Cześć! Co byście powiedzieli na to by rok rozpocząć od wizyty w wiedeńskim Muzeum Historii Sztuki, wspaniałym bliźniaku odwiedzonego już wcześniej Muzeum Historii Naturalnej? Zdaję sobie sprawę, że w przypadku tego muzeum zmieszczenie się w jednym tekście zakrawa na porwanie się z motyką na słońce, ale postaram się choć pobieżnie (wcale nie, będzie długo 😛) rozpalić w was ogień i zainteresowanie jego zbiorami. Jesteście gotów na długi spacer po jednej z największych galerii sztuki na świecie?
Zacznijmy od rzeczy trywialnej. Zazdroszczę takim miastom jak Wrocław, Kraków czy Wiedeń. Zazdroszczę tej klęski muzealnego urodzaju, czegoś co z perspektywy małego Leszna jest czymś wręcz z innej planety. Podczas pisania tego tekstu wracałem myślami do wszystkich innych muzeów, które zdołałem odwiedzić w ciągu dwóch tegorocznych wypadów do stolicy Austrii. No i ludzie, przecież instytucji kultury wszelakiej, muzeów i galerii sztuki jest tam tak wiele, a jednocześnie są one tak różne, że z powodzeniem można by nimi obdarować kilka jak nie kilkanaście miast!



Poniższy wpis będzie pięknym (mam nadzieję) uzupełnieniem tego o bliźniaczym Muzeum Historii Naturalnej. Obie placówki są obłędne i absolutnie warte zatrzymania się i zatracenia na wiele godzin. A następnie powrotu doń na ponowne odwiedziny i zatracenie się na kolejne godziny. Kolekcje obu muzeów są bowiem tak przepastne, że zwiedzanie na raz potrafi fizycznie zmęczyć a natłok bodźców sprawić, że pod koniec nasze skupienie dalekie będzie od pożądanego. Wiem coś o tym bo jedno i drugie tak postanowiłem „ugryźć” – i choć oba spacery uznaję za diablo satysfakcjonujące to podzielenie ich na kilka krótszych wizyt byłoby wyjściem jeszcze lepszym… choć nie tanim już. W ogóle: jeśli w najbliższym czasie nie zamierzacie do Wiednia wracać i będzie to jedyna wasza wizyta w tym muzeum to warto, za radą Mai Michalak (z prześwietnego podcastu „Sztuka poza ramami”) rozeznać się w układzie sal i od razu uderzać tam, gdzie znajdują się interesujące was dzieła. Podziwianie ich „ze świeżą energią” to coś za co nie zapłacimy nawet kartą mastercard 😉


Tak jak Muzeum Historii Naturalnej od samego początku znajdowało się na szczycie mojej listy „do zobaczenia” w Wiedniu, tak sąsiednie-bliźniacze Muzeum Historii Sztuki z początku odłożyłem na bok. Co ciekawe nie z powodu braku zainteresowania jego zbiorami. To w końcu jedna z największych i najważniejszych galerii sztuki na świecie… I to właśnie owe gargantuiczne rozmiary przeważyły w kwestii zaplanowania wizyty styczniowej i odłożenia zwiedzania jednego z bliźniaków na rewizytę w maju. Wierzcie mi, na zwiedzanie każdego z tych muzeów można przeznaczyć bez mała 5-6 a może i więcej godzin tak więc sami wiecie, rozumiecie.

Muzeum Historii Sztuki (aka Kunsthistorisches Museum) to bez dwóch zdań jedna z najważniejszych galerii sztuki na świecie. To „dziecko” kolekcjonerskiego apetytu wielu pokoleń rodziny Habsburgów, którzy to przez kilka stuleci, mając wpływy i kontakty niemal w każdej części Europy (a z biegiem czasu i poza nią) zgromadzili niesamowicie bogatą kolekcję, obejmującą europejskich klasyków malarstwa, osobliwe artefakty gromadzone w dawnych Kunstkamerach, dzieła intrygujące sięgające starożytnego Rzymu, Grecji czy nawet egipskie mumie. Co więcej, finalnie zbiory okazały się tak… okazałe, że wybudowany specjalnie dla nich gmach nie mieścił ich wszystkich i dziś część kolekcji znajdziecie choćby całkiem niedaleko bo w Hofburgu, (m.in. stare instrumenty w Muzeum Światowym).


Tak jak Muzeum Historii Naturalnej powstało by zgromadzić w jednym miejscu przyrodnicze eksponaty z wielu pomniejszych kolekcji tak zadaniem Muzeum Historii Sztuki stało się zaopiekowanie kolekcjami skupionymi na sztuce. Największymi mecenasami byli Rudolf II oraz Leopold Wilhelm, ale i wcześniejsi jak i późniejsi władcy dołożyli swoje cegiełki. I z tych cegiełek złożony został imponujący, historyzujący, romansujący z włoskim renesansem gmach. Wraz z drugim, bliźniaczym, który już wcześniej mieliśmy okazję poznać. A pomiędzy nimi wygodnie rozsiadła się arcycesarzowa Maria Teresa, która w towarzystwie swoich generałów i doradców czuwa nad jednym z najważniejszych punktów wiedeńskiego Ringu. Nieomal pod sam budynek dostaniecie się tak metrem (linia 3, wysiadka na przystanku Volkstheater) jak i tramwajem (linie 1, 2, 71 przystanek Ring/Volkstheater).



Po przeprowadzeniu niezwykle wnikliwych badań (o metodologii opartej na spojrzeniu na kolejki :D) mogę stwierdzić, że MHS jest bardziej popularne niźli bliźniak i warto wcześniej kupić bilet w internecie – inaczej czekać was może całkiem długie stanie w kolejce.
Cena biletu, w stosunku do MHN jest też trochę wyższa, dorośli płacą 21 euro (Vienna City Card daje niesamowity upust do 20 euro). Niezmiennie korzystnie wypada Vienna Pass z którym muzeum zwiedza się za darmo (tak wiem, nie jest to faktycznie za darmo, ale rozłożenie ceny Vienna Pass na pojedyncze atrakcje zdecydowanie jest… atrakcyjne). Za darmo wejdą dzieciaki i młodzież poniżej 19 lat 🙂 Muzeum otwarte jest od wtorku do niedzieli (za wyjątkiem grudnia kiedy to czynne jest codziennie, nawet w święta!) Wszystkie ważne przy planowaniu informacje znajdziecie tutaj: https://www.khm.at/en/visit/besucherinformation/hours-admission/

MUZEUM HISTORII SZTUKI W WIEDNIU – BUDYNEK
W przepastnych zbiorach każdy znajdzie coś dla siebie, ale pierwszy zachwyt – podobnie jak w przypadku bliźniaczego muzeum – spotka wielbicieli architektury. Bo olbrzymi, otwarty w 1891 roku gmach sam w sobie jest już atrakcją. Za jego budowę odpowiadają Gottfried Semper i Carl von Hasenauer, ci sami architekci, którzy stoją za MHN, dlatego jeśli podziwialiście już sąsiednie muzeum to kilka rozwiązań już was nie zaskoczy. Choć nawet, jeśli pomysł na fasadę pozostaje ten sam to i tak frapujące jest wyszukiwanie znajdujących się nań postaci, symboli, alegorii. Śmietanka niemieckich i austriackich rzeźbiarzy naprawdę się postarała.



Czy jednak to przekroczeniu progu należy uważać na swoją szczękę? Absolutnie. Podobnie jak w MHN (wybaczcie te częste porównania, ale no nie mogę inaczej) foyer i klatka schodowa to dzieło sztuki w swojej własnej lidze. Trochę przytłaczające w swym bogactwie dzieło sztuki.

Pierwsze skrzypce gra tu marmur (biały, czarny i czerwony w przeróżnych konfiguracjach) i przebogate zdobienia ścian oraz sklepień zakończonych ukłonem w stronę chyba wszystkich habsburskich cesarzy-mecenasów, od Ferdynanda III po Franciszka Józefa I. Szczerze to na każdym piętrze przydałyby się wygodne pufy, na których można by się rozsiąść i powoli chłonąć każdy nowo odkryty szczegół – od mocarnej grupy Tezeusza poskramiającego Centaura, monumentalnej Apoteozy Renesansu po ścienne malowidła z końca XIX wieku wykonane m.in. przez młodych wówczas braci… Klimt. Tak, tych Klimtów.





Przepastne cesarskie zbiory zajmują przeszło 80 sal, dlatego naprawdę warto dobrze zaplanować zwiedzanie. Część z was dłużej zatrzyma się na parterze gdzie można przenieść się w czasie do starożytnego Rzymu, Grecji czy Egiptu (z jedną z największych na świecie kolekcji mumii), inni jak ryby w wodzie poczują się piętro wyżej w towarzystwie Bruegla Starszego, Vermeera czy kulinarnych „eksperymentów” Arcimboldo, z kolei jeszcze część z was pogna na najwyższe piętro zobaczyć jedną z największych na świecie kolekcji monet. Cóż, nas w tej ostatniej grupie nie było i bogatemu zbiorowi monet powiedzieliśmy „do zobaczenia kiedyś tam”. Pozostałe dwa piętra obejrzeliśmy jednak w pełnym skupieniu, co odbiło się trochę na finalnym zmęczeniu. Łapcie pomocne mapki a w międzyczasie zacznijmy spacer po najciekawszych eksponatach.
MUZUEM HISTORII SZTUKI W WIEDNIU – STAROŻYTNY EGIPT
Zwiedzanie zaczyna się od podróży do starożytnego Egiptu i dogłębnego poznania jednego z najważniejszych i nader emblematycznych elementów tamtejszej kultury – kultu śmierci. Historia spotyka się tu ze sztuką prowadząc nas tak przez ostatni ze złotych wieków, „Nowe Państwo” jak i czasy kiedy Numernabis musiał wybudować pałac dla Kleopatry. Znaczy się do czasów Egiptu jako rzymskiej prowincji.



Muzeum poszczycić się może niezwykłą, największą poza Egiptem kolekcją mumii, w zdecydowanej większości nie są one jednak eksponatami w gablotach a obiektami wnikliwych badań. Tym co jednak zachwyca są ich trumny, niekiedy sprzed 3000 lat, wciąż bogato zdobione i pełne symboliki, które dla znawców tematu są pewnie tematem niekończących się rozmów. Czy spacerując pomiędzy tymi trumnami, sarkofagami, stelami, rzeźbami bóstw i kapłanów, ścianami pokrytymi hieroglifami można poczuć się dr Henry Walton Jones Jr? Nie zaprzeczę.



MUZUEM HISTORII SZTUKI W WIEDNIU – ANTYK
Sale antyczne wjeżdżają z wysokiego C i już sama ich aranżacja robi wrażenie. Stylowe, zachwycające bogactwem sklepień zabierają w podróż po głównie rzeźbiarskim dziedzictwie starożytnej Grecji i Rzymu. I kurczę, ależ to jest kapitalne. Można nie wiadomo jak często spotykać się z antycznymi dziełami, ale i tak zawsze robią one robotę. Swoją drogą oglądanie tych niesamowitych płaskorzeźb, sarkofagów, mozaik czy diablo realistycznych rzeźb niejako rykoszetem wywołało u mnie potrzebę rozprawienia się z dawnymi uprzedzeniami (wbitymi do głowy w szkole) na temat średniowiecznego „odcięcia” się od antyku – co przecież przy patrzeniu na samą romańską architekturę wydaje się oczywistym błędem a dalsze odkrywanie Nicoli i Giovanniego Pisano czy dzieł pokroju Psałterza paryskiego tylko utwierdzają w przekonaniu, że nie takie mroczne średniowiecze jak je malują.



Antyczny zbiór to efekt tak kolekcjonerskiej „smykałki” Habsburgów, dalekich wypraw archeologicznych i nader częstych zakupów u znanych kolekcjonerów a w przypadku wielu dzieł rzymskich to tylko i aż pozostałości po północnych rubieżach cesarstwa sięgającego Austrii właśnie. Z Salzburskiej willi pochodzi choćby wspaniała mozaika zahaczająca o legendę o Tezeuszu. Wśród tych wszystkich delicji każdy znajdzie coś dla siebie: bogato zdobione sarkofagi opowiadające całe historie (walczące Amazonki czy też polowanie na lwy), rzymskie interpretacje klasycznych greckich mistrzów (Polikleta czy Myrona), drewniane portrety trumienne łączące tradycję rzymską z egipską, greckie wazy, dziesiątki pomniejszych rzeźb czy jeszcze więcej najwyższej klasy „drobnicy” w tym imponujących kamei pokazujących kunszt dawnych rzemieślników, a nierzadko po prostu artystów.




MUZUEM HISTORII SZTUKI W WIEDNIU – KUNSTKAMERY
A skoro przy „drobnicy” jesteśmy.
W XVI i XVII wieku na dworach władców, ale i pomniejszej arystokracji czy też po prostu u osób wpływowych (bądź chcących za takie uchodzić) zaczęły pojawiać się Kunstkamery, Gabinety osobliwości, protoplaści dzisiejszych muzeów, pełne wszelkiej maści eksponatów, tak pochodzenia naturalnego jak i dziel sztuki, im bardziej wyszukanych i nieoczywistych tym lepiej – edukacyjna wartość takich miejsc szła w parze z ich oryginalnością. Prym w kolekcjonowaniu takich kuriozów wiedli arcyksiążę Ferdynand II Tyrolski oraz cesarz Rudolf II, którego Kunstkamera w praskich Hradczanach uchodziła za jedną z najniezwyklejszych w Europie.




Dziś setki eksponatów pochodzących z kolekcji nie tylko wspomnianej dwójki zasila potężne zbiory MHS – wyroby z drewna, marmuru, brązu czy złota spotykają się tu z misternymi dziełami z kości słoniowej, bursztynu czy renesansowymi wariacjami na starożytne gemmy. Sam materiał to jednak tylko punkt wyjścia do tematyki czy po prostu osobliwości przedmiotów. I kurczę, przy niewątpliwych walorach artystycznych zbioru to właśnie tu poczuć można zmęczenie. Kolekcja składa się bowiem z przeszło 2000 eksponatów i nie jest możliwym skupić się na wszystkich. Dlatego pamiętajcie, warto zwiedzać na czillałcie. No chyba, że jesteście zbudowani z jakiejś lepszej gliny i cały dzień w muzeum wam niestraszny 😉



I zapewne to tylko moja nadinterpretacja, ale wydaje mi się, że osoby odpowiedzialne za gospodarowanie przestrzenią i układem sal doszły do podobnego wniosku i na kolejnym piętrze niemal w każdej większej sali można rozsiąść się na wygodnych pufach oraz kanapach i zwyczajnie odpocząć. Albo „klasycznie” pokontemplować? A może jedno i drugie? No nieważne, to co ma znaczenie to fakt, że na owym piętrze wyżej znajdziecie to co przyciąga tu chyba największą liczbę turystów i wielbicieli sztuki:
MUZEUM HISTORII SZTUKI W WIEDNIU – GALERIA OBRAZÓW
Przebogata, ale i rządząca się swoimi prawami kolekcja obrazów to zbiór wybitny, tak, że na samą myśl o nim przebiera się nogami z ekscytacji. Jest to przeto kolekcja dość wyjątkowa bo ugruntowana i ukształtowana przed bez mała dwoma stuleciami i od tamtego czasu niemal stała. To królestwo baroku, manieryzmu i renesansu a cezurę czasową stanowi tu XVIII wiek i niezwykle rzadko traficie na bardziej współczesne dzieła. Patrząc na kolekcję szybko można zdać sobie sprawę z tego, że w dużej mierze odpowiada ona zasięgowi cesarstwa Habsburgów (plus wszystkich spokrewnionych mocarstw) – szkoła wenecka, arcycudowny zbiór niderlandzki (a potem holenderski i flamandzki), niemiecki renesans w najlepszym wydaniu czy w końcu nawet i goście z Hiszpanii.

Pierwotnie zanim wszystkie dzieła trafiły do Wiednia zasilały prywatne kolekcje tak Ferdynanda II, ale i przede wszystkim Rudolfa II i Leopolda Wilhelma, których galerie w Pradze i Brukseli same w sobie robiły kolosalne wrażenie. I niczym Pierścienie u Tolkiena zbiory Habsburgów po kolei zaczęły przybywać do stolicy gdzie umieszczono je w jednym miejscu, pierw hofburskim Stallburgu, potem Górnym Belwederze a finalnie odwiedzanym przez nas muzeum.



Sale w liczbie 40 podzielone są na trzy grupy: malarstwo włoskie, hiszpańskie i francuskie (choć te ostatnie na palcach obu rąk można zliczyć :P); malarstwo niderlandzkie (a potem holenderskie i flamandzkie) i niemieckie; wystawy czasowe. I wiecie co jest najciekawsze? Potężne gabaryty i pokaźna liczba sal sprawiają, że spora ilość odwiedzających „rozlewa się” i nie ma (a w każdym razie ja nie miałem) sytuacji jak w Oslo przy „Krzyku” Muncha czy choćby w Belwederze przy „Pocałunku” Klimta, że trzeba odstać swoje by doczłapać się i całą krótką chwilę rzucić okiem w kierunku wielkich malowideł. Nope. Tutaj można stanąć przed Tycjanem, Rembrandtem i w samotności rozmawiać z dawnymi mistrzami. Ba, można nawet było oszukać system i stanąć oko w oko z jednym z tych Vermeerów, którzy w zeszłym roku nie trafili do Rijksmuseum na wielką wystawę jego prac.



Bez wątpienia perłą w muzealnej koronie jest największa na świecie kolekcja obrazów Pietera Bruegla Starszego, wielkiego niderlandzkiego mistrza, ale i niezgorszego obserwatora życia, socjologa o humanistycznej duszy, moralizatora. W poświęconej wyłącznie jemu Sali X znajdziecie nie tylko najsłynniejsze jego dzieło, „Wieżę Babel” ale i szereg innych. Co niezwykłe, nie towarzyszyły nam tłumy i można było w spokoju spoglądać na pełne detali obrazy – coś co 5 lat temu, podczas specjalnej wystawy poświęconej Brueglowi było niemalże niemożliwe. A sami wiecie jak ważne przy takim artyście jest to by móc się w nim zatracić. Co więcej, kolekcję możecie podziwiać i z domu – specjalny serwis umożliwia spacer 3D po Sali X i daje namiastkę tego co niesie za sobą wizyta w muzeum. A gdybym pół roku temu był mądrzejszy to zwiedzając tę salę na podorędziu miałbym podcast Otulina_o_sztuce, Aleksandry Janiszewskiej-Cardone, kustoszki malarstwa niderlandzkiego w warszawskim MN. Wierzcie mi, jeśli chcecie posłuchać o Sztuce Dawnej niderlandzkiej->holenderskiej->flamandzkiej to lepiej nie mogliście trafić.



I choć zbiory owej sztuki są tu absolutnie oszałamiające to jej nagromadzenie potrafi wyczerpać. Jak znalazł są wtedy sofy, na których można usiąść i odetchnąć. Lubię sobie wtedy posłuchać jak skrzypi podłoga, poobserwować ludzi i to jak zwiedzają, czy szybko, wolno, w skupieniu, roztargnieniu, z telefonem w ręku, z przewodnikiem, rozmawiając, w ciszy, czy nawet rysując…


Po kilku godzinach zwiedzania nie mieliśmy już zbytnio siły na ostatnie piętro, najmniejsze kryjące kolekcję zabytkowych monet. Inna rzecz, że Bartu mówi wręcz, że sale były tymczasowo zamknięte. Kurczę, zupełnie tego nie pamiętam. Choć może wszystko ma związek z tym, że poza monetami można tam trafić na wystawę monumentalnych kartonów do tapiserii przedstawiających kampanię Karola V przeciwko Imperium Osmańskiemu. Obraz, potężny i długi na naście metrów przedstawiający walki o Tunis potrafi skupić na sobie uwagę. Dodając do tego kruchość i wrażliwość materiału trzeba kiwnąć z uznaniem dla konserwatorów.

I cóż, to by było na tyle. Mam nadzieję, że nie zmęczyliście się i wyciągniecie z tego tekstu wiele pomocnych informacji, które sprawią, że wasza wizyta będzie udana. Pamiętajcie po prostu:
- by dobrze zjeść tak by mieć siły na wielogodzinne szwendanie się po salach,
- zawczasu przygotować plan interesujących was dzieł tak był w pełni sił móc się nimi cieszyć. Nieocenione w przygotowaniach do wizyty są wirtualne zbiory muzeum, które wraz z jeszcze dokładniejszą historią i ciekawostkami znajdziecie pod tym adresem: https://www.khm.at/
- zamówić bilet w internecie i nie tracić czasu w kolejkach,
Albo pójść na żywioł i dać się ponieść chwili. Niech każdy zwiedza jak chce, byleby obcowanie ze sztuką dawało satysfakcję 🙂




