliwe patio.
Sheep Heid Inn.

Historia nazwy ginie w pomrokach dziejów i nikt już nie jest pewien czy nawiązuje do popularnej niegdyś zupy „powsodie”, przygotowywanej na podrobach i owczym łbie czy też bierze swój początek od tabakiery w kształcie owczej głowy, podarowanej właścicielowi pubu przez króla Jakuba VI. Czy to istotne? Niekoniecznie. Ważne, że miejsce jest wciąż fajne. I dobre zerówki mają.

Sheep Heid Inn.
Pub znajdziecie w dzielnicy Duddingston.

ZWIEDZAMY EDYNBURG: PARK HOLYROOD – ARTHUR’S SEAT

No i w końcu, wisienka na edynburskim torcie, górujący nad miastem Arthur’s Seat, czyli coś co ustawowo wprowadziłbym w każdym mieście, a już na pewno w Lesznie XD: wielki pagór! Piękny, wysoki na 251 metrów, nie wymagający wybitnej kondycji acz na podejściu przyjemnie męczący, na szczycie widokami zachwycający.

Arthur’s Seat, piękny powulkaniczny stempel na mapie Edynburga.
Arthur’s Seat oraz Salisbury Crags, duet wielce urokliwy.
No hej!

Arthur’s Seat wyrasta ponad miejską zabudową dosłownie obok Starego Miasta – odległość spod pałacu Holyroodhouse, czyli końca Królewskiej Mili, do szczytu najwyższego pagóra Edynburga to niecałe 2 kilometry! Serio, to całkiem kapitalna sprawa, kiedy w ciągu godziny, centrum można zamienić na powulkaniczne wzgórze. A jeszcze bardziej kapitalne jest to, że Arthur’s Seat jest li tylko częścią (jakkolwiek najbardziej interesującą) rozległego Parku Holyrood, oferującego jeszcze kilka fajnych miejsc.

Tron Artura wznosi się tuż obok miejskiego centrum.
Godzina podejścia i z Królewskiej Mili jesteśmy w górach. Górkach. Pagórkach.
W każdym razie pięknie jest.

260ha Parku Holyrood koncentruje się wokół Tronu Artura, tworząc siatkę szlaków prowadzących również na sąsiedni Salisbury Crags czy do kilku niewielkich stawów. Naprawdę masa tu ciekawych miejsc i nawet jeśli  – z różnych powodów – czujecie, że nie dacie rady wejść na sam szczyt najwyższego wzgórza Edynburga, to pozwólcie sobie na spacer u jego podnóża. Ot, chociażby pod staw Św. Małgorzaty i górujące nad nim ruiny kaplicy Św. Antoniego, tak piękne i romantyczne, że wręcz stworzone dla płótna Caspara Davida Friedricha.

Staw Św. Małgorzaty i nieodłaczne ptaki.
Ścieżka jak do Zaczarowanego Ogrodu.
Kaplica Św. Antoniego jest dość tajemniczą budową.
Więcej jest domysłów niż pewnych informacji.
Czy była to kaplica związana z opactwem Holyrood, czy może Kelso? Czy może z kościołem pod tym samym wezwaniem w Leith?

Ale i tak, mimo wszystko polecam ruszyć dalej. Szlaki na sam Tron Artura nie są wybitnie trudne (porządne buty to podstawa, wiadomka), wymagają trochę skakania po mniejszych i większych kamlotach, i jedynym co – według mnie – naprawdę może stanąć wam na drodze będzie WIATR. Pieruński, chcący urwać głowę. Dwa razy wchodziłem, dwa razy wiało jak skurczybyk. Nie polecam. Najgorsze jednak, że podobnie jak w Norwegii, okazało się, że wokół ZAWSZE trafi się spora liczba terminatorów w krótkich portkach i t-shirtach, wchodzących na przyśpieszeniu x1.5, zostawiających cię w tyle, i bezczelnie ignorujących ten wiatr. No w mig można się poczuć jak Gluteus Maximus, trenujący przed Igrzyskami a spotykający Asterixa i Obeliksa 😀

Szlaków jest co nie miara, sam zacząłem od północy.
Większość szlaków posiada własne nazwy. Na łatwy początek polecam The Dasses.
The Dasses przez pierwsze kilkanaście minut jesr dość łagodne.
Właściwe podejście do najcięższych nie należy, szybko jednak zaczyna wiać wiatr.
Są fragmenty kiedy wulkaniczna przeszłość mocno daje o sobie znać.
Efekty specjalne podczas podejścia.
Z samego szczytu nie mam chyba żadnego zdjęcia bo bwięcej czasu spędziłem na gonieniu zdmuchniętego z głowy kapelusza.
Kamienne zejście na południe jest tym fragmentem, który nazwałbym troszkę bardziej wymagającym.
Niby tylko 250 metrów, a wrażenia takie, że hej!

Nagrodą za wejście jest możliwość bliskiego spotkania z miejscową fauną. W postaci pary bażantów… tak mocno oswojonych z obecnością ludzi, że ledwo zwracających nań uwagę 😀 Dzięki temu nie ma jednak problemu ze zrobieniem całkiem dobrego zdjęcia, dziękuję pan bażant.

Pan bażant i edynburskie impresje.
Bażant with a view.
Hello there!

W cieniu Tronu Artura rozciąga się Salisbury Crags, rozległa formacja o sylwetce dużo bardziej charakterystycznej niźli najwyższe wzniesienie Edynburga. Postrzępiona, o niezwykle stromych ścianach, zapisała się w historii geologii, pozwalając badającemu je Jamesowi Huttonowi opracować kilka przełomowych teorii, w tym te o wieku Ziemii oraz cykliczności procesów kształtujących powierzchnię naszej planety. Dziś jest domem dla wielu gatunków ptaków, dlatego w okresie lęgowym, wiosną i wczesnym latem, jeśli będziecie spacerować ze swymi pasami to trzymajcie je na smyczy, zapewnijmy gniazdującym tu parom minimum intymności.

Salisbury Crags widzine spod edynburskiego Parlamentu.
Salisbury Crags, choć zdecydowanie niższe od Tronu Artura, to dużo bardziej charakterystyczne.
Salisbury Crags.
Salisbury Crags.

Podejście na Salisbury Crags jest zdecydowanie prostsze, krótsze i bardziej monotonne niż na Arthur’s Seat, kończy się jednak spektakularnie, wysokim na prawie 50 metrów urwiskiem, ciągnącym się przez pół kilometra Jeśli wydaje wam się ono zbyt chirurgicznie poprowadzone to jest to myśl słuszna, do XIX-wieku działał tu kamieniołom i sporo w naturalnej tkance grzbietu grzbietu namieszaliśmy. Co jednak najgorsze, wiatr był tu jeszcze bardziej niegościnny niźli na Arthur’s Seat – szczęściem na spacerze zgromadziła się tu wesoła międzynarodówka i spotkani Koreańczyk i Nowozelandczyk dotrzymali mi kroku, a nad krawędzią każdy każdego pilnował. Abstrahując jednak od wiatru, jest to świetna alternatywa dla widoków z Tronu Artura: bliższe miasto prezentuje się rewelacyjnie, ciekawie wygląda samo najwyższe edynburskie wzniesienie a i dalsze spojrzenie na otwierającą się ku morzu zatokę robi robotę.

Łagodne podejście na Salisbury Crags.
No pięknie się Edynburg stąd prezentuje.
Nad urwiskiem.
Podglądając Pałac Holyroodhouse.

Spoglądając w stronę morza.
Tron Artura z boku.

W tym miejscu na razie skończymy, kolejne akapity są jednak tylko kwestią czasu.


No wspaniały jest Edynburg, choć czuję, że to wciąż początek i wiele odrkyć wciąż na mnie czeka. Mam też nadzieję, że dzięki temu tekstowi zachęciłem choć kilkoro z was do kupienia biletu, stolica Szkocji zasługuje na to by każdy miłośnik podróży choć raz ją odwiedził.

 

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.