Cześć! To co, pierwsze koty za płoty i możemy już na poważnie ruszać ze zwiedzaniem Kioto? Nie słyszę sprzeciwu, zaczynajmy zatem. Północ Kioto* świątyniami buddyzmu zen stoi (nie żeby inne części miasta wybitnie odstawały w tej materii, no ale nie psujmy narracji) dlatego po wizycie w Daitoku-ji i doświadczeniu totalnie kameralnym przyszedł czas na całkowitą zmianę atmosfery. Zahaczając o listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO zajrzymy do jednego z najbardziej emblematycznych dla Kioto miejsc, świątyni Rokuon-ji znanej bardziej jako Kinkaku-ji, Złoty Pawilon. Tam, prócz autentycznego zachwytu samą świątynią pierwszy raz spotkam się z legendarnym tłumami, na szczęście szybko zostawię je za sobą odwiedzając kolejny rodzynek listy UNESCO, świątynię Ryōan-ji i tamtejszy – jeden z najsłynniejszych w całej Japonii – ogród suchego krajobrazu. Jak się okaże nie będzie to koniec świątyń zen tego dnia, a kropkę nad I postawimy na fajnym pagórze. Tak więc, będzie duchowo, tłocznie, pusto, zielono, fajnie.
* – trochę tu muszę oszukać, bo granice miasta Kioto podobnie jak w Takayamie wykraczają daleko poza teren typowo miejski i pisanie o nich nie jest jednoznaczne: tak więc, mając na myśli północ miasta piszę o północy zabudowanej, a nie o pagórach oddalonych 30 kilometrów od dworca głównego. No.

Kioto ze swym zabytkowym przestworem oceanu jest miastem idealnie skrojonym pod moje gusta. Kilka tysięcy zabytków, niemal dwa tysiące świątyń i chramów, 17 obiektów z listy Światowego dziedzictwa Kultury UNESCO, dziesiątki muzeów. Jest w czym wybierać i czym się zachwycać a żeby większość z tego zobaczyć, pewnie trzeba by w mieście po prostu zamieszkać. Nie mając takiego luksusu gros przybywających do miasta osób wybiera te najbardziej znane atrakcje. I cóż, częściowo wpiszę się w ten trend – grzechem byłoby nie skorzystać z okazji, spod Daitoku-ji do jednego z takich miejsc miałem raptem 15 minut spaceru.

Pierwszym naszym celem będzie jedno z najpopularniejszych (NAPRAWDĘ!) miejsc w Kioto, słynna świątynia Złotego Pawilonu, Kinkaku-ji, jak sama nazwa wskazuje słynna z tego… że jest złota. Serio. I absolutnie nie jest to żaden chwyt marketingowy – jak w przypadku tych wszystkich słodyczy o smaku matchy, z zawartością ekstraktu ze sproszkowanej herbaty na poziomie 0,1% – a fakt (autentyczny!) w postaci pawilonu o elewacji pokrytej 20 kilogramami płatków złota, którego odbicie w wodach miejscowego stawu stanowi jeden z najsłynniejszych pejzaży dawnej stolicy.

KIOTO: KINKAKU-JI, ŚWIĄTYNIA ZŁOTEGO PAWILONU (金閣寺)
Kinkaku-ji jest jedną z najsłynniejszych świątyń buddyjskich w Kioto, i jednym z tych miejsc, które warto odwiedzić, tak by na własne oczy przekonać się za czym kolejki tu stoją. A stoją codziennie. Choć nie o każdej porze. Będę szczery, podejrzewałem, że deszczowa (jeszcze przed chwilą) pogoda sprawi, że standardowy sznur ludzi do świątyni będzie skromniejszy. Cóż, szybko okazało się, że pochmurna aura raczej mało kogo odstraszyła i po bilet trzeba było odtuptać swoje.

No dobrze, ale cóż takiego wszystkich tu przyciąga? Złota elewacja, dramatyczna historia, piękny ogród? Myślę, że każde po trochu.
Wszystko zaczęło się od willi. A nawet dwóch. O pierwszej, należącej do miejscowego arystokraty Saionji Kitsune, pamiętają przede wszystkim kronikarze i miłośnicy historii, trzeba jej jednak oddać to, że to na jej reliktach powstała druga. A bez niej, wybudowanej w XIV-wieku przez ówczesnego sioguna, Yoshimitsu Ashikage, jak to mawiał wieszcz „nie byłoby niczego”. Powstała dla Yoshimitsu willa była przepastna, piękna, wspaniała i spokojnie mogła konkurować z pałacem cesarskim. W jej centrum znajdował się staw i pawilon, trzypoziomowy, o kondygnacjach wzniesionych w trzech różnych stylach, złoconym najwyższym piętrze i pięknym feniksie na szczycie. Przez kilkanaście lat willa była politycznym sercem siogunatu i zdawać by się mogło, że będzie nim przez kolejne dziesięciolecia, pisany był jej jednak inny los – wraz ze śmiercią Yoshimitsu, zgodnie z jego wolą, willę… przekształcono w świątynię buddyzmu zen.


Wraz z nadaniem Yoshimitsu pośmiertnego buddyjskiego imienia Rokuon-in ochrzczona została i świątynia. Rokuon-ji do dziś jest jej oficjalną nazwą… ale nie oszukujmy się, to jej złote alter ego, pochodzące od Kinkaku, Złotego Pawilonu – pełniącego rolę Shariden, sali relikwiarzy Buddy – zaskarbiło sobie sympatię kolejnych pokoleń.

Przez kolejne stulecia świątyni nie oszczędzały nieszczęścia, tak te w postaci ludzkich namiętności (czyt. Wojny Onin) jak i katastrof bardziej naturalnych – ogień trawił kolejne budynki kompleksu, ale sam Złoty Pawilon trwał niewzruszony. Aż do tragedii roku 1950, kiedy to młody mnich w niezrozumiałym szale podłożył pod budowlę ogień a niedługo potem targnął się na swoje życie. Pawilon niemal doszczętnie spłonął, mnich przeżył, życie odebrała sobie za to jego matka, przygnieciona poczuciem winy i wstydu. Sam nieszczęśnik, posądzany o problemy psychiczne, chory na schizofrenię, zmarł na gruźlicę kilka lat później.

Pawilon jak się domyślacie został odbudowany, choć o zgrozo padł nawet pomysł by przywrócić go w formie nie drewnianej a żelbetowej rekonstrukcji. Całe szczęście postanowiono trzymać się szlachetnego, oryginalnego materiału, a co więcej, nowy budynek doczekał się złocenia nie na jednym a dwóch najwyższych piętrach. Trochę mnie to ostentacyjne złoto w świątyni zen zastanawiało, ale może to i prawda, że warto spojrzeć nań szerzej, nie jak na estetyczny kaprys a symbol czystości (umysłu) i przemijalności. I całkiem praktyczną warstwę ochronną przed wiatrem i promieniami słonecznymi. Budowę rekonstrukcji zakończono w 1955 roku, 32 lata później dwa piętra przykryto nową warstwą złota i laki a w 1994 wraz z 16 innymi obiektami Starego Kioto świątynia wpisana została na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Jej przyszłość w roli pierwszoplanowej atrakcji miasta została przypieczętowana.



Teren świątynny jest całkiem spory, ale dla większości odwiedzających liczy tylko jego fragment – staw Kyōko-chi (鏡湖池) oraz nasza gwiazda, wzniesiony przy jego brzegu Złoty Pawilon. Jestem w stanie to zrozumieć bo widok to wielce imponujący, nie tylko z oficjalnego punktu widokowego, ale i wielu innych przystanków w ogrodzie. Porosłe mchem kamienne wysepki, rosnące tu i tam sosny wszelakie, ściana drzew liściastych na drugim planie i ta złota, odbijająca się w wodzie, trzypoziomowa konstrukcja to widok za jaki można zapłacić 500 jenów. Zwłaszcza na pierwszym punkcie widokowym warto zacisnąć zęby, wyczekać swoje i zrobić kilka klasycznych zdjęć. Mając to za sobą można już na spokojnie ruszyć dalej, odnaleźć swoje tempo, pozwolić mijać się kolejnym grupom, nieśpiesznie wyszukiwać mniej banalnych kadrów. Wielce to satysfakcjonujące i paradoksalnie relaksujące.





Ogród świątynny jest książkowym przykładem ogrodu spacerowego. Jest ścieżka, tupta się nią i podziwia. Pięknie tu wszystko zaaranżowano, zieleń aż bucha z każdego kąta (a jesienią to musi być miazga), wraz z rozsianymi po stawie wysepkami tworząc pejzaż, któremu na drzeworytach uwagę poświęcił ot choćby Utagawa Hiroshige. Tu i tam czaple, niczym gwiazdy na czerwonym dywanie pozują do zdjęć, co chwila rozbrzmiewa brzdęk monet rzucanych przy rzeźbach Jizo, być może komuś przyniosą one szczęście. Jakby co, to ławeczek nie doświadczycie niemal na całej długości ścieżki (jednokierunkowej swoją drogą), tak zawczasu ostrzegam – na możliwość odpoczynku trzeba poczekać do końca spaceru, kiedy to spocząć można np. na matach tatami w herbaciarni Fudogama Cha-dokoro, popijając matchę i zajadając małe słodkie co nieco.




I co? No udało się przeżyć i choć momentami tłok był naprawdę spory to w porównaniu z kilkoma innymi miejscami (które później odwiedziłem) okazało się nie tak źle jak się spodziewałem. Jeśli coś mogę wam podpowiedzieć (kierując się radami innych) to warto przyjść tu chwilę przed zamknięciem bram, po godzinie 16.00, wedle wielu relacji jest już luźniej – rano z kolei, kolejki ustawiają się jeszcze przed otwarciem więc wiecie, rozumiecie.
Świątynia otwarta jest cały rok od 9:00 do 17:00 a bilet wstępu kosztuje 500 jenów. Dostaniecie się tam autobusami nr 12, 59 czy 205.
I gdybym chciał to i dalej mógłbym ruszyć jednym z tych autobusów, ale włączyło mi się szwendanie i do świątyni Ryōan-ji postanowiłem zwyczajnie podejść. To raptem 15 minus spaceru.
KIOTO: ŚWIĄZYNIE RYOAN-JI I SŁYNNY OGRÓD SUCHEGO KRAJOBRAZU (龍安寺)
Ryōan-ji jest jedną z najsłynniejszych świątyń zen w Kioto a tamtejszy ogród suchego krajobrazu uchodzi wręcz za ikoniczny i emblematyczny dla tego rodzaju ogrodów, od 1994 razem z Kinkaku-ji (i kilkunastoma innymi obiektami) znajduje się na liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Z tego powodu wiedziałem, że idę do miejsca raczej niebanalnego, ale co gorsza niezwykle popularnego. Obawiałem się trochę, że sława odbierze świątyni jej – w zamierzeniu – kontemplacyjny charakter, na szczęście okazało się, że tego dnia o tej godzinie (było po 15) chyba wszyscy turyści w okolicy uznali, że wolą zobaczyć Złoty Pawilon niźli 15 kamieni ułożonych na białym żwirze – normalnie, ulga, że weź! A wierzcie, potrafi być tam tłoczno – najluźniej jest tam zaraz po otwarciu i przed zamknięciem świątyni (czynna jest od 8:00-17:00).


Ryōan-ji jest świątynią o ponad 500 latach burzliwej historii, podobnie jednak jak i Kinkaku-ji jej początki sięgają czasów wcześniejszych kiedy to ziemia ta służyła za wille dla miejscowych arystokratów. Powstanie świątyni zawdzięczamy Hosokawie Katsumoto, w swym czasie samurajowi niezwykle wpływowemu i potężnemu, nic jednak nie mogącemu poradzić na chaos wojny Onin, podczas której cały kompleks puszczono z dymem. Wielokrotnie odbudowywana, przytulona do niewysokich wzgórz na północy miasta stanowi dziś niezwykle przyjemne i naprawdę piękne miejsce, a przepastny ogród-park otaczający główną część kompleksu idealnie nadaje się na wyciszający spacer. Tam, w odróżnieniu do kamiennego ogrodu – z nieznanych i niewytłumaczalnych dla mnie powodów – mało kto się zapuszcza. A to błąd bo park/ogród jest kapitalny, soczyście zielony, i jeśli zmęczył was spacer wokół stawu w Kinkaku-ji to tu odnajdziecie spokój.





Hosokawowie, wielcy patroni sztuki, wspierali świątynie przez kolejne stulecia, wspierają i… dziś – zwiedzając wnętrza Głównego Pawilonu miałem przyjemność podziwiać 32 przesuwne panele fusuma pokryte malunkami Hosokawy Morihiro, w latach 90… premiera Japonii!, który po zakończeniu kariery w polityce, w pełni oddał się sztuce. Ach, piękne malowane tuszem fusuma-e, niezwykle dynamiczne, imponujące. Niegdyś wnętrza Hojo pełne były malowanych paneli, wiele z nich przepadło (tudzież zmieniło lokalizację) jednak podczas burzliwych, antybuddyjskich czasów restauracji Meiji.


No dobra, ale umówmy się, to nie klasyczny ogród/park czy piękne przesuwne panele przyciągają tu tłumy. Sprawca całego zamieszania zamyka się w prostokącie 25×10 metrów i wysypany jest białym żwirem, na którym rozmieszczono 15 większych i mniejszych kamieni. Ogród suchego krajobrazu, rzecz na wskroś minimalistyczna i z pewnością symboliczna… przy czym symbolika owa pozostaje tu tajemnicą.

Kamienie rozmieszczone są w grupach i kto wie czy przedstawiają górskie szczyty wystające ponad perzynę chmur czy też archipelagi wysp rozsiane po morzu. Twórca powstałego na przełomie XV i XVI-wieku ogrodu zadbał o to by niezależnie, z którego kąta się spojrzy to nigdy nie dostrzeże się wszystkich kamieni, jeden zawsze umykać będzie naszemu wzrokowi. Czy kryje się za tym wysublimowana alegoria mozolnej drogi do oświecenia, czy może coś o wiele bardziej trywialnego? Nie mam pojęcia i to według mnie stoi za popularnością tegoż ogrodu. Bo czyż nie ma wspanialszego ogrodu zen niźli taki będący czystym uosobieniem koanu, zagadki, którą mistrz zadaje uczniowi? I nasze próby rozszyfrowania idei stojącej za kompozycją 15 kamieni są tu kluczowe. I co najfajniejsze, myślę, że nie ma tu jednej dobrej odpowiedzi i w tym tkwi siła tego miejsca.


Osobną kwestią jest to, że popularność ogrodu wpływa na to, że o ironio ciężko tu o naprawdę odpowiednie warunki do spokojnej jego kontemplacji. Co w połączeniu z ciekawą, ale minimalistyczną kompozycją może u niektórych zakończyć się pewnego rodzaju rozczarowaniem. Mam nadzieję, jednak, że przyjdziecie tu z otwartą głową i zgodnie z maksymą zdobiącą miejscowy tsukubai (kamienną misę, zbiornik do obmywania, oczyszczania przed chociażby spotkaniem herbacianym) docenicie to co macie, co daje wam los i nie zawiedziecie się tym miejscem 🙂

Świątynia otwarta jest cały rok, od marca do listopada (8:00-17:00), od grudnia do lutego (8:300-16.30). Bilet wstępu kosztuje 600 jenów. Dojedziecie tam autobusem nr 59.
Świątynię opuściłem koło godziny 16:00 i za bardzo nie miałem planu co dalej. Oprócz tego, żeby coś przekąsić. Już nie pamiętam czy przypadkiem, czy jednak rzuciłem okiem na mapę, ale ruszyłem na południe. Okolicą spokojną i cichą, pełną małych knajpek serwujących wszystko co się da. W taki sposób dość przypadkowo trafiłem do przybytku zwanego Rugger 15, malutkiej przytulnej knajpki (wyglądającej jak kuchnia z aneksem), w której starsza pani przyrządza okonomiyaki, takoyaki, yakisobę i curry. To całe menu. Jedzonko smaczne, ale to co mnie tam zatrzymało wisiało na ścianie – okazało się bowiem, że syn właścicielki jest wielkim fanem rugby i drużyny Nowej Zelandii a na moje pytania o plakaty All Blacks dostałem – oprócz samej odpowiedzi – taką dawkę „Nihongo jouzu” (日本語上手), że aż mi się głupio zrobiło ;p



Tuptając na południe dotarłem w końcu do ostatniego tego dnia kompleksu świątyń buddyzmu zen. Tu całkowicie nie planowałem dotrzeć, ale zajrzałem. I choć było już po godzinach otwarcia samych pod-świątyń to można było przespacerować się między nimi, zaglądając tu i ówdzie.
KIOTO: ŚWIĄTYNIA MYOSHIN-JI (妙心寺)
Gdybym za każdy kompleks buddyzmu zen powstały na terenie dawnej arystokratycznej willi dostał złotówkę to już tego dnia uzbierałbym już 3 złote a do końca wizyty w Kioto jeszcze coś by doszło. Historia Myoshin-ji sięga XIV wieku i wiąże się z willą cesarza Hanazono, władcy, który po 10 latach rządzenia (no powiedzmy) zrzekł się tronu i wstąpił na ścieżkę mnicha zen. To zgodnie z jego wolą teren willi przekształcono w kompleks świątynny, dość podobny w układzie do Daitoku-ji, z centralnym placem przeznaczonym dla Hali Buddy czy Głównego Pawilonu oraz labiryntem ścieżek prowadzących do poszczególnych, odgrodzonych od siebie murami pod-światyń.



Dość późna godzina i pochmurne niebo sprawiły, że byłem tam niemal sam. A jak już spotkałem parę Belgów z przewodnikiem to skończyło się na rozmowie o świątyniach buddyjskich, europejskich kościołach i wojnie. Takie tam klasyczne pogawędki. Spacerując pomiędzy kolejnymi pod-świątyniami żałowałem, że nie zjawiłem się tu trochę wcześniej, choć z drugiej strony nie wiem czy zdołałbym wystarczająco docenić to miejsce. Anyway, w formie takiej jakiej dane mi było Myoshin-ji odwiedzić zapamiętam ją jako różnorodną i wartą powrotu, kiedyś, tak by na spokojnie zanurzyć się w jej ciekawostkach – które jak czytałem warte są zobaczenia. Na tę chwilę łapcie jeszcze kilka zdjęć z „zewnątrz”.



I tak dotarłem do miejsca o istnieniu, którego nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, a które idealnie spięło ten pierwszy, rozgrzewkowy dzień w dawnej stolicy.
KIOTO: PAGÓR NARABIGAOKA (双ヶ丘)
Topografia Kioto jest – zdawałoby się – prosta, miasto rozciąga się na terenie dość płaskiej kotliny oraz okolicznych wzgórzach, wedle schematu: im dalej od centrum tym bardziej pagórkowato, zielono i mniej zurbanizowanie. Dlatego dość zaskakującym było spotkanie, zaraz po opuszczeniu terenu Myoshin-ji, całkiem fajnego i zielonego pagóra, wyrastającego nad mieszkalną okolicę o ponad 50 metrów.
Narabigaoka (tudzież Futago-oka, naprawdę ciężka było znaleźć informacje rozróżniającą te nazwy) niczym wyspa pośród niskiej zabudowy, jest jednym z kilku takich rodzynków tej płaskiej części miasta. I jeśli będziecie mieć możliwość wgramolić się na któreś z kiotyjskich wzgórz w centrum miasta to zróbcie to bez wahania, w 5 minut przeniesiecie się w środek lasu. Z ubłoconą ścieżką, ostrym podejściem na szczyt i kapitalnymi zeń widokami. No naprawdę zaskoczenie nr 1. Narabigaoka tak swoją drogą prócz tego, że okazała się pagórem przyjemnym (na którym można się było szybciutko zgrzać) ma też historię sięgającą czasów Heian-kyō, będąc miejscem pochówku wielu wpływowych arystokratów sprzed i zaraz po ustanowieniu tu stolicy. Dziś nikogo już się tam nie chowa, teren to wybitnie rekreacyjno-widokowy a pochmurne, popołudniowe niebo idealnie sprzyjało klimatycznym kadrom.




I w tym miejscu zakończymy nasz spacer. Ja na północno-zachodnim krańcu miasta bawiłem się przednio, cudowna była ilość zieleni, tłumy też na szczęście przeszkadzały tylko przy Złotym Pawilonie, w innych miejscach pozwalając cieszyć się ciszą i spokojem. I chyba takiego Kioto wam życzę, pięknego, ale nie obleganego, i przede wszystkim zielonego. Natura zawsze robi dobrze.


