Macedonia: kierunek południe

Krótka historia z macedońskimi środkami komunikacji w tle

Bezdeszczowy dzień nad jeziorem Matka wlał w nas nadzieję. Załamanie pogody nie mogło trwać w nieskończoność i mimo słów naszej gospodarz, że na południu w Ochrydzie jest jak zimą (16 stopni!) pełni nadziei czekaliśmy na poranek dnia następnego. Nasz entuzjazm ostygł trochę jak tylko się obudziliśmy – krople deszczu monotonnie uderzały w dach sąsiedniego budynku. Czytaj dalej „Macedonia: kierunek południe”

Macedonia: O Matko!

Każdy deszczowy dzień w Skopje kończyliśmy dogłębną analizą Macedońskich prognóz pogody modląc się choć o dzień bez deszczu. Kiedy w końcu jeden jedyny nadszedł wiedzieliśmy na co go przeznaczyć: Matkę! Wiadomo – matka jest tylko jedna, ale trzeba przyznać że Macedończycy mocno postarali się by każdy choć przez chwilę pomyślał inaczej. Czytaj dalej „Macedonia: O Matko!”

Macedonia: absurdalne Skopje

Stolica Macedonii okazała się tak absurdalna co intrygująca. Nasz samolot wylądował tuż po 23, tak więc byliśmy zmuszeni skorzystać z usług taksówkarzy, którzy ohoczo rzucili się na nas i współpasażerów. Odgórna cena – 20 euro za dojazd do Skopje, może i nie jest najniższa, ale w świetle tego co planował nasz taksówrasz wydaje się niezłą. Czytaj dalej „Macedonia: absurdalne Skopje”

Słowacki prolog do Macedonii

Jak tylko wybraliśmy Macedonię na cel naszej kolejnej wyprawy zaczęliśmy kombinować jak szybko i w miarę tanio się tam dostać. Własnym autem jechać nie zamierzaliśmy. Od razu odpadły loty wielkimi liniami jak Lufthansa, nie było sensu również tłuc się całą drogę w autobusie takiego Voyagera (bagatela 26 godzin!). Dlatego też skupiliśmy się na tanich lotniczych przewoźnikach jak Wizzair. Węgrzy nie oferują bezpośrednich lotów z Polski, dlatego też wynaleźliśmy lotnisko w Bratysławie z którego można dostać się do Skopje. Do samej stolicy Słowacji można dostać się na kolejne kilka sposobów, my wybraliśmy Polskiego Busa. Czytaj dalej „Słowacki prolog do Macedonii”

A miał człek przystopować…

Macedonia tuż za rogiem. Siedzi człowiek, popija nalewkę, zastanawia się czy wszystko spakowane/kupione. I przychodzi nagle rozkmina, powrót myślami do początku roku. Ledwo co ściągnięty z nogi gips, kuśtykanie o kulach i deklaracje: „O, w tym roku robię sobie przerwę, hurr dur, noga musi się zregenerować i bez sensu byłoby zrobić sobie kuku”.

I co z tych wielkich deklaracji zostało? Mamy wrzesień a tu okazuje się, że wliczając nadchodzące dni na Bałkanach, w tym roku za granicą spedzę/iłem prawie miesiąc czasu, co jak na moje standardy jest niezłym wynikiem. Co jeszcze lepsze, ani sekundy nie spędziłem na norweskiej ziemi, co mocno boli tę północną część mnie – chwile w Świątyni Wang w Karpaczu nijak nie rekompensują tego zaniedbania. Czytaj dalej „A miał człek przystopować…”