Siemka! Moi mili, nadeszła chwila by opuścić Tokio i ruszyć dalej. Powolutku będziemy przemieszczać się na zachód Japonii, jednakowoż zamiast klasycznej (mniej więcej) podróży wzdłuż starego traktu Tokaido dokonamy tego pokonując Japońskie Alpy. Zanim tam dotrzemy zatrzymamy się w miejscu magicznym, oferującym widoki tak ikoniczne jak tylko można. Zapraszam nad jezioro Kawaguchi gdzie zachwytów nad górą Fuji będzie bez liku, a punkty widokowe prześcigać się będą o naszą uwagę.

Mogę się założyć, że gdybym trafił na wyniki ankiety skierowanej do osób pierwszy raz podróżujących do Japonii „Co przede wszystkim chciałbyś zobaczyć?” to Góra Fuji znalazłaby się w większości odpowiedzi. I już nie ważne czy chodziłoby o to jedno tęskne spojrzenie z pokładu samolotu lecącego do Tokio, dachu tokijskiego drapacza chmur, kabiny mknącego shinkansena, bliższe spotkanie w okolicach któregoś z Pięciu Jezior czy po prostu wgramolenie się na najsłynniejszą i najbardziej ikoniczną górę Kraju Wschodzącego Słońca. Fuji-san jest symbolem i dla świeżaka wydaje się czymś co absolutnie powinien zobaczyć, dlatego też bez zawahania umieściłem święta górę na swej bucketliście, planując po pożegnaniu się z Tokio zaryzykować, z wyprzedzeniem wynająć pokój nad jeziorem Kawaguchi i liczyć na to, że piękny, ale kapryśny wulkan okaże się łaskawy, pozwalając się podziwiać choć przez chwilę.


Fuji-san ze swoimi 3776 metrami wysokości jest najwyższą górą Japonii. Jest też jednym z jej największych symboli, nie ma na świcie wielu szczytów bardziej tożsamych ze swymi „ojczyznami”. Obiekt kultu już w czasach starożytnych, po dziś dzień miejsce pielgrzymek, poszukiwań duchowych doznań, ale i zorganizowanych wycieczek turystycznych, w lipcu i sierpniu oficjalnie otwarta dla wszystkich chcących wejść na szczyt. Czynny, choć od trzech stuleci drzemiący stratowulkan, podręcznikowa stożkowata sylwetka, przez dużą część roku przykryta śnieżną perzyną, nieustanne źródło inspiracji dla kolejnych pokoleń artystów (zresztą, góra wpisana jest na listę Światowego dziedzictwa UNESCO jako „święte miejsce i źródło artystycznej inspiracji”) nieodłączny element prac najwybitniejszych drzeworytników okresu Edo, popkulturowy magnes. Piękna góra, którą zawsze chciałem zobaczyć na żywo.

JAPONIA: FUJI-SAN (富士山) – TANGO Z WARUNKAMI
I cóż, nie będę was trzymał w niepewności (w sumie pierwszy akapit wszystko sprzedał), ale w ciągu tego dnia czułem się trochę jak Hokusai i Hiroshige mający swoje „36* widoków na górę Fuji”. Oj tak, cudowny to był dzień choć przyznać trzeba, że takie z wyprzedzeniem zaplanowane polowanie na Fuji-san podciągnąć można pod rodzaj hazardu, wszak najwyższy szczyt Japonii jest niezwykle kapryśny i trafienie na dobre warunki do jego obserwacji to rzecz wielce loteryjna. Albo inaczej: w przepisie na zobaczenie góry Fuji są dwa składniki, które zdecydowanie mogą pomóc w uzyskaniu dobrego efektu końcowego, ale i tak najważniejszy jest trzeci: szczęście!
* – w przypadku wyselekcjonowanych do tekstu to 30.


Bo też owe dwa składniki pomocne są na papierze, ale rzeczywistość i tak może powiedzieć pas. Fuji-san najłatwiej wypatrywać późną jesienią i zimą – grudzień i styczeń charakteryzują się suchym powietrzem i dużą ilością słońca a to bardzo sprzyja dalekim obserwacjom – w roku 2024 w każdym z tych miesięcy trafiło się ponad 20 dni z naprawdę dobrą widocznością. Latem, kiedy wilgotność i temperatury szybują w niebo sytuacja jest odwrotna i najwyższy szczyt kraju często kryje się za pierzastą zasłoną. Na pomoc może przyjść pora naszych obserwacji i wedle wszelkich statystyk największe szanse na złapanie szczytu w pełnej krasie przypadają na wczesne godziny poranne, w okolicach wschodu słońca, tak od 6.00 do 8.00, i to niezależnie od pory roku. Jak się okazuje nie zawsze jest to takie oczywiste xd

I cóż, może i sam miałem tego porannego pecha, ale zaprawdę powiadam wam, polujcie na wczesne godziny, bo wtedy też – patrząc na stare drzeworyty oraz fotografie szczęśliwców ze wspaniałymi warunkami – trafić można na NAJBARDZIEJ NIEZWYKŁE ujęcia majestatycznej góry. Takie, które zostają z człowiekiem na zawsze.


Tygodniową prognozę warunkową (w skali od 1-10) znaleźć można tutaj, sam nie korzystałem a może zaoszczędziłbym sobie nerwów. Pogoda ma to do siebie, że nie działa wedle sztywnych reguł i potrafi płatać figle a w pierwszej połowie maja ad 2025 można było oczekiwać wszystkiego – poprzednie dni w Tokio utwierdziły mnie w przekonaniu, że you know nothing, Jon Snow. A czyste niebo podczas opuszczania stolicy zupełnie nie działało uspokajająco – każda pojawiająca się na horyzoncie, choćby najmniejsza chmurka diablo mnie stresowała i błyskawicznie (w głowie) urastała do rangi tej zwiastującej rychłe, pełne zachmurzenie. Kto wie, być może po spojrzeniu na prognozę spłynąłby na mnie większy spokój?

JAPONIA: JEZIORO KAWAGUCHI (河口湖) – BEZ DYLEMATU
Miejsc do podziwiania Góry Fuji jest bez liku, robić to można już z daleka w kilku miejscówkach Tokio, Yokohamy, Nishiizu na półwyspie Izu czy z plaż pod Kamakurą. Tyle tylko, że stamtąd repertuar kadrów (choć pięknych) jest dość ograniczony. Większą elastyczność oraz szerszy wachlarz ciekawych ujęć daje podróż w okolice Pięciu Jezior Fuji, leżących u stóp drzemiącego wulkanu. Yamanaka, Kawaguchi, Sai, Shōji i Motosu (widok znad tego ostatniego zdobił swego czasu banknoty 1000 i 5000 jenowe) które przylegają do Fuji-san od północy (i trochę wschodu jeśli idzie o pierwsze z nich) oferując chyba najciekawsze spędzenie dnia w cieniu najwyższego szczytu Japonii. Każde z jezior pochwalić się może czym innym i najlepiej byłoby przyjechać tu własnym autem na lekko 2-3 dni. Cóż, takiego luksusu nie miałem dlatego bez większego dylematu na swoją bazę wybrałem Fujikawaguchiko nad jeziorem Kawaguchi, gdzie po wypożyczeniu roweru planowałem zrobić rundkę wokół akwenu, zabawić się w Hokusaia i wpałaszować zupę Hōtō, przysmak prefektury Yamanashi.

Jezioro Kawaguchi oddalone jest od Tokio o 100 kilometrów z groszem i da się tam dojechać tak pociągami (połączenie mieszane Chuo Line z przesiadką w Otsuki na kolejkę Fujikyu) jak i autobusem Highway Bus, bezpośrednio z Shinjuku do Fujikawaguchiko. Bilet kosztuje 2200 jenów i warto kupić go z wyprzedzeniem bo te na najbardziej optymalne poranne godziny rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Jazda trwa 105 minut i zdecydowanie warto usiąść po prawej stronie auta, dzięki temu kiedy w pewnym momencie na horyzoncie ukaże się charakterystyczny stożek nie będziecie musieli robić zdjęcia komuś nad głową xd

Fujikawaguchiko jest miejscowością niewielką, posiada jednak wszystko co czyni zeń idealną bazę wypadową do jeziora Kawaguchi jak i wielu innych ciekawych miejsc rozsianych na terenie Parku Narodowego Fuji-Hakone-Izu. Jest jak dojechać, gdzie się przespać, gdzie zjeść, gdzie zrobić zakupy (w końcu to tu znajdziecie najsłynniejsze konbini w Japonii), gdzie wypożyczyć rower, gdzie podziwiać Fuji-san. Na wyciągnięcie ręki są szlaki w góry (w tym niespełna godzina jazdy do Fuji Subaru 5th Station, jednego z popularniejszych punktów startowych podejścia na świętą górę), świątynie i chramy a i szukający kulturalnych aktywności znajdą coś dla siebie. Nic więc dziwnego, że miasteczko wraz z całym jeziorem jest jednym z najpopularniejszych celów jednodniowych wycieczek autokarowych z Tokio. Przed tłumami łatwo jednak uciec i najlepiej zrobić to na rowerze.



JAPONIA: JEZIORO KAWAGUCHI – RUNDKA ROWEREM
Rower rowerem, ale wcześniej lepiej zrzucić plecak i zameldować się w guesthousie – wybrałem taki, oddalony od dworca o 5 minut spaceru. Bardzo fajny, w tradycyjnym domku z pokojem wyłożonym tatami, pięknym widokiem na ogród i całą kolekcją mangi Naruto 😀 Co zresztą nie dziwi bo okolica trochę z Naruto żyje – nieopodal (w sumie to zaraz przy następnym przystanku kolejki) znajduje się park rozrywki Fuji-Q Highland, którego duża część jest poświęcona popularnej serii. Nie trzeba jednak szukać tak daleko i jeszcze na dworcu kolejowym w Fujikawaguchiko spotkać można tematyczne ciuchcie kolejki Fujikyu, caluśkie (od zewnątrz, ale i wewnątrz) oklejone postaciami tak z Naruto jak i Boruto – no i powiem wam, że milusińskich z Akatsuki obserwujących każdy mój krok przy wsiadaniu do wagonu, to się nie spodziewałem 😀




Wypożyczalni rowerów znajdziecie w miasteczku kilka, pierwsza znajduje się tuż przy dworcu, ta z której sam skorzystałem niewiele dalej, na ulicy do dworca prowadzącej. Fujikanko jest agencją turystyczną i prócz organizowania wycieczek po Pięciu Jeziorach wypożycza rowery – i co najważniejsze robi to gładko i sprawnie, na wpół po angielsku, na wpół po japońsku całkiem szybko podpisałem papiery, dostałem pouczenie jak działa mój demon szos i po zapłaceniu 2500 jenów (cena za cały dzień za zwykły rower, 3000 za wspomagany elektrycznie, a 3500 za full pro elektryka) można było ruszać. Musiałem tylko pamiętać by do 17:00 wrócić – następnego dnia o 8:00 ruszałem już w dalszą drogę, biuro otwiera się o 9:00 i cóż trzeba było zacisnąć zęby i zwrócić dwukołowce tego samego dnia.


Jezioro Kawaguchi nie jest na szczęście akwenem przesadnie wielkim, linia brzegowa jest długa na niespełna 20 kilometrów tak więc w parę godzin spokojnej jazdy da się je całe obskoczyć, zatrzymać na milion zdjęć i jeszcze coś zjeść. Ta przejażdżka szybko jednak dała mi do zrozumienia, że warto wrócić tu na dłużej, tak by na pełnym luzie zobaczyć dziesiątki miejsc, które tym razem trzeba było odłożyć na bok. Najważniejsze było jednak: jak najszybciej wyjechać z miasta. Wierzcie mi lub nie, ale kiedy tylko przypomniałem sobie, że w Japonii obowiązuje ruch lewostronny i na skrzyżowaniu złapałem zawiechę pt. dlaczego wszyscy skręcają po hebrajsku to chyba dopadł mnie atak paniki. Taki tyci. Dlatego docierając jakoś do mostu Kawaguchiko-ohashi byłem przeszczęśliwy, od tego momentu było już z górki… choć tylko przysłowiowo, bo kilka bardzo delikatnych podjazdów się trafiło.


JEZIORO KAWAGUCHI: NA PÓŁNOCNYM BRZEGU
Most prowadzi na północny brzeg jeziora. To właśnie stąd widoki na Fuji-san są najbardziej imponujące. Stożkowaty wulkan to jednak tylko część wspaniałości, które można znad tej części jeziora podziwiać – wszystek zielonych wzgórz otaczających akwen robi nie gorsze wrażenie. A miejsc gdzie można zrobić postój jest tu tak naprawdę na pęczki.


Zacząć można już przy zjeździe z mostu. Tuż przy a nawet pod przeprawą jest niewielka, kamienisto-skalista plaża (a wśród drzew skryta jest niewielka kapliczka Ubuyagasaki). Nieopodal niej, tuż przy drodze jeśli będziecie mieć szczęście traficie na miejscowych rolników. A trzeba przyznać, że owoce z prefektury Yamanashi są wybitne, inna rzecz, że podobnie jak w całej Japonii ich ceny potrafią sprawić ból. Nic to, koszyk w rowerze do czegoś przydać się musiał i truskawki zajęły wygodnie dla siebie kącik.


JEZIORO KAWAGUCHI: PÓŁNOCNA PROMENADA
Wszystko co najlepsze zaczyna się na długiej na 1300 metrów promenadzie. Gdyby nie goniła mnie ta nieszczęsna 17:00 to rozsiadłbym się tam i napawał chwilą. Promenada wraz z przyległościami – w postaci kilku muzeów – wręcz namawia do tego by zwolnić. Co najciekawsze to z niej okoliczne wzgórza wręcz przysłaniają Fuji-san, grając pierwsze skrzypce.


Na jeziorze da się zobaczyć wędkarzy (ponoć niezwykle popularny jest tu okoń), na ławeczkach grzeją się staruszki, na niewielkiej plaży zdjęcie goni zdjęcie, poza goni pozę. Spotykam parę i on okazuje się Niemcem, ona Czeszką, długą chwilę gawędzimy o swoich stronach wymieniając się wskazówkami i doświadczeniami z dotychczasowych kilku dni. Wzdłuż ścieżki ciągną się wiśnie, wiosną z pewnością pięknie kwitnące. No kapitalnie jest.








JEZIORO KAWAGUCHI: MOMIJI-TEI i zupa hōtō
O tradycyjnej zupie prefektury Yamanashi czytałem już przed wyjazdem i na samą myśl o bliższym spotkaniu robiłem się głodny. Będąc już na miejscu pragnienie tylko wzrosło, dlatego trzeba było się zatrzymać i w popularnym lokalu sprawdzić „z czym to się je”.
Zupa hōtō opiera się na makaronie udo… ała! Przepraszam, zapomniałem – miejscowi nie zgadzają się, kiedy ich makaron nazywa się udon. A więc hōtō opiera się na płaskim, grubym pszennym makaronie, regionalnych warzywach (z dodatkami w postaci dyni lub grzybów), pysznej zupie miso i podawana jest w żeliwnym, naprawdę gorącym półmisku. Tradycyjne jest bezmięsna, ale często spotyka się warianty z wołowiną i taką też wersję wybrałem. Oczywiście w ramach obstawy ryż, kapitalne pikle, nowa wariacja na temat tofu i kirin 0%.

Zawsze boję się, że jakieś z dawna wyczekiwane danie mnie rozczaruje, dlatego pierwszą łyżkę wziąłem powolutku… ale przy następnych razach już obawy nie było. Kawał świetnej, pożywnej, rozgrzewającej tradycyjnej kuchni. A do tego samo miejsce bardzo fajne – w połowie lokalu można rozsiąść się na matach tatami przy niskich stołach, w drugiej siada się tradycyjnie „po zachodniemu”. Sam budynek widać, że wiekowy i stylowy, do tego zadbany. Chyba lepiej trafić nie mogłem. Polecam!
Od tego momentu północny brzeg można podzielić na dwie części: kilka maciupkich, kameralnych punktów widokowych, rozsianych wzdłuż spokojnej dość szosy i jeden mega popularny park, będący obowiązkowym punktem wycieczek objazdowych. Czy słusznie taki obowiązkowy?
JEZIORO KAWAGUCHI: OISHI PARK
Nie da się ukryć, że jeden z najpopularniejszych przystanków na północnym brzegu daje możliwość zrobienia jednych z najfajniejszych zdjęć z Fuji-san w roli głównej. Trzeba jednak jednak pamiętać o tym, że rzeczywistość kryje się tam tuż poza kadrem xd

No w każdym razie tak było podczas mojej wizyty, tuż przed 15:00. O rany, cóż to był za dramat. Wystarczyło zrobić krok do tyły i już trudno było znaleźć dla siebie miejsce, autokary przywoziły kolejne rzesze turystów, każdy każdemu przeszkadzał i frajdy zbyt wiele nie było. W sumie to po zrobieniu – nie powiem superowego – zdjęcia z kwitnącymi nemofiliami ruszyłem trochę pobłądzić, mając nadzieję znaleźć jakieś spokojniejsze miejsce. Dość szybko jednak zrezygnowałem z tego pomysłu, uciekając gdzie pieprz rośnie.


Myślę jednak, że Park Oishi zasługuje by dać mu szansę, tyle tylko, że najlepiej z rana lub wieczorem. Bo też rozległy ogród, wraz z posadzonymi weń niezliczonymi gatunkami kwiatów sam w sobie wygląda ciekawie i przy porannym, wschodzącym słońcu z pewnością prezentuje się zjawiskowo. A kiedy ot choćby na przełomie czerwca i lipca kwitnie lawenda, tudzież jesienią czerwieniami mieni się mietelnik to już z pewnością warto się tu wybrać. Byle tylko przed autokarami z wycieczkami 😉

Park i kwiecista promenada są darmowe i otwarte całą dobę.
I z racji tego, że WSZYSCY zmierzali podziwiać kwiaty to w innych, mniejszych punktach i punkcikach panowały pustki. Spotkanie jednej, dwóch osób to był maks. I tak jadąc na zachód (ale i kawałek jeszcze przed Parkiem) warto zatrzymać się w kilku miejscach. Objeżdżając pierwszy tunel traficie na niewielką plażę, zwaną hucznie Parkiem Nagasaki. Przyjemne, lekko na uboczu miejsce.

Trochę dalej zaraz przy szosie zauważycie sporej wielkości skałę. Warto poświęcić jej chwilę i zadumać się nad losem pewnej pary, nierozerwalnie z nią związanej. Otóż żyli sobie przed wieloma laty zakochani, on z południowego brzegu, ona z północnego, mieszkała tu całkiem niedaleka. Skała była miejscem ich spotkań, drogę doń chłopak zawsze pokonywał łódką, dziewczyna na skale rozpalała ogień, który będąc wybrankowi niczym latarnia. Jednej pechowej nocy podczas przeprawy rozpętała się burza, ogień zgasł a wzburzone fale pociągnęły chłopaka na samo dno. Nieświadoma tego dziewczyna przez kolejne dni przychodziła na skałę wypatrując jego przybycia. Dowiedziawszy się w końcu o jego losie pełna rozpaczy straciła chęć do życia i niedługo potem dołączyła do wybranka. Zjawiskowe miejsce, smutna historia.

Generalnie i zasadniczo, choć droga nr 21 od czasu do czasu będzie chciała odciągnąć was od brzegu to nie dawajcie za wygraną i trzymajcie się go ja nie wiem co. Bo też z każdym przejechanym metrem Fuji-san coraz bardziej chowa się za zielonymi pagórkami i warta jest każda chwila z rzutem oka na stożkowatą piękność. Swoją drogą, zielenie otaczających jezioro lasów są przeboskie i strach się bać jaki klimat musi panować tu jesienią na momiji.

Na jednym ze zjazdów można zrobić przerwę i rozprostować kości w formie trochę innej niż jazda – niewielki wzgórek oferuje krótki cardio-spacer na platformę widokową, która de facto sama w sobie prezentuje się ciekawiej niż widoki jakie oferuje. W czerwcu kwitną tu rododendrony, a wcześniej wiosną na pagórku oraz w parku poniżej pięknie prezentują się sakury. I wiecie co? Chyba trafiłem na marudera, jedną jedyną wiśnię kanzan, której ostatnie kwiaty nie przeminęły jeszcze z wiatrem. Yokatta!



JEZIORO KAWAGUCHI: POŁUDNIOWY BRZEG
Nad południowy brzeg jeziora dotarłem już stosunkowo późno, do zdania roweru pozostało nawet nie 90 minut. Południowa część Kawaguchiko jest o wiele gęściej zabudowana niźli północna, dlatego też znalezienie miejsc gdzie spokojnie można się zatrzymać jest o wiele trudniejsze. Kilka parków się jednak znajdzie i wraz z coraz ciemniejszymi chmurami pozwalały one na podziwianie całkiem dramatycznych krajobrazów. Koumi Park na ten przykład, popularne miejsce pikników, tego dnia klimatem nawiązywał do skandynawskich kryminałów, pobliska marina sprawiała posępne wrażenie, do oddalonego, sześciobocznego pawilonu Rokkakudo śpieszyli spacerowicze korzystający z możliwości dojścia suchą stopą – pora deszczowa przyniesie opady i uczyni z niewielkiego skrawka ziemi wyspę.



Spoglądając na mapę Fujikawaguchiko widać mnóstwo większych, ale głównie mniejszych świątyń i chramów – jeśli miałbym wam polecić odwiedziny w jednym to z pewnością byłby to chram Fuji Omuro Sengen (富士御室浅間神社), niepozorny acz dźwigający na swoich „barkach” 1300 lat historii.

Schowany wśród drzew chram poświęcony jest Konohanasakuya-hime, córce Liczyrze… znaczy się Oyamatsumiego–Ducha Gór, bohaterce legend, oswajającej wulkaniczny żar, sprawującej władzę nad wodami jeziora, matce przeklętych i ulotnych jak płatki sakury dzieci. Chramy poświęcone Konohanasakuya-hime są niejako poświęcone samej świętej górze przez co zwykło się ją nazywać boginią góry Fuji.


Historia chramu sięga 699 roku, dzisiejsze budynki rzecz jasna pochodzą z czasów dużo nam bliższych, XVII-wieczna hala główna, wybudowana pierwotnie na stokach wulkanu przeniesiona została w obecne miejsce całkiem niedawno, druga hala, w swoim kącie trwa od końca XIX stulecia. Na przestrzeni mijających wieków obecne jak i dawne budynki były świadkami historii wielkich i tych niegodnych wspomnienia, służąc wielu wielkim rodom, najbardziej chyba słynąc z poważania u rodziny Takedów i samego Shingena. Tego samego.

Miejsce to związane jest też z postacią Minamoto no Yoshimitsu, wielkim wodzem sprzed 900 lat, mistrzem łucznictwa konnego, jednym z „dziadków” prastarej japońskiej sztuki yabusame. To właśnie miejscowemu chramowi poświęcił on zwycięstwo w dopiero co zakończonej wojnie, a po dziś dzień, niejako w formie uhonorowania tego zwycięstwa, ale i owej sztuki walki co roku, 29 kwietnia w Parku Shikkogo (kawałeczek obok) obydwa się festiwal Katsuyama Yabusame. Oj, chętnie bym kiedyś zobaczył.

W końcu jest i on, najbardziej viralowy Lawson w Japonii, mekka instragramerów, jeden z wielu symboli problemu nadmiernej turystyki… a raczej tego jak niekiedy my jako turyści nie potrafimy zrozumieć prostych rzeczy. Bo też sprawa jest tu prosta. Mamy konbini, któremu za tło – o ile pogoda pozwoli – służy Fuji-san, rzecz to nawet ładna, przyjemna dla oka, i rozumiem dlaczego wiele osób chce zrobić tam zdjęcie. Czego nie rozumiem to jakieś lagi, które występują w niektórych głowach podczas próby zrobienia tychże zdjęć – blokowanie chodnika, stawanie na barierkach czy wbieganie na ulicę było tu swego czasu chlebem powszednim.

Lawson ten znajduje się w dość ruchliwym centrum Fujikawaguchiko i jest no sklepem tylko, a nie atrakcją turystyczną, nie ma więc – wraz z okolicą – infrastruktury do przyjęcia niemałych tłumów chcących miejsce to sfotografować, ALE a być może TYM BARDZIEJ nie usprawiedliwia to zachowania wielu osób i próby wchodzenia miejscowym na głowę. Miejscowe władze chyba nie do końca wiedziały jak sobie z sytuacją poradzić, próbowały walczyć z turystami stawiając materiałowe zasłony, ale chyba dały za wygraną i obecnie (poprawcie mnie jeśli się zmieniło) pozostawiły płachtę wysoką na 150 cm, która nie przeszkadza w zrobieniu zdjęcia, ale we wbiegnięciu na jezdnię już tak. No chociaż to – wbiegający nagle przed maskę „fotograf” to raczej ostatnie co każdy prowadzący auto chciałby tam zobaczyć. Co najzabawniejsze, miejscowy Lawson jest TYLKO JEDNYM Z WIELU konbini oferującym ciekawe spojrzenie na górę Fuji. Czemu tamte są mniej znane? Potęga virali jest nie do przecenienia. Jakkolwiek trzeba się zgodzić, że o wschodzie i po zachodzie słońca widok TEGO JEDNEGO jest zjawiskowy.

W maju podczas mojej wizyty również nie było lekko, choć tragedią bym tego nie nazwał. No, ale ogólnie fajnie by było jakbyśmy pamiętali, że chodzi tu tylko o zrobienie zdjęcia i można je zrobić z zachowaniem rozumu i godności człowieka. Polecam.
FUJIYOSHIDA: PAGODA CHUREITO (忠霊塔)
Późnym popołudniem, po zdaniu już roweru charakterystyczny stożek w końcu schował się za chmurami. Mimo to postanowiłem zaryzykować i podjechać na stację Shimoyoshida, skąd żabi skok do najsłynniejszej chyba miejscówki oferującej podziwianie Fuji-san. A co tam, może się przejaśni?

Kolejką Fujikyu z Fujikawaguchiko do stacji Shimoyoshida dostaniecie się w 15 minut. Jest to jeden z kilku przystanków w mieście Fujiyoshida, jest to też przystanek najbardziej nas interesujący bo leżący najbliżej wzgórza, na którym w latach 50 XX-wieku wzniesiono pięciopiętrową pagodę, upamiętniającą mieszkańców miasta poległych we wszystkich toczonych przez Japonię wojnach XIX i XX-wieku, będącą dziś – czy tego chce czy nie – jedną z największych atrakcji turystycznych nie tylko miasteczka, ale chyba i całego kraju. Bo też wielu bardziej emblematycznych duetów niż pięciopiętrowa budowa i stożek Fuji-san nie ma, no po prostu nie ma. I wiecie co? Kiedy tak mozolnie pokonywałem niekończące się schody, święta góra ponownie, niczym na zawołanie wyłoniła się zza chmur, towarzysząc już do końca spaceru. Tamtego dnia mogłem zagrać w totka, tyle było szczęścia!



Wzgórze Arakura wysokie jest na 1184 metry, jednak większość odwiedzających wspina się na nie więcej niż metrów 900, osiągając finalnie platformę widokową, z której rozpościera się ten JEDEN widok, dla którego się tu przyjeżdża. Zgrywam się oczywiście, Arakurayama Sengen Park skrywa kilka fajnych miejsc, daje możliwość zrobienia dobrego cardio (do pokonania są 398 schody) a także stawia na naszej drodze kolejny, prastary chram. Arakura Fuji Sengen o zmierzchu prezentuje się niezwykle klimatycznie, pusty dziedziniec spowodowany późną godziną wręcz zachęca do krótkiego postoju. Podobnie jak poprzednio wspomniany chram w Fujikawaguchiko, i ten należy do chramów Sengen, poświęconych Konohanasakuya-hime i górze Fuji – w całej Japonii znajdziecie około 1300 takich miejsc kultu.


No, ale nie ma co się oszukiwać, większość przybywających odwiedza to miejsce ze względu na widoki. Nie byle jakie i totalnie emblematyczne, w ciągu dnia potrafiące przyciągnąć prawdziwe tłumy. Ponad pagodą powstała niewielka platforma widokowa, taka trzy poziomowa i to na niej zazwyczaj spotkacie najwięcej ludzi – z niej też ustrzelić najbardziej ikoniczne kadry, więc w sumie nie ma się co dziwić. Wieczorem – a w każdym razie ja tak miałem – trafić można już maruderów i pary liczące na romantyczny spacer, jest kameralnie, fajnie, legancko tego. A jeszcze bardziej kameralnie jest na lewo od platformy, kilkadziesiąt metrów przy niewielkiej wiacie oraz – co w sumie odkryłem po powrocie, na mapach google – trochę wyżej, na osobnym, punkcie widokowym, a już najlepiej to na zawijasowej ścieżce doń prowadzącej, wygląda na to, że podczas kwitnienia wiśnie jest tam obłędnie!




Park i platforma widokowa są darmowe, dostępne przez całą dobę i absolutnie, warto się tu wybrać.
Wracając na pociąg do Fujikawaguchiko warto pamiętać, że po wyjściu z parku droga na stację nie jest wybitnie oświetlona i spaceruje się trochę jak w Silent Hill. Poza faktem, że na samej stacji było głośno jak cholera – nie wiem czy to cykady czy inne owady, ale potężna aria na tysiące „gardeł” była jedyna w swoim rodzaju.
Dworzec w Kawaguchiko również i nocą (a może tym bardziej) prezentował się zjawiskowo, skorzystałem też szybko z okazji i rzuciłem okiem na rozkład autobusów – kolejny dzień zacząć miał się dość wcześnie od autobusu właśnie, do Kofu, skąd pociągiem dotrzeć miałem do Matsumoto.
Z nadzieją na poranne podziwianie Fuji-san, jakiś czas potem położyłem się spać. Rano jednak przywitały mnie chmury i lekki deszczyk. Cóż, z pożegnania z pięknym pagórem nici, ale wspomnienia dnia poprzedniego zostaną ze mną na zawsze. A kto, wie może w przyszłości jeszcze tu wrócę 🙂

I cóż, najlepsze w tym wszystkim jest to, że to co wam dzisiaj przedstawiłem jest zaledwie ułamkiem tego co w okolicach Pięciu jezior Fuji można robić. W samym Fujikawaguchiko można udać się do kilku muzeów, wjechać kolejką na górę Tenjō z ciekawą platformą widokową, odwiedzić browary sake, podskoczyć do wspomnianego Parku Rozrywki Fuji-Q Highland. O mnogości atrakcji nad pozostałymi jeziorami nie nawet co pisać, tu zdecydowanie trzeba będzie wrócić!
Tymczasem na razie, i do następnego!


Jedna myśl na temat “Japonia: jezioro Kawaguchi i 30 widoków na Górę Fuji”