Pirenejing w Andorze: w błocie i duchocie doliny Incles

Drugi dzień w Andorze był paskudny. Wiało, padało, było chłodno, nieprzyjemnie, be! Było tak niefajnie, że nawet nie chce mi się o nim pisać. Wrócę jednak do tego dnia kiedy indziej – wszak w sobotę rozpoczęliśmy kulinarne przygody w najlepszej knajpce stolicy SnackBarze Domenech, oraz odwiedziliśmy piwną świątynię, La Birrerię 🙂 Dziś jednak pojedziemy pod francuską granicę by w błocie i duchocie nasycić się mroczną jesienią doliny Incles.

 

DSCF3313
Jesienna Vall d’Incles 🙂

Budzimy się pełni animuszu, jeden dzień zastoju wystarczy. Prognozy nie są wybitne, ale przynajmniej nie ma padać. Szybkie śniadanie, bieg na pierwszy możliwy autobus i już po ósmej mkniemy ku Soldeu na północno-wschodnie rubieże kraju. Jest to kurs daleki (jak na Andorę) dlatego płacimy po 3,30 euroLa Vellę zostawiamy zasnutą w chmurach, przed nami szare obłoki mieszają się z błękitem! Podróż pod granicę zajmuje bagatela 40 minut, mniej więcej tyle potrzeba by przejechać kraj wzdłuż 🙂 Zatrzymujemy się w „centrum” Soldeu, na placu pośrodku kolejnymi hotelami oraz zamkniętą informacją turystyczną. Jest niedziela, miasteczko świeci pustkami a my rozglądamy się za naszym szlakiem… i szlag nas trafia bo jedyne co znajdujemy to przełajówka ku Canillo, a to nas nie interesuje. Dlatego atakujemy spożywczaka gdzie przemiła sprzedawczyni oznajmia gdzie nasz szlak się zaczyna, daje nawet dokładniejszą mapę okolicy i… po chwili ratuje tyłek wybiegając za mną i krzycząc, że zostawiłem portfel na ladzie :O

Soldeu tętni życiem głównie zimą, to jeden z trybików potężnego kolosa zwanego Grandvalira, będącego jednym z największych ośrodków narciarskich w całych Pirenejach – ponad miliard euro wydanych  na budowę oraz rozwój ośrodka to nie w kaszę dmuchał. Ponad 200 kilometrów tras zgromadzonych pomiędzy kilkoma miasteczkami połączonymi gęstą siecią kolejek i wyciągów to nie lada gratka dla narciarzy.

Grand-Valira-from-Soldeu
Soldeu, dla alpejczyków raj :). Fot. The Travel magazine

Niestety latem/wczesną jesienią ogołocone z dużych połaci lasów stoki nie prezentują się tak okazale jak przykryte śniegiem. Smęty jednak na bok, idziemy szukać naszego szlaku, który rozpoczyna się tuż przed skrzyżowaniem dzielącym Soldeu od pobliskiego Tarter.

DSCF3115.JPG
Foloł de żółte kropki!

Tablica oznajmia „Estanys de Siscaro 2 godziny”. Kierujemy się zatem na żwirową ścieżkę, która szybko odbija w las gdzie zaczynamy wspinaczkę za żółtymi kropami. Deszcze poprzedniego dnia sprawiają, że posuwamy się w błotnistym błocie i na śliskich kamieniach. Jest jednak ciepło i las powoli oddaje zgromadzoną w sobie wodę. Dość szybko zaczyna być parno i duszno.

DSCF3124
Hej ho, po błotku by się szło 🙂

Las przez który się przebijamy pełen jest jesiennych barw, trawy rdzewieją, pojedyncze liściaste drzewa odbijają się czerwieniami na tle przeważających zielonych iglaków.

DSCF3125
Kolorowe lasy zawsze spoko.

Momentami błota jest tak dużo, że kombinujemy jak tylko się da by nie zaliczyć gleby, jakoś jednak nam się udaje i po dość mozolnym podejściu docieramy do skraju lasu skąd możemy podziwiać północne ściany doliny.

DSCF3137.JPG
Okno na Andorę, po lewej ‚ładny’ X wycięty pod narciarskie trasy.
DSCF3148
Ahoj dolino, ahoj Cap de la Tosa d’Entor

Naszej wędrówce towarzyszyły krowie placki, niemożebnie wielka ich ilość. Nie musieliśmy długo czekać by spotkać jedną czy dwie mućki wciśnięte pomiędzy pogięte drzewa – jak tam się dostały wiedzą tylko one. Najlepsze jednak przed nami, gdy na horyzoncie zaczynają wyłaniać się górujące nad rzeką Siscaro gołe szczyty natrafiamy na liczącą około dwudziestu sztuk przeszkodę. Niewielkie stadko krów i pilnujący je byk stoją jakby nigdy nic skubią trawę i ze znudzeniem się nam przyglądają. No ok, byk śledzi każdy nasz ruch. Brak jednego rogu dodaje mu powagi. By go nie drażnić nadrabiamy kilka metrów i po stromej ściance obchodzimy mućki. Byczek uznaje żeśmy nie groźni i odwraca się. Można iść dalej.

DSCF3160.JPG
Muuuućki 🙂

Dolina Incles ciągnąca się poniżej mieni się barwami jesieni, stoki mieszają się blednącą zielenią i coraz intensywniejszymi pomarańczami. Przez krótki odcinek błota ponownie przybywa, nie ma się  jednak co dziwić – ziemia musiała być tam bardziej nasiąknięta wodą bo tuż za rogiem otwierała się pomniejsza dolinka w której szeroko rozlewała się rzeka Siscaro. Potężne skały Tosa de Juclar wznoszą się nad doliną zamkniętą w polodowcowym kotle.

DSCF3170.JPG
Basses de Siscaro i podejście które omylnie uznaliśmy, że poprowadzi nas do jeziora Siscaro 😀

Dostrzegamy małe Refugi Siscaro, przy którym odpoczywa kilka osób (rekord jak na Andorańskie standardy!). Kierujemy się ku rzece, na odległym stoku zauważamy kolejne osoby, tłok normalnie. Każdy jednak podąża zupełnie innymi ścieżkami i nasze drogi nie krzyżują się. Chmury wiszą nisko i posępnie, kolejne krowy spokojnie skubią trawę a my ostrożnie ruszamy wzdłuż mokradeł dochodząc do sporawego gołoboża i schronu.

 

Odpoczywamy chwilkę, od „jeziora Siscaro” (haha, tak tak :)) dzieli nas jeszcze żmudne i kręte podejście. Refugi Cabana de Siscaró przy, którym przystanęliśmy było najmniejszym przez nas odwiedzonym jednak a i tak gwarantuje ono 10 miejsc do spania!

DSCF3198
Refugi Cabana de Siscaró.

To w tamtym momencie musiała złapać mnie jakaś pomroczność jasna ponieważ… aż do wczoraj uznawałem, że podejście którym ruszyliśmy dalej doprowadziło nas do bliźniaczych jezior Siscaro… a okazało się zupełnie inaczej 😀

DSCF3206
Wijąca się rzeka Siscaro
DSCF3208
No to w górę ku nie tym jeziorom co trzeba 😀

Kręta ścieżynka wiła się u podnóża Tosa de Juclar, rzeka szybko została za nami. Odległe szczyty powoli kryły się w chmurach, wokół nas było jednak jeszcze dość widno, mimo to przyśpieszyliśmy kroku.

DSCF3212.JPG
Ido chmury!

Po półgodzinie docieramy do „celu” wyprawy. Jeziorka mylnie wzięte przeze mnie za bliźniaki Siscaro znajdują się na niewielkim wypłaszczeniu przywodzącym na myśl zminiaturyzowaną dolinę Pięciu Stawów, taką w bardzo jesiennych barwach.

Rudawy…
…Pirenejskie.

W tych rdzawych okolicznościach przyrody wypijamy piwko zdobywców i zajadamy się batonami. Na przełęczy prowadzącej do Francji pojawia się postać, tak samo jednak szybko znika uznając zapewne, że lepiej poszukać innej drogi – stromizna ku jeziorom była no dość wielka.

DSCF3236.JPG
Mgła is comin’

Kiedy kończymy konsumpcję docierają do nas te ZŁOWROGIE chmury, które wcześniej krążyły na horyzoncie. Wraz z nimi przybywa chłód i wiatr. A zaraz potem lekki deszcz. Warun staje się nie do końca przyjemny, dlatego zaczynamy zejście 😉

 

 

DSCF3243.JPG
Spadamy, zaczyna piździć 😛

Mgła i chłód goniły nas dość uparcie. W dość ekspresowym tempie wróciliśmy pod schron, gdzie rozchodzi się kilka szlaków – w tym ten z wariantu GRP nad PRAWDZIWE jeziora Siscaro 😛 My wybieramy ten prowadzący ku Soldeu, biegnący doliną wzdłuż rzeki Siscaro do momentu w którym łączy się z Incles.

DSCF3260
Na krowach zła pogoda nie robi wrażenia.

Droga w dół jest dość stroma i błotnista, trzeba uważać by się nie ubabrać… znaczy się nie ubabrać się było niemożliwe, można było jednak zminimalizować obłocenie 😉 Rzeczka wiła się, momentami kaskadowała a wszystek mozołu schodzenia rekompensowały kolory lasu. Barwna zielono-czerwono-żółto-pomarańczowa mozaika zachwycała.

Błotniste zejście to około 45 minut marszu. Im bliżej dna doliny tym zieleniej, ale i cieplej – mgły pozostają wysoko w górach. Po przekroczeniu mostku i połączeniu rzek docieramy do zabudowań wieńczących dolinę, wielkiej restauracji, kilku tradycyjnych kamiennych chat i parkingu – od/do tego miejsca dojechać można wygodną asfaltową drogą z Soldeu.

DSCF3306.JPG
Jak się komuś nie chce iść to na koniec doliny dojedzie autem 🙂

Tam też kończy się wymagająca część wędrówki – zaczyna się za to, dość niespodziewany magiczny spacer wśród tysięcy jesiennych krokusów, które w olbrzymich ilościach wypełniły najszerszą polodowcową dolinę Andory. No i koni, których również spotkać można tam niemało. Ot, niespotykane a jakże cieszące oko.

Asfaltówką mijamy kolejne zabudowania, przed nami zaczyna malować się Soldeu i droga CG-2, jedna z głównych tras kraju prowadząca do stolicy. W małej budce na poboczu siedzą trzy Japonki… w japonkach co przy wcale niewysokiej temperaturze może dziwić 😉 Deszcz lekko zacina, ale na autobus wcale nie trzeba długo czekać. Ostatni raz oglądamy się na mglistą acz kolorową dolinę i ruszamy do ‚domu’…

DSCF3313

Dolina Incles okazała się tak mroczna jak magiczna,. Wejście w błocie i duchocie zrekompensowały niezwykłe widoki, które – ponownie – co ciekawe podziwiane były prawie wyłącznie przeze mnie z Bartem i góra dziesięciu innych wędrowców. Dziwne, no ale widocznie taka natura Pirenejów.

Bez tytułu.jpg
El mapa turistica 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.