Zalew Mietkowski i okolice. Spacer śladem urokliwych wsi, historii i widoków na Sudety.

Kiedy rok temu w czerwcu zawitałem do Imbramowic celem przespacerowania się okolicznymi wzgórzami nie spodziewałem się, że będzie to początek kapitalnej pętli wokół największego wodnego zbiornika Dolnego Śląska. Takoż się jednak stało i pora na trzecią, ostatnią część wędrówki wokół Zalewu Mietkowskiego. Czekają na was wszystkie dobrze znane nam dobra tych ziem: urokliwe wsie, dużo historii i zabytków, coś niecoś przyrody i Sudety, może i trochę w oddali, ale zawsze czuwające.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Spacerując wokół Zalewu Mietkowskiego musicie być gotowi na takie widoki. dacie radę? 😉

Jest coś niezwykłego w dolnośląskiej ziemi. Już samo planowanie wypadu tam powoduje ekscytację chyba większą niż powinno. Bo choć połączenie natury, historii, zabytków i pięknych widoków to domena nie przypisana tylko do południowego zachodu Polski to jednak właśnie tam ta kombinacja wydaje mi się najbardziej zbalansowana i ciekawa. No ale wiecie, to tylko takie pełne egzaltacji słowa człowieka, który wciąż nie poznał olbrzymiej części naszego kraju, nie ma pełnej skali porównawczej i po prostu ocenia to co do tej pory zobaczył (czy ja się tłumaczę? :P).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Wiosenny Dolny Śląsk 🙂

Zaczniemy ponownie w Imbramowicach, obierzemy jednak kierunek południowy. Tam to zachodni brzeg Zalewu przytulony jest do Wzgórz Imbramowickich, które starają się jak mogą by urozmaicić rzeźbę terenu Równiny Świdnickiej. I czynią to nad wyraz dobrze, będąc de facto pierwszymi pagór(k)ami, które napotkać można jadąc z Wrocławia. To bardzo fajne acz karygodnie często pomijane przez wielu miejsce. W trzech urokliwych wsiach, Pożarzysku, Siedlimowicach i Domanicach pokażę wam zabytki, różne, intrygujące, zadbane i te „trochę mniej” – nie ma się co dziwić, to granica Parku Krajobrazowego Doliny Bystrzycy, czyli terenu przebogatego w szlacheckie rezydencje Dolnego Śląska. Dojdzie do tego mini urbex i kolejna porcja fajowych spojrzeń na Sudeckie pagóry. Tych nigdy dość. Zaczynajmy.

POŻARZYSKO

Wzgórza Imbramowickie stanowią niewysoką acz zauważalną dominantę najbliższych okolic Zalewu. Ściśnięte pomiędzy rzeki Strzegomkę i Bystrzycę stanowią forpocztę Przedgórza Sudeckiego i według mnie zasługują na o wiele więcej uwagi niż dotychczas. Wcześniej wgramoliłem się już na najwyższy ich pagór, teraz pora ruszyć na południowy ich kraniec… choć bardziej niż po lasach hasać będziemy po tamtejszych wsiach.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Pożarzysko widziane z podejścia na Pyszczyńską Górę.

Pociąg do Imbramowic dociera bez opóźnień. Na dworcu widać zmiany, budynek do niedawna straszący przyjezdnych to już wspomnienie. W palącym przedpołudniowym słońcu lśni za to nowy, całkiem nowocześnie wyglądający. Widać pieniądz weń zainwestowany, super. Teraz przydałoby się ogarnąć drogę dojazdową bo tam dziur i kolein urodzaj nadzwyczajny.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Imbramowice po liftingu.

Lekko wijąca się droga prowadzi na niewielki pagórek, nieznacznie przekraczający 200 metrów a mimo to dość wybijający się ponad okolicę. Tam to, zauważając dość strategiczny charakter wzniesienia już w XII wieku wybudowany został kościół a nawet dwa – drugi, z okolic roku 1300 dotrwał naszych czasów. Gotycka świątynia św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Marii Panny choć w XIX wieku przebudowana, nie jest w stanie ukryć swojego wieku, potężny portal na dzień dobry mówi nam, że ma się do czynienia z budynkiem starym. Spojrzenie na okalający kościół kamienny murek i skryty w ich cieniu krzyż pojednania tylko potęgują to uczucie. Wykuty w krzyżu miecz zdradza tylko niewielki ułamek tajemnicy o zbrodni jaka setki lat temu musiała się tu wydarzyć…

Po chwili relaksu na huśtawce i kontemplowaniu widoku Pyszczyńskiej Góry warto przespacerować się po wsi. Nie dość, że urokliwa jest wielce to kryje również ciekawostkę. Zabytkową XVII studnię! Niepozorny ceglany budynek mieści w sobie głęboką na ponad 31 metrów studnię dworską, wykonaną pierwotnie tylko i wyłącznie z drewna – mechanizm to zaprawdę niemały. Wiekowa rzecz, przez długie lata wespół z podobnymi studniami było to główne źródło wody we wsi. A by uzmysłowić sobie co 31 metrów oznacza wystarczy wrócić na chodnik i przejść się wzdłuż całkiem sprytnego szablonu.

Budynek na co dzień zamknięty można odwiedzić po uprzednim kontakcie z sołtysem, zalecam.

SIEDLIMOWICE

Kierując się w stronę kolejnej wsi warto odbić kawałek w kierunku siedlimowickiej kopalni granitu. Rozpościera się stamtąd bardzo przyjemna panorama Sudetów z Trójgarbem na pierwszym planie i Karkonoszami na dalszym.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Trójgarb oraz Karkonosze widziane spod Siedlimowic.

Do samych Siedlimowic przybyłem by umartwiać się nad kolejnym zniszczonym i zaniedbanym dolnośląskim pałacem. Wieś jednak starała się jak najbardziej zaskarbić moje uczucia, wiekowe chaty pochodzą tam nawet z 1865 roku a mimo to prezentują się nad wyraz okazale! Zadbane, z ogródkami pełnymi kwitnących roślin. No bajka.

Historia siedlimowickich pałaców sięga XIV wieku, lecz dopiero o zniszczonej przez Szwedów w 1633 posiadłości można znaleźć dokładniejsze informacje. Na jej miejscu powstał barokowy dwór, który w XIX wieku dość znacznie przebudowała rodzina Kornów, nadając mu renesansowego sznytu. Familia śląskich wydawców i drukarzy rozbudowała go znacznie a okoliczne włości przemieniła w park krajobrazowy. Niezwykle urodziwe było to miejsce… Wszyscy jednak wiemy co miało nadejść.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Tak, historia (i ludzie przede wszystkim) nie obeszli się z pałacem delikatnie. 

II Wojna Światowa choć przetoczyła się przez okolice z impetem to pałac Kornów oszczędziła. Co jeszcze ciekawsze także Armia Czerwona zarządzająca po wojnie majątkiem nie uskuteczniła większego szabru. Wszystko wskazuje na to, że dopiero lata PGR-u oraz następująca po nich transformacja były powolnym acz systematycznym przyczynkiem do upadku dworu. Rok po roku pałac rozbierano, grabiono, niszczono, dewastowano…

Myślę, że Heinrich von Korn, największy dobrodziej siedlimowickiej rezydencji, wielbiciel historii, zabytków i sztuki chwyciłby się za głowę widząc dzisiejszą jego postać. Piękna niegdyś posiadłość przeistoczyła się w szkielet będący cieniem dawnej świetności… Jednakowoż to ten rodzaj ruin, które i tak w jakiś podskórny sposób robią wrażenie – najbardziej (pozytywnie) zaskakuje przebogaty portal, który jakimś cudem się ostał i nie podzielił losu rzeźb pałacowych lwów, które obecnie przyozdabiają inną posiadłość. Największe wrażenie robi jednak to co ocalało z wieży i twarze nań się znajdujące, zapewne rozmowa z Heinrichem na temat ich symboliki (jedna z twarzy to najprawdopodobniej Dionizos a i druga facjata również do greckiego boga należy) byłaby fascynująca.

A wiecie co jest najśmieszniejsze? To, że pałac jeszcze na początku lat 60 zachowany był w naprawdę niezłym stanie a mimo to nie „zasłużył” na wpisanie do listy zabytków. Zaszczyt ten kopnął tylko okalający go park.

Po sąsiedzku znajdziecie kapitalne dość miejsce, zabytkowy młyn! XIX wieczny, z zewnątrz stylowy, pruski mur, czerwona cegła a wewnątrz nie dość, że wciąż mieli się mąkę to dodatkowo sympatyczni właściciele udostępniają budynki zwiedzającym. Podczas odwiedzin można zobaczyć dość zabytkową a wciąż działającą maszynerię – młyn przeszedł długą drogę i dziś jest w pełni podporządkowany elektryczności. Miałem tego pecha, że wędrowałem tam w niedzielę i niestety było zamknięte, lecz rzućcie okiem na relację Dolnośląskiego Warsztatu by zobaczyć, że naprawdę warto pojawić się w godzinach funkcjonowania młyna, czyli od poniedziałku do piątku od 7 do 15 i soboty od 7 do 12.

DOMANICE

Siedlimowice i Domanice dzieli 3 i pół kilometra drogą asfaltową i dwukrotnie krótszy dystans jeśli wybierze się przyjemny spacer wzdłuż Bystrzycy. Szybki a ładny i zieleni pełen – wkracza się przeto na teren Parku Krajobrazowego Doliny Bystrzycy.

Wędrówkę tego dnia i odwiedziny w kolejnych wsiach mógłbym porównać do stopniowania słowa fajny. Każda miejscowość na trasie zaskakiwała czymś nowym, rozszerzając zarazem paletę ciekawostek i interesujących miejsc. Choć do Domanic dotarłem zwabiony obietnicą zobaczenia tamtejszego pałacu to powiem, że najbardziej zachwyciła główna ulica przecinająca wieś, pełna wiekowych i nade różnych budynków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Domanice, wieś yrokliwa.

Domanice to piękny przykład „ulicówki”, zadbane pochodzące z przełomu XIX i XX wieku gospodarstwa na przemian z nowszymi ciągną się przez wieś aż nagle klin między nie wbija pełnoprawna willa, dawniej należąca do rodziny Rossmannów przyozdobiona ongiś na rokokową modłę, w późniejszych latach m.in. siedziba Rady Gromadzkiej czy biblioteki. Dziś wciąż przykuwa wzrok choć dawny jej blask zdaje się przeminął. Po sąsiedzku znajdziecie kościół pw. Św. Anny, dobrze widoczny z drugiego brzegu Zalewu Mietkowskiego. To gotycko (początki)-barokowa (przebudowy) świątynia ufundowana w 1665 roku przez Ludwika von Monteverquesa, ówczesnego właściciela Domanic i okolicznych włości, jego portret znajduje się zresztą wewnątrz budowli. 

Rzut beretem od kościoła mieściło się niegdyś ewangelickie serce Domanic. Czasów dzisiejszych doczekały budynki dawnej pastorówki i szkoły, los łaskawy nie był dla początkowo szachulcowej świątyni, rozebranej po II Wojnie Światowej i opuszczeniu wsi przez niemieckich mieszkańców i wiernych.

Mijając pastorówkę docieram w końcu do celu. Tam czeka jednak niemiła niespodzianka…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Ilość tablic mówiących o prywatności terenu jest no spora 😉

Potężna bryła domanickiej rezydencji wzrasta na skalnym cyplu a prowadzi do niego dojazdowa dróżka wciśnięta pomiędzy przypałacowe zabudowania, spichlerz oraz budynek przyozdobiony płaskorzeźbą rydwanu, czyżby stajnia wraz z domem stangreta? No w każdym razie robię kilka kroków i powoli zbliżam się do pałacu by uchwycić go w całej okazałości kiedy nagle słyszę szczekanie. Takie z typu tych nie do końca pokojowych. Po chwili widzę, przy bramie obwieszonej informacjami o „Prywatności posiadłości” stoją dwa psy, warczą i szczekają. A ja jak być może wiecie dobre 25 lat temu miałem bliskie spotkanie ze szczękami jednego psa i rysa została, pewien rodzaj strachu siedzi i pewnie będzie siedział we mnie zawsze… Tak też całe obejście posiadłości stało się nagle dużo bardziej wymagające.

Pałac w Domanicach to w każdym razie budowla piękna, choć nadszarpnięta zębem czasu. Już w XIV wieku istniał tam zamek, przez kolejne stulecia wielokrotnie przebudowywany, rozbudowywany, przeistaczając się de facto w pałac – nadany w XIX wieku barokowy a potem klasycystyczny wygląd zachował jednak wiele z dawniejszego warownego charakteru posiadłości. O całkiem niezgorszym statusie wsi niech świadczy fakt, że właścicielem pałacu był m.in. syn pruskiego króla, Fryderyk Wilhelm von Brandenburg, pochowany w miejscowym mauzoleum. Dzięki niemu posiadłość poszczycić się mogła imponującą kolekcją witraży, tak zwanych gabinetowych, których część można dziś podziwiać we Wrocławskim Muzeum Narodowym. Co wydaje się dla nich dobre, bo miał się nimi kto zająć a nie wiadomo jak poradziłyby sobie pozostawione w pałacu, ten bowiem podupadał przez długie lata PGRu. Dziś znajduje się w rękach prywatnych i cosik się tam dzieje, mam nadzieję, że kiedyś będzie można podejść trochę bliżej a i psy usposobienie trochę łagodniejsze będą miały 😛

BRZEGIEM ZALEWU MIETKOWSKIEGO

Choć największy zbiornik wodny Dolnego Śląska teoretycznie cały czas był na wyciągnięcie ręki to praktycznie chował się wciąż za pagórkami i lasami. Dopiero za Domanicami ukazuje się w całej krasie a i bez problemu można podejść na samiuśki brzeg skąd da się podejrzeć na luziku żyjące ptactwo. Bardziej dziki fragment zalewu jest też trochę mniej „narażony” na odwiedziny ludzi, którzy – co naprawdę będzie dla mnie odwieczną tajemnicą – mają zwyczaj znaczyć swój teren śmieciami. Kilogramami śmieci, ba, nawet i tonami – jednego lata nad Zalewem zdołano zebrać 34 ich tony. Naprawdę? Ogarnijmy się. Nie ma koszy na śmieci, to zabiera się je ze sobą a nie wyrzuca gdzie popadnie :<

Od 2007 roku Zalew objęty jest programem Natura 2000. Dla wielu gatunków jest to przystanek na długich wojażach, dla wielu jest to miejsce o wiele ważniejsze, lęgną się tam mewy czarnogłowe czy rybitwy białoczelne a nawet bieliki. Dlatego, jak już zapuścicie się na brzeg to pamiętajcie, że nie jesteście sami. Zrobienie fajnego zdjęcia spoko rzecz, ale postarajmy się nie przekraczać pewnej może i niewidzialnej, ale raczej wyczuwalnej „strefy komfortu” ptaków.

Już pozostawiając kaznodziejski ton za sobą trzeba przyznać, że widoki z południowego brzegu są dość imponujące, od Pyszczyńskiej Góry i północnych krańców Wzgórz Imbramowickich, przez Borzygniew po nawet i Sky Tower daleko na horyzoncie. Trochę żałuję, że sezon rzepakowy dopiero startował i pola nie mogły w pełni zachwycać wszechogarniającymi żółciami.

CHWAŁÓW

I tak oto zawędrowaliśmy do Chwałowa. Nie mając świadomości, że mieści się tam dworek można przez wieś przejechać i nawet go nie zauważyć. Nie jest o to trudno bo z ulicy dość skrzętnie zasłaniają go drzewa. 

Chwałowski dworek jest niewielki jak i nie tak stary jak wiele posiadłości w okolicy. Najpewniej wybudowano go w drugiej połowie XIX wieku, kiedy to ziemie te były we władaniu znanej nam już skądinąd rodziny von Zedlitz. Dotrwał naszych czasów, ale sponiewierany przez lata powojenne jest dziś li tylko opuszczonym miłym dla oka budynkiem, trzymającym poziom dzięki podporom.

Drzwi do posiadłości były uchylone i skusiłem się by zajrzeć do środka. Towarzyszyło mi jednak jakieś takie uczucie by zbytnio się tam nie rozgaszczać i ledwo co zajrzałem to czmychnąłem na zewnątrz. A wnętrza choć ogołocone niemal ze wszystkiego to zachowały ślad dawnego stylu. Ach, jakże ładnie musiało tam ongiś być…

Pałacyk okazał się całkiem ciekawym, ale z racji pewnego nie do końca nazwanego uczucia niepokoju, które towarzyszą mi nieraz podczas odwiedzania opuszczonych miejsc dość szybko udałem się w dalszą drogę. A już 2 kilometry dalej dociera się do wału Zalewu Mietkowskiego. Czyli niezwykle popularnego „bulwaru” po którym spacerują naprawdę niemałe tłumy. Nie można się im jednak wiele dziwić bo panorama z wału jest naprawdę przednia i popołudniowo-wieczorne obserwacje Sudetów to rzecz nadzwyczaj klawa. Swoją drogą przysiadając na wałowych schodkach można poczuć się niemal jak w amfiteatrze. Aktorami Ślęża, Góry Sowie, Wałbrzyskie czy Karkonosze.

Spacer skończył się w Mietkowie i zamknął w 20 kilometrach marszu. Było to całkiem dobre postawienie kropki nad I, istne zwieńczeniem obejścia Zalewu. Te kilka wypadów pokazało, że okolice największego zbiornika Dolnego Śląska potrafiłby zadowolić chyba każdego bo i każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zaleca się:

  • poszwendać się po Wzgórzach Imbramowickich i wdrapać się na najwyższy ich pagór – Pyszczyńską Górę,
  • odwiedzić niezliczoną (no ok, zliczoną) ilość pałaców,
  • w Borzygniewie zrelaksować się na plaży, tudzież wynająć kajak i eksplorować Zalew z innej tej perspektywy,
  • zobaczyć jak wiele uroku mają dolnośląskie wsie,
  • oraz jak wiele historii one kryją,
  • podziwiać Sudety z mietkowskiego wału, 

Zalew Mietkowski poleca się!

5 myśli na temat “Zalew Mietkowski i okolice. Spacer śladem urokliwych wsi, historii i widoków na Sudety.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.