Cześć! W dzisiejszej porcji łazikowania po Kioto zabieram was do Arashiyamy*, miejsca rozpalającego emocje, słynącego choćby z lasku bambusowego, popularnością (i wynikającymi z niej tłumami) przyćmiewającego wszystkie inne bambusowe zakątki Japonii. Oj tak, niewątpliwie dałem się uwieść tak wielbicielom jak i hejterom tegoż, i z perwersyjną wręcz ciekawością, chciałem na własne oczy zobaczyć o co tyle hałasu. A, że miejscowy celebryta stanowi dobry punkt wyjścia do dalszego szwendania się po okolicy to na taki niezbyt długi, ale całkiem fajny spacer również was zapraszam.
* – na potrzeby tekstu określając tak cały obszar leżący na południe i północ od mostu Togetsukyō (渡月橋) czyli Arashiyamę oraz Sagano, w której tak de facto znajdować się będą wszystkie odwiedzone tu miejsca.

Arashiyama jest dzielnicą ładną, zieloną, zabytkową i nader interesującą. To jest fakt. Czy z tego powodu jest miejscem diablo popularnym? O tak… czasami nawet aż za bardzo. Czy z racji swej popularności wypad tam może być proszeniem się o ból głowy? Niewykluczone, tym bardziej przy niekoniecznie dobrym zaplanowaniu wycieczki. Czy warto, mimo wszystko się tam wybrać? Absolutnie, wystarczy trochę logistycznej gimnastyki i nawet w tych najbardziej obleganych miejscówkach da się oszukać system w nagrodę otrzymując dużo fajności. A zresztą, wszyscy dobrze wiemy, że coś co ja mogę uznawać za uciążliwy tłum i nieznośne warunki, dla was wcale takimi być nie musi więc traktujcie te moje wynurzenia z rezerwą.


Tak, Arashiyama słynie z bambusowego lasku i to on generuje największy ruch w dzielnicy, jednak pamiętajmy, że jest on li tylko promilem atrakcji przezeń oferowanych – w okolicy bez problemu spędzicie pół dnia, ba, pewnie i cały dzionek na luzaku da się zagospodarować. Dlatego jadąc tu, proponuję nastawić się nie tylko na odwiedziny w najsłynniejszym bambusowym zagajniku Japonii, ale i dłuższy lub krótszy spacer po okolicy*. Dalsze lasy, szlaki, punkty widokowe, spływ rzeką Katsura, przejażdżka romantyczną kolejką, historyczne ulice, świątynie i chramy mniejsze i większe (nawet ze stemplem UNESCO), wzgórze na którym rządzą makaki, klimatyczne restauracje – naprawdę każdy znajdzie tu coś dla siebie. Pech – a raczej plan na ten dzień – chciał, że jechałem z pełną świadomością wybrania tylko niewielkiego kawałka z miejscowego tortu. Cóż, najważniejsze, ze na samym końcu czułem, że kawałek ten był przepyszny. Choć najbardziej oczywisty. Przyjrzyjmy mu się.
* – zbyt wielka to oczywistość?


Arashiyama i Sagano już stulecia temu stanowiły jeden z tych zakątków Kioto do, których uciekało się chcąc odpocząć, w spokoju popodziwiać naturę, oddać sztuce. Dawniej z miejscowego klimatu korzystała głównie arystokracja i dwór cesarski, dziś po tamtejszych uliczkach i parkach przechadzają się goście z całego świata. Niezmiennie piękna to okolica, choć ciszę i spokój nie zawsze da się już tu znaleźć.
Rzeka Katsura wraz z klonowymi lasami okolicznych wzgórz od zawsze stanowiła gratkę dla miłośników momiji, wiosenny zachwyt kwitnącymi wiśniami w dużej mierze zawdzięczać możemy cesarzowi Go-Saga, który w XIII-wieku kazał sprowadzić tu setki drzew sakury z górzystych okolic Yoshino. Za bambusowym laskiem, czarującym niezależnie od pory roku, kryje się historia chyba nie aż tak odległa, ale też po prawdzie trafienie na wiarygodne informacje czy od początku był to zagajnik stricte sprzyjający spacerom i kontemplacji, czy bardziej źródło materiału dla okolicznych rzemieślników, czy też oba na raz, było tak trudne, że historię po prostu odłożymy na bok.


KIOTO: LASEK BAMBUSOWY ARASHIYAMA/SAGANO
Drewniejąca łodyga bambusa, podobnie jak kwiaty wiśni, żółte liście miłorzębu i czerwone klonu, na stale wpisała się w estetyczny kanon florystycznych skojarzeń z Japonią (czy po prostu wschodnią Azją). Bambus to trawa (tak, tak, nie drzewo) o silnie symbolicznym rysie, istotny bohater jednej z najpopularniejszych japońskich legend „Opowieść o zbieraczu bambusa” (i najpiękniejszych adaptacji w postaci filmu „Księżniczka Kaguya” studia Ghibli), jeden z najczęściej powracających motywów japońskiego malarstwa tuszowego, ważny składnik japońskiej kuchni, a za sprawą „Kickboxera”, „Przyczajonego Tygrysa, Ukrytego Smoka” czy „Domu Latających Sztyletów” ikona popkultury. Roślina piękna i subtelna, a zarazem elastyczna i wytrzymała. Czy powinno dziwić, że lasek w Arashiyamie, niezwykle pięknie utrzymany, estetycznie zachwycający i całą dobę dostępny, przyciąga tysiące gości dziennie? No nie wydaje mi się.


Arashiyama leży na północnozachodnim krańcu Kioto, dość daleko od centrum. Niespełna 9 kilometrów z dworca Kyoto Station można szybko pokonać pociągiem – linia JR San-in (na odcinku, który nas interesuje zwana Sagano) pokonuje tę trasę w 15 minut zatrzymując się na przystanku Saga-Arashiyama. Spod dworca możecie też ruszyć autobusem miejskim nr 28, zatrzymującym się po drodze milion razy (kiotyjskie autobusy mają to do siebie, że ich linie liczą sobie bardzo wiele przystanków), jadącym ok. 40 minut do przystanku Nonomiya. Można też skorzystać z metra, trzeba jedynie podejść/podjechać na stację Ōmiya skąd linią Randen dostaniecie się do stacji końcowej, omen nomen Arashiyama.

Wczesnym rankiem główna ulica Arashiyamy świeciła pustkami, oprócz kilku obwieszonych aparatami turystów, tylko właściciele zamkniętych jeszcze sklepów krzątali się zamiatając obejścia. a wzdłuż jezdni grupki mężczyzn stawiały pojedyncze łodygi bambusa, szykując okolicę na późniejsze obchody Festiwalu Saga, podczas którego prócz procesji klasycznych mikoshi przez dzielnicę niesione są też kenboko, platformy w formie włóczni/tyczki zakończonej mieczem i dzwonkami. Ach, w sumie chętnie zobaczyłbym to na własne oczy, ale tego dnia plany na popołudnie miałem inne – choć takie same. Tyle, że inne – otóż wieczór spędziłem na kolejnym matsuri, w centrum miasta.


Ścieżki prowadzące do lasku odbijają od głównej ulicy w kilku miejscach. Jedna z opcji przecina teren świątyni Tenryū-ji (otwarcie o 8:30), inna z kolei zaczyna się zaraz przy przystanku autobusowym Nonomiya – dla wybierających ten środek transportu rzecz to wielce pomocna. A jeśliście niecierpliwi to ta druga opcja jest dla was wręcz idealna, pierwsze łodygi będą się wam kłaniać już minutę po odbiciu w bok. Ładna jest to ścieżka, choć z początku prezentuje się bardzo skromnie – bambus rośnie rzadko, po chwili zagajnik zaczyna gęstnieć i… nagle się kończy. Z lewej strony wyrastają budynki świątyni Tenryū-ji, z prawej przyświątynny cmentarz. I dopiero po ich minięciu zaczyna się ten właściwy gaj w Arashiyamie. I tu wybaczcie uszczypliwość, ale jestem zdania, że słowo las delikatnie przekłamuje rzeczywistość (jakkolwiek piękna by nie była) i niepotrzebnie rozbudza nadzieję na temat skali naszej bambusowej atrakcji – dlatego wolę określenia gaj, lasek, według mnie dużo bardziej adekwatne.


Ścieżki wiją się na długości niemal 500-600 metrów i jeśli ktoś nastawia się na prawdziwie przepastny, ciągnący się kilometrami las to może poczuć nutkę rozczarowania. Jeśli jednak, po prostu oczekujecie fajnego kawałka zieleni, pięknie zaaranżowanych ścieżek, idealnie nadających się na kadry z National Geographic (choć w zdecydowanie bardziej stonowanych barwach niż na wielu zdjęciach) a tysiące delikatnie kołyszących się łodyg bambusa przyprawia was o uśmiech to jest to miejsce dla was. I nawet jeśli te przesadnie uporządkowane ścieżki odbierają laskowi sporo naturalności to nie sposób odmówić im uroku i urody.




By w pełni docenić to miejsce WARTO przybyć tu wcześnie rano (wieczory pewnie też się sprawdzą). Ale tak wcześnie, wcześnie: ciekawe czy jest tak codziennie, ale tego jednego dnia godzina 7 stanowiła granicę po której nagle, nie wiadomo skąd na wąskich ścieżkach zaroiło się od głównie zagranicznych turystów. Parę minut wcześniej było za to naprawdę kameralnie, każda z kilku towarzyszących mi osób miała skrawek lasu dla siebie. Ta chwila przed burzą to chyba ostatni moment dnia kiedy można spróbować wsłuchać się w szum, skrzypienie i postukiwanie drzewek, jeden ze stu charakterystycznych dźwięków Japonii jakie Ministerstwo Środowiska uznało za godne zachowania dla potomnych. Dosko.
Przelewające się przez sporą część dnia tłumy potrafią odebrać zagajnikowi sporo uroku, tysiące gości dziennie to też zwiększone ryzyko, że zjawią się tu jednostki nie do końca rozumiejące na czym polega odpowiedzialna turystyka – w ostatnich latach wiele drzew padło ofiarami domorosłych artystów lubiących dłubać w drewnie. Pocięte łodygi to nie jest coś co chciałoby się zobaczyć w takim miejscu, shame!



Chciałbym wam napisać, że to najpiękniejszy lasek bambusowy w Japonii… no ale bez przesady, skala porównawcza w postaci kilka małych zagajników to zdecydowanie za mało by stawiać się w roli sędziego. Urody jednak laskowi nie odmówię i jeśli tylko zdążycie tu przed innymi to z pewnością wrócicie stąd z pierwszorzędnymi wspomnieniami 🙂
Lasek dostępny jest całą dobę, za wejście na jego teren nie pobiera się żadnej opłaty i… z pewnością są to dwa powody, które w jakimś stopniu wpływają na jego popularność 😉 W ramach konfrontacji z innymi zagajnikami warto odwiedzić kilka kiotyjskich świątyń (np. po sąsiedzku Adashino Nenbutsu-ji i trochę dalej Kodai-jii) czy też Park Rakusai skrywający Muzeum Bambusa.
KIOTO: PARK ARASHIYAMA – PARK KAMEYAMA
No, ale dobrze. Koniec spaceru po gaju nie oznacza końca spaceru wśród miejscowej natury. A tej jest tu naprawdę masa. Jeśli nie macie zbyt wiele czasu to w ramach bezwzględnego minimum – jak ja – polecam przejść się po Parku Kameyama, sąsiadującym de facto z bambusowym gajem. Teren to bardzo ładny, pagórkowaty, całkiem rozległy a przez to nieznacznie zatłoczony.


Wiosną śliwy i wiśnie muszą dawać tu niezły spektakl, o jesiennym momiji nawet nie chcę myśleć – wystarczy wgramolić się na jeden z punktów widokowych i spojrzeć na okoliczne wzgórza by wiedzieć, że w listopadzie dzieje się tu magia. I już dla samych widoków na Hazukyo (wąwóz rzeki Hazu, czyli wciąż Katsury, ale pod inną nazwą) warto się tu wybrać. Wprawne oko dostrzeże w dole płaskodenną łódź, obecnie turystyczną atrakcję zabierającą w 2-godzinny rejs (z oddalonej o 15 km Kameoki) – dawniej, podobnie jak w przypadku naszych flisaków zajmowały się one spławieniem drewna potrzebnego w miastach. No nie powiem, przepłynąłbym się!



Nasyciwszy wzrok pagórkowatymi krajobrazami można ruszać dalej, ot choćby w kierunku spokojnej, pięknie zachowanej, zabytkowej ulicy Saga-Toriimoto.
KIOTO: ULICA SAGA-TORIIMOTO (嵯峨鳥居本) i SPACER PO OKOLICY
2 kilometrowy spacer na północ jest idealnym remedium na coraz większe tłumy nacierające na najbliższe okolice bambusowego lasku. Przede wszystkim jednak prowadzi on do kapitalnego kawałka pięknie zachowanej podmiejskiej tkanki, emanującej taką małomiasteczkową wręcz aurą, że tylko odłożyć kilka milionów jenów i poszukać jakiegoś domu na sprzedaż.

Zanim do zabytkowych domów dojdziemy warto zatrzymać się przy Stawie Ogura (小倉池), znanym z pięknie kwitnących kwiatów lotosu – niestety na rozkwit trzeba czekać do lata, dlatego widok majowy był daleki od wymarzonego. Na brzegu stawu znajduje się niewielki chram Mikami, dość wyjątkowy. Poświęcony jest postaci Fujiwara no Uneme no Sake Masayuki, synowi cesarza Kameyamy, opiekunowi fryzjerów i włosów, po śmierci wyniesionemu do rangi kami. Za jego życia nie było na dworze cesarskim lepszego eksperta od układania włosów, dziś nie ma lepszego kami, do którego warto wznieść modły, szukając alternatywy dla nacierania zakoli rozmarynem.

Saga-Toriimoto (嵯峨鳥居本) to uliczka pełna zadbanych domów z przełomu okresu Edo i Meiji (choć rzecz jasna znajdą się i młodsze) – absolutnie rewelacyjnie w ich towarzystwie prezentują się domy najstarsze, przykryte strzechą, mające na karku nawet i 400 lat, nierzadko kryjące w swych wnętrzach klasyczne herbaciarnie. Fragmentami, gdyby nie kable przewieszone nad ulicą, asfalt, zaparkowane auta i automaty z napojami to naprawdę można by pomyśleć, że jest się w czasach troszkę bardziej odległych.



Piękna i cicha to ulica. W każdym razie o poranku, choć z tego co czytałem to i w ciągu dnia nie ma tu zalewu turystów. A ci, jeśli już się tu pojawiają to przede wszystkim tranzytem, tak by dotrzeć do znajdujących się tu świątyń, Otagi Nenbustuji czy. Adashino Nenbutsuji, słynnej ze swych 8000 kamiennych posążków poświęconych zmarłym, oraz własnego lasku bambusowego. Cóż, wciąż było za wcześnie by tam zajrzeć więc musiałem obejść się smakiem, ale w tej porannej ciszy udało mi się trafić na rzecz chyba nawet ciekawszą niż odwiedziny w świątyniach – ulicami przechadzali się młodzi mnisi, praktykujący takuhatsu, melodyjnie intonujący sutry zabierający od miejscowych jałmużnę, całkiem chętnie zresztą, przy całym zestawie pokłonów podarowywaną.





I tak tuptając za mnichami wróciłem niemalże do punktu wyjścia. Dochodziła godzina 9, lasek pękał już w szwach, bramy świątyni Tenryū-ji stały otworem. Nie widziałem innego wyjścia jak zajrzeć do środka.
KIOTO: ŚWIĄTYNIA TENRYU-JI (天龍寺)
Powiedzieć, że Świątynia Niebiańskiego Smoka (cudowna nazwa <3) zrobiła na mnie wrażenie to nic nie powiedzieć. No wielce bym żałował gdybym sobie odpuścił, i mówię to z pełną świadomością tego, że całkiem spore tłumy dość mocno odarły ją z kontemplacyjnego charakteru. Niejako jednak w duchu zen nie dziwiłem się, nie gniewałem, akceptując popularność tego miejsca i fakt, że o wiele trudniej tam o ciszę niż choćby w Daitoku-ji.


Pochylając się nad wielowiekową historią Tenryū-ji nie dziwi już fakt, że początki świątyni trafiają w szablon „posiadłość cesarska/arystokracji->świątynia zen”, jednak kulisy całego zajścia schematowi się wymykają. Świątynia powstała w 1343 roku, na terenie dawnego pałacu wzniesionego przez cesarza Kameyamę, jej fundatorem był siogun Ashikaga Takauji a ideą przyświecającą budowie było uczczenie pamięci zmarłego cesarza Go-Daigo. Myliłby się jednak ten, kto pomyślałby, że siogun świątynię wybudował ze szczerego żalu po cesarzu. Ich relacja była ciekawa, napięta i pełna dramatyzmu, pierw obaj, wspólnie doprowadzili do obalenia siogunatu Kamakura, by następnie stanąć naprzeciw siebie w walce o pełnię władzy. Ze starcia zwycięsko wyszedł Ashikaga, dwór cesarski rozbity został na dwie walczące ze sobą frakcje a Go-Daigo ratować się musiał ucieczką w góry, gdzie po kilku latach zmarł. Wzniesienie świątyni na jego cześć nie byłą pomysłem Ashikagi, z ideą taką wyszedł mnich zen Muso Soseki (夢窓疎石), postać wybitna, dla XIV-wiecznego zen niezwykle ważna. Dopiero za jego namową (namowami) siogun wespół z cesarzem Kōgonem zgodzili się na przekształcenie dawnego cesarskiego pałacu w teren świątynny.


Nazwę Tenryū-ji, Świątynia Niebiańskiego Smoka, zawdzięczamy bratu sioguna, któremu to we śnie przyśniła się legendarna istota, jeśli jednak ktoś liczył, że smok weźmie kompleks pod swoje skrzydła to mógł się grubo rozczarować. Już w ciągu pierwszych stu lat istnienia świątynia kilkukrotnie płonęła, a w całej swojej historii ogień trawił ją tak często, że dziś chyba brak tam jakiegokolwiek budynku pamiętającego moment założenia kompleksu. Wszystkie najważniejsze budynki mozolnie i skrupulatnie odbudowano, na tyle na ile można zachowując wierność oryginałom. W dużej części zrekonstruowanych pawilonów nie można robić zdjęć, ale te kilka fragmentów, które na fotografiach można uwiecznić robi niesamowite wrażenie.





Wyjątek stanowi ogród, Sogenchi, wybitny, zaprojektowany przez samego Sosekiego, przetrwały w formie niemalże pierwotnej. I o rety, cóż to jest za ogród. Ze wszystkich do tej pory oglądanych ten jest najbardziej monumentalny, to wspaniały przykład ogrodu zapożyczonego krajobrazu (shakkei), wtapiającego się w okoliczne lasy i wzgórza, sprawiającego wrażenie o wiele większego niż w rzeczywistości jest. Dziełem sztuki jest sam staw, wykorzysujący elementy ogrodu suchego krajobrazu, „grający” przede wszystkim omszałymi kamieniami nadającymi mu tonę symboliki, wcielając się w góry, wodospady jak i karpia przemieniającego się – zgodnie ze snem Ashikagi – w smoka. W dużej mierze to ogród wpłynął na to, że świątynia wpisana została na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.




Teren świątyni jest przepastny i jeśli sam ogród czy okolice Głównego Pawilonu was zmęczą to warto przejść się bardzo przyjemną ścieżką, prowadzącą pośród klonów i wiśni jak i bambusów. Dla każdego znajdzie się ciekawy zakątek.


No piękne miejsce, i w jakiś tajemniczy sposób – mimo całkiem wielkiej popularności – sprawiające, że tłumy, których jest się częścią nie przeszkadzają.
Świątynia otwarta jest od godz. 8:30 do 17:00, a wejście na jej teren kosztuje 500 jenów. Dalsze zwiedzanie budynków pociąga za sobą kolejne koszty o których przeczytacie tutaj.
No i cóż, mój czas w Arashiyamie powoli dobiegał końca. Na postawienie kropki nad I wybrałem się nad rzekę, rzucić okiem na ostatni z miejscowych symboli.
KIOTO: MOST TOGETSUKYO (渡月橋)
Symbol to długowieczny, w pierwszej formie istniejący tu już przed tysiącem lat, w obecnej wzniesiony w zeszłym stuleciu, jakkolwiek w oparciu o przekazy XVII-wieczne i wedle nich zaprojektowany. Bohater niezliczonych fotografii, pozwalający na piękne zdjęcia podczas hanami i momiji, poza sezonami też całkiem fajnie się prezentujący – okoliczne wzgórza nieustannie nie zawodzą w roli drugiego tła. Piękną jego nazwę. Mostu Przechadzającego się Księżyca (wybaczcie lekką ingerencję w tłumaczenie, ale wydaje mi się, że tak jest lepiej) zawdzięczamy cesarzowi Kameyama, zachwyconemu onegdaj widokiem wędrującego po nocnym niebie księżyca, ze wschodu do zachodu przemykającego nad mostem i rzeką.


Dziś podobnymi widokami zachwycamy się i my.
I w tym miejscu pożegnałem się z Arashiyamą, świadomy, że tak naprawdę mógłbym tu zostać cały dzień. ten jednak nie jest z gumy, mam jednak nadzieję, że szybciej niż później do Kioto wrócę i nadrobię to co nadrobienia zostało. I po kilku takich powrotach xd będę mógł przyznać, że w końcu trochę to miasto poznałem.
Trzymajcie się, do następnego!
Te bambusowe lasy robią wrażenie. Całkowita egzotyka
PolubieniePolubienie
Tak, teraz mam takie marzenie pojechać do Chin i zobaczyć te największe na świecie.
PolubieniePolubienie