Ładne acz senne Ostritz i imponujące St. Marienthal czyli ciekawostki tuż za granicą

Raz jeszcze wracamy na granicę polsko-niemiecką w okolice Zgorzelca. Podróżując na południe w stronę Żytawy zatrzymamy się w Ostritz, niewielkiej mieścinie, trochę sennej acz ciekawej a stamtąd ruszymy do klasztoru St. Marienthal, najstarszego w Niemczech klasztoru cysterek, działającego nieprzerwanie od XIII wieku. Kompleks to nie byle jaki i zdecydowanie warty odwiedzin, w sam raz na krótki przygraniczny wypad.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
St. Marienthal, najstarszy w Niemczech klasztor cysterek.

Dzień był pochmurny, szary, zanosiło się na deszcz dlatego też nie kombinowaliśmy nad jakimikolwiek dalekimi wojażami. Szukując atrakcji w okolicy Zgorzelca już wcześniej wypatrzyliśmy sobie Ostritz, miasteczko niewielkie, ale takie klasyczne w stylu, pełne historycznych budynków, bogate w miłe oku domy przysłupowe. To też idealnie miejsce na rozpoczęcie krótkiego spaceru do St. Marienthal, najstarszego klasztoru cysterek w Niemczech – kilkukilometrowy spacer wzdłuż Nysy Łużyckiej może być przeto impulsem do dalszej drogi, wszak te kilka kilometrów to zarówno fragment Żytawskiego Szlaku Św. Jakuba jak i transgranicznego „Via Sacra”, liczącego przeszło 500 kilometrów, łączącego wiele polskich, niemieckich i czeskich miast, zabytków i historii. Ot, nie szukajmy daleko, na szlaku odnajdziecie tak odwiedzone latem Hejnice jak i cały szereg z pewnością dobrze wam znanych miejscówek. Spójrzcie zresztą na mapkę:

Ostritz oddalone jest od Zgorzelca i Gorlitz o niespełna 20 kilometrów i tradycyjnie dotarliśmy doń komunikacją publiczną. Najłatwiej wybrać autobus linia 12 kursujący do Żytawy, startuje on spod dworca autobusowego, który z kolei znajdziecie zaraz przy dworcu kolejowym w Gorlitz. Można też podjechać samą ciuchcią do Hagenwerder i stamtąd kontynuować podróż autobusem. „Dwunastka” kursuje jednak zdecydowanie częściej i to ją bym wam polecał. No chyba, że macie własne auto lub rower, wtedy problem dojazdu rozwiązuje się sam.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Ostritz to z jednej strony murowana zabudowa będąca następstwem wielu pożarów…
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
…ale i mnogość domów przysłupowych, które oparły się architektonicznym zmianom.

OSTRITZ – GARŚĆ HISTORII

Na start tradycyjnie szybki sprint przez historię, całkiem niezgorszą przyznam.

Na początku był Ostros, słowiańska osada przytulona do Nysy Łużyckiej. Przez stulecia wybitnie się nie rozrastała choć stanowiła oparcie dla swych mieszkańców, służąc im należycie. Po kilku stuleciach okoliczne ziemie przekazane zostały rodowi Dohnów, którzy to na początku XIII stulecia zaczęli m.in. sprowadzać osadników z odległej Frankonii. Na północ od dawanej słowiańskiej osady zaczęła powstawać nowa. Szybko okazało się, że miała ona o wiele większe aspiracje niż protoplasta. Nowe Ostritz położone przy szlakach handlowych, z imponująco wielkim rynkiem, równo odchodzącymi zeń uliczkami z pełnym impetem zaznaczyło swoje miejsce na mapie. Równocześnie, wraz z miastem, po sąsiedzku ufundowane zostało opactwo cysterek a pierwszą przeoryszą została Adelajda z Dohnów

Schludnie, miło dla oka. Takie w wielu miejscach jest Ostritz.

Opactwo wraz z miastem rozwijało się wielce, skacząc przez krótki czas z rąk polskich do czeskich. Rozwój nowego miasta nie w smak był jednak okolicznej Żytawie, która to mocno sąsiadowi się przyglądała… i dość szybko chyba uznała, że co za dużo to niezdrowo i postanowiła Ostritz odwiedzić. A w ramach prezentu spalić budowany ratusz, zniszczyć wały miejskie oraz splądrować sporą część zabudowań. Ówczesna przeorysza klasztoru próbowała przemówić najeźdźcom do rozumu, stając im na drodze, lecz jej starania spełzły na niczym… Choć może nie do końca bo drogą sądową udało się zachować status miasta i w podzięce za dyplomatyczną pomoc przeorysza „trafiła” na miejski herb.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Łużyckie domy przysłupowe, widok wielce dla tych stron emblematyczny.

Takie to nielekkie były początki miasta, acz myli się ten, kto uzna, że przygód niemiłych był to koniec. By nie przeciągać wam za bardzo to w kolejnych wiekach w wielkim bingo katastrof wszelakich miasto nawiedziły zarazy oraz pożary, w tym taki, który strawił większość drewnianej zabudowy i był przyczynkiem do murowanej odbudowy i rewolucji. A skoro przy rewolucji jesteśmy to przemysłowy boom XIX wieku i w Ostritz miał swoje pięć minut, powstało tu wiele zakładów oraz elektrownia, która je wszystkie „ogarniała”. W końcu pojawiło się i połączenie kolejowe.

Rynek, choć jest wielkim parkingiem tonie można odmówić mu pewnego uroku.

XX wiek oszczędził miasto w czasie Wojen Światowych, lecz już po wielkich konfliktach musiało się ono zmierzyć ze zmianami tak ustrojowymi, gospodarczymi jak i odpływem mieszkańców. A i natura nie dała o sobie zapomnieć, choćby w 2010 roku wyrządzając poważne szkody podczas błyskawicznej powodzi, tak nagłej i szybkiej co niszczycielskiej.

Dzisiejsze Ostritz to miasto spokojne, momentami wydawało nam się, że wręcz senne. W odbiorze nie pomagała aura, no, ale komu by się chciało paradować po ulicach kiedy deszczowe chmury wiszą nisko i lada chwila może zacząć się ulewa. Nam się chciało i teraz zapraszam was na ten krótki, ale ciekawy spacer 🙂

OSTRITZ, CO WARTO ZOBACZYĆ?

Naszą wizytę zaczynamy na głównej arterii miasta, Gorlitzer Strasse. Zewsząd widać niskie domy z przełomu XIX i XX wieku, o dwuspadowych dachach i ciepłych barwach elewacji, prym wiodą ecru, żółcie i pomarańcze. Odbijając w boczną uliczkę raz po raz napotykamy wille, jedne ciekawsze, drugie nie. Jedne zadbane, drugie nie bardzo. Jaką rolę w tym zaniedbaniu odegrała wielka błyskawiczna powódź sprzed 12 lat? Pewny nie jestem, ale zapewne sporą.

Na Gorlitzer Strasse.
Jedna z wielu ciałkiem fajnych willi.

KRZEWINA ZGORZELECKA

Naszym pierwszym konkretnym celem było dojście do Nysy Łużyckiej, przekroczenie jej i rzucenie okiem na ewenement – stację w Krzewinie Zgorzeleckiej, przystanek niemieckich kolei w Polsce.

Z każdym krokiem budynki zdają się być coraz mniej zadbane, mijany hotel okazuje się być zamknięty, przy rzece wznosi się jeden z ostatnich budynków, systematycznie rozbieranych radzieckich koszar. Spory, z czerwonej cegły stoi opuszczony a na jego murach widać ciekawe napisy, to z pewnością nawiązujące do odbywającego się w mieście kilka lat temu festiwalu… neonazistowskiego. Tak, tak. Lat temu kilka w Ostritz miał miejsce festiwal wielbicieli austriackiego akwarelisty (całkowicie przypadkowo odbywał się w czasie rocznicy jego urodzin) – muzyczno-ideowa aberracja, w której uczestniczyli też i Polacy, co jest dla mnie totalnie nie do ogarnięcia 😦 Wypisane na ścianie niewybredne słowa składające się z takich liter jak F, U, C i K skierowane w stronę dawnego kanclerza Rzeszy i jego wielbicieli były zapewne pokłosiem fali protestów, które przez miasto się przetoczyły. I wielce pod tymi słowami się podpisuję.

Spacerując w stronę Nysy Łużyckiej.
Hotel, który „zasłynął” przyjęciem neonazistów na festiwal Tarcz i Miecz.

Kilkadziesiąt metrów dalej leniwie płynie Nysa Łużycka, nad którą poprowadzono niewielką kładkę, choć można zaryzykować stwierdzenie, iż jest to most. Granica z Polską zaczyna się jeszcze na konstrukcji a już kilka kroków za nią w niewielkiej budce, niegdyś należącej do Straży Granicznej kupić można cigaretty wszelkiego rodzaju. 

Kładka na Nysie Łużyckiej i graniczny sklepik.

A zaraz obok mamy stację. Taką na końcu świata. Krzewina Zgorzelecka. To diablo ciekawe miejsce, i jedyny polski przystanek na trasie z Gorlitz do Żytawy. Budynek stacji jest całkiem imponujący, ale swój czas ma już zdecydowanie za sobą. Większość wnętrz stoi pustych, archaiczny kibelek straszy, bujna roślinność zagarnia dla siebie każdy centymetr wokół. I zatrzymują się tam pociągi wyłącznie ODEG (Wschodnioniemieckiej Kolei Żelaznej). Polskie ciuchcie do Bogatyni kursowały jeszcze do 2000 roku i co ciekawe dziś po latach słychać o reaktywacji tych dawno nie widzianych połączeń. Ciekawe co z tego wyjdzie.

Stacja w Krzewinie Zgorzeleckiej.
Widok z kładki.

Dziś granicę można przekraczać bez najmniejszego problemu, a jeszcze kilka dekad temu przechodzącym na stronę niemiecką towarzyszyli żołnierze WOPu a podróż pociągiem wiązała się z… brakiem możliwości podziwiania polskiej strony – pociągi miały być zaplombowane a okna szczelnie zasłonięte.

Będąc tam nie chciało nam się ruszyć tyłka dalej, ale wam proponuję choćby krótki spacer do Bratkowa, (jednej z rolniczych wsi, które znacznie wyludniły się wskutek ekspansji kopalni Turów), której zachowane domy przysłupowe wciąż potrafią zachwycić.

Stacja w Krzewinie Zgorzeleckiej.

RYNEK I RATUSZ

Wracamy do miasta i schludnymi uliczkami ruszamy w stronę rynku. Niskie kamieniczki ozdobione kwiatami oraz ciekawymi detalami na elewacjach mogą się podobać.

Uwaga, poczta jedzie!
Uliczki Ostritz zazwyczaj są ładne i zadbane.

Sam główny plac miasta, wytyczony jeszcze w średniowieczu i dość wiernie trzymający się ustalonych wtedy granic jest niemały. Długi i szeroki niemal na 100 metrów, imponuje gabarytami. Z pewnością nie wszystkim spodoba się fakt, że w dużej mierze służy on za parking a zieleń znajdziemy tylko na jego obrzeżu, w szeregach niewielkich acz ładnych drzew. No, cóż, taki urok rynków, które przez lata służyły za place targowe. 

Rynek w Ostritz.
Rynek w Ostritz.

Murowana zabudowa rynku, zwarta, spójna i całkiem miła oku jest następstwem jednego z ostatnich wielkich pożarów XIX wieku. Spłonęła wtedy większość przyrynkowych drewnianych domów, zniszczony został również ratusz. Ostatnia jego inkarnacja nie została odbudowana pośrodku placu, lecz „wciśnięta” pomiędzy kamienice jednej z pierzei, całkiem ładnie się komponując.

Ratusz w Ostritz.
Pierzeja z ratuszem.

Spoglądając na stare fotografie można odnieść wrażenie, że jedyne co się zmieniło to szyldy sklepów, samochody i moda. Poza tym rynek zdaje się trwać niczym zatrzymany w czasie. Są i takie fragmenty gdzie, dawna tkanka przebija się przez nowszą – ot choćby znajdujące się północnozachodnim rogu zabytkowy portal wraz z rzeźbą lwa, najstarsze relikty hotelu „Pod Złotym Lwem”. Zaraz obok, w ładnie wyremontowanym budynku znajdziecie klawą kawiarnię, która uratowała nam tyłki. Potężnie się rozpadało i nie dość, że znaleźliśmy tam dach nad głową to i dobre małe co nieco wszamaliśmy.

Cafe am Markt
Dawny boczny portal „Gasthaus zum Lowen”.
No i sam lew, czy bardziej lwica.

Stając na środku placu można odnieść wrażenie, że ktoś nas obserwuje. Spoglądając na dachy wszystkich niemal kamienic łatwo da się znaleźć odpowiedź na pytanie skąd to uczucie: wole oka, mnóstwo! Charakterystyczne lukarny znajdują się na każdym dachu i niczym zmrużone oczy lustrują wszystko co na rynku się dzieje.

Rynek w Ostritz i kamienice z oczami.

 

Rynek w Ostritz.

KOŚCIÓŁ WNIEBOWSTĄPIENIA NMP

Niemalże po sąsiedzku, bo rzut kamieniem od rynku znajdziecie kościół Wniebowstąpienia NMP, czubek wieży widać znad kamieniczek. By jednak tam dojść wybieramy wariant trochę naokoło, klucząc uliczkami trafiając na totalnie różne ciekawostki. Ot XIX-wieczne domy przysłupowe sąsiadują z pozostałością dawnej stajni wzbogaconej o zabytkowe arkady, a niegdysiejszy zakład kowalski o swej historii przypomina szyldem nad wejściem.

Na Gorlitzer Strasse gdzie domy są zadbane, jak i nie do końca.  
Jeden z domów przysłupowych w samiuśkim centrum. Ten ma przeszło 200 lat na karku.

A wisienką na torcie jest pochodzący z 1710 roku imponujący dom podcieniowy z rzeźbą Jana Nepomucena. Niegdyś w jego sąsiedztwie stały jeszcze dwa domy z podcieniami, każdy w innym stylu – braku środkowego, szachulcowego, opartego o drewniane kolumny najbardziej mi żal.

Ostatni z domów podcieniowych.
I dzielny Nepomuk.

Jest i kościół. Ładny, skromny dość z zewnątrz, barokowy w formie, choć o romańskiej proweniencji. Sięgające XIII wieku fragmenty schowane są wewnątrz i od razu rzucają się w oczy, ot krzyżowe sklepienia nad prezbiterium. Romańsko-gotycki romans spotyka tam barokowy ołtarz, złoty a skromny bo drewniany. Górujący nad ołtarzem obraz przedstawia Wniebowzięcie NMP i jest bezpośrednim nawiązaniem do cysterek z pobliskiego St. Marienthal – wszak w XIV wieku zakon stał się opiekunem kościoła. Za to rzeźby apostołów Piotra i Pawła, wcześniejszych patronów do dziś znajdziecie przy portalu świątyni. Na cóż jeszcze warto zwrócić uwagę? Chociażby na strop kasetonowy z XIX wieku w nawie głównej, ładny acz zastępujący dużo starsze malowidła.

 Wnętrza Kościoła Wniebowstąpienia NMP
Wnętrza Kościoła Wniebowstąpienia NMP
Kościół Wniebowstąpienia NMP

Wokół świątyni znajdziecie kilka zabytkowych wręcz, ciekawych nagrobków, dawnych proboszczów (wszak pamiętajmy, że to kościół katolicki), organistów i ważnych dla miejscowej społeczności osób. Gdzieś przeczytałem nawet, że miejscowy cmentarz jest miejscem pochówku nawet i 60000 osób. Robi wrażenie biorąc pod uwagę ‚wielkość” miasta.

Nagrobki na przykościelnym murze.

Ruszając dalej wchodzimy na Klosterstrasse, co niechybnie mówi nam dokąd owa ulica nas zaprowadzi. Miasto i jego zwarta zabudowa zostają za nami. Teraz pora na luźniej rozsiane domki, w znacznej mierze ryglowe a wśród nich niemało przysłupowych. Widok to dla tych okolic wielce emblematyczny.

Domów mnogość, każdy inny, prawdziwa uczta dla wielbicieli przysłupów. I rygla. I szachulca.
Domów mnogość, każdy inny, prawdziwa uczta dla wielbicieli przysłupów. I rygla. I szachulca.
Domów mnogość, każdy inny, prawdziwa uczta dla wielbicieli przysłupów. I rygla. I szachulca.

Domów mnogość, każdy inny, prawdziwa uczta dla wielbicieli przysłupów. I rygla. I szachulca. I muru pruskiego pewnie też, choć w jego przypadku trzeba by zajrzeć pod tynk. Najstarsze z nich mają przeszło 200 lat a zadbane są tak, że głowa mała. Jest szacunek ludzi ulicy. Szkoda, że w Polsce z pewnym poślizgiem zaczęliśmy troszczyć się o podobne domy. Pozostaje trzymać kciuki by udało się ich uratować jak najwięcej się da.

Domy przysłupowe w drodze od St. Marienthal.
Domy przysłupowe w drodze od St. Marienthal.
Domy przysłupowe w drodze od St. Marienthal.

I tak krok po kroczku zbliżamy się do celu naszej krótkiej wędrówki. Mijamy ostatnie domy. Nysa Łużycka robi delikatny zakręt, między drzewami majaczą pozostałości po dawnym moście. Długi na dwieście metrów mur prowadzi do okazałej bramy. Jesteśmy u celu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Pierwsza brama.

KLASZTOR ST. MARIENTHAL

Kiedy czytałem o początkach najstarszego cysterskiego kobiecego klasztoru w Niemczech czułem się jakbym oglądał jakąś telenowelę. Ilość krzywych akcji, które doprowadziły do tego, że czeska królowa Kunegunda podarowała zakonowi niewielki kawałek ziemi nad Nysą Łużycką był spory – zaręczyny do kórych nie doszło, nieufność, morderstwo, zemsta, wybaczenie i modlitwa o zbawienie. Bo jakkolwiek dziwnie to by nie zabrzmiało to w skrócie: istnienie klasztoru „zawdzięczać” możemy wybuchowemu charakterowi rycerza Ottona Wittelsbacha, który to zamordował Króla Filipa Szwabskiego, gdyż ten miał czelność nieprzychylnie o rycerzu się wypowiadać czym zaprzepaścił jego szanse na małżeństwo z Gertrudą, córką Jadwigi Śląskiej i Henryka Brodatego. Wyjęty spod prawa Otton zginął z ręki innego rycerza, Gertruda wstąpiła do zakonu a małżonka Filipa postanowiła wymodlić dla niego zbawienie fundując cysterkom ziemie pod klasztor. Uff! Takie to niełatwe początki doprowadziły do powstania klasztoru, który przetrwał 788 lat i funkcjonuje i dziś.

IMG20220820144752

Kto zna historię środkowoeuropejskiego fyrtla ten wie, że wytrwanie takiego czasu to nie byle jakie osiągnięcie. Na drodze stawali między innymi Husyci, natura w postaci licznych powodzi i pożarów. W czasach reformacji nieustannie powracał pomysł by klasztor przekształcić w świecką szkołę lecz miejscowa szlachta stawała okoniem i wspomagała cysterki. Z czasem w ewangelickiej Saksonii coraz trudniej było o same powołania, przez co dość długi okres do zakonu wstępowały gównie Czeszki oraz Serbołużyczanki. Również czas wielkich kasacji zakonów nie przyniósł kresu St. Marienthal, choć czasy kulturkampfu i kilka dziesięcioleci później III Rzeszy nie były dla sióstr najłatwiejsze.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zabudowania klasztorne St. Marienthal.

Klasztor przeszedł wiele lecz przetrwał do dziś. Ostatnim z nieszczęść była powódź sprzed 12 lat i działania by kolejne wysokie wody nie wyrządziły podobnie wielkich szkód spędza sen z powiek sióstr.

No dobra, pora na mały spacer.

Dzisiejszy barokowy charakter całego kompleksu jest efektem wielkiej przebudowy z XVII wieku, następstwa olbrzymiego pożaru, który strawił wiele klasztornych i gospodarczych budynków. Czeski gotyk bardzo ładnie z zieloną doliną się skomponował. Największe wrażenie robi rzecz jasna kościół klasztorny, kaplica oraz konwent tworzące zwartą całość. Biało-kremowo-różowa elewacja barokowej fasady zwieńczonej trzema kopułami robi wrażenie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zabudowania klasztorne St. Marienthal.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Zabudowania klasztorne St. Marienthal.

Nie inaczej jest wewnątrz klasztornego kościoła. Motywem przewodnim będą malowidła, tak klasyczne obrazy jak i polichromie na ścianach. Mnóstwo ich. W dużej mierze pochodzą z przełomu wieku XIX i XX i ówczesnych remontów po wielkiej powodzi z roku 1897. Polichromie pokrywają co się da, tak niskie  sklepienie zaraz po wejściu jak i dalej, ściany i sklepienia dużo wyższe biegnące ku ołtarzowi i prezbiterium. 

IMG20220820150054IMG20220820150142IMG20220820150407

Mnogość postaci na polichromiach, obrazach czy „w ołtarzach” przyprawia o zawrót głowy, bez sporego wtajemniczenia nie sposób ogarnąć je wszystkie. Są niemieckie mistyczki, biskupi z całej Europy i w końcu cały szereg świętych i błogosławionych, tak tych ogólnie znanych jak Bernard czy Jadwiga Śląska a także zupełnie dla mnie anonimowych jak Humbelina. Oj robi to wszystko wrażenie a spora ilość drewnianych elementów tylko podbija atrakcyjność całego wnętrza. Zalecam.

IMG20220820150027IMG20220820150429

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Jeden z bocznych ołtarzy.

Kompleks klasztorny to jednak sporo więcej. Z racji tego, że sióstr jest dziś niewiele to sporo z klasztornych budynków jest dzierżawionych. W wielu znajdziecie pensjonaty, apartamenty czy nawet hotel. Od trzech dziesięcioleci funkcjonuje tam też fundacja Międzynarodowe Centrum Spotkań, którego transgraniczne założenia są jak najbardziej klawe: mniej barier, więcej zrozumienia.

Jak to u cysterów/ek bywa, niemało jest śladów rolniczej działalności. Jest choćby najbardziej wysunięta na wschód winnica Niemiec (z górującym nań punktem widokowym na Kalvarienberg, pagórze z przystankami Drogi Krzyżowej). Dalej, niegdyś w murach klasztoru znajdował się browar a i dziś w niedalekim Kottmar wytwarza się piwa wedle tutejszej receptury. Co jeszcze. Jest Ogród Roślin Biblijnych, dokładnie tych które w Biblii są wymieniane (znaczy się znajdziecie tu 40 ze 110 opisanych w księgach roślin). Jest i piekarnia, jest i dawny młyn wraz z tartakiem, na terenie którego raz po raz odbywać powinno się pokazowe cięcie drewna. O sklepie z pamiątkami wspominałem?

IMG20220820144747IMG20220820151936

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Sale seminaryjne w dawnej stolarni.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Bartu pielgrzym.

Wybudowany w 1740 roku przyklasztorny szynk i dziś przyjmuje gości. Ładny, stylowy budynek z przytulnym wnętrzem serwuje niezgorsze dania, proponując do popicia piwa wedle klasztornych receptur. Polecam zajrzeć.

IMG20220820155604

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Klasztorny szenk.

I cóż, właśnie na małej szamie zakończyliśmy klasztorne odwiedziny. Zespół budynków robi wrażenie i bez wahania poleciłbym go tak tym szukającym duchowego wyciszenia jak i wielbicielom historii i architektury. Bo to po prostu ładny kawałek pogranicza jest!

Najedzeni, z pełnymi brzuchami powoli ruszyliśmy z powrotem. Trasą minimalnie zmienioną, taką , która pozwoliła trafić na kolejne przysłupowe domy. I w Ostritz trafić na drugi kościół, Gustav Adolf Kirche. Żeby nie było, żaden ze szwedzkich królów nie ma z nic ni wspólnego – fundacją jest formą podziękowania dla miejscowego przedsiębiorcy, który wydatnie do powstania neogotyckiej świątyni się przyczynił. Dwa anioły nad portalem, niczym z powieści gotyckiej robią kapitalne wrażenie.

Wracając do miasta.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Gustav Adolf Kirche.

 

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Gustav Adolf Kirche.

I tak też mijamy kapitalną willę po drugiej stronie ulicy (dziś mieści się tam Dom Opieki) i czekamy na autobus. Spacer po Ostritz i okolicach mimo niesprzyjającej aury okazał się nadzwyczaj ciekawy, zabytków i historii było sporo, a i okoliczności przyrody potrafiły zaskoczyć. Lubię tak niespodzianki i życzę wam byście jak najczęściej mogli odkrywać podobne fajności. Trzymajcie się, cześć!

Willa wielce przystojna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.