Moi mili! Nadszedł dzień, w którym zostawiamy za sobą góry i W KOŃCU ruszamy na spotkanie z Kioto, turystycznym molochem, kulturowym gigantem, dawną stolicą cesarstwa, miastem buchającym historią i duchowością, domem dla niezliczonych świątyń, chramów, parków, ogrodów czy muzeów, miastem ze wszech miar godnym uwagi, niesamowicie przeto popularnym a przez to miejscami potrafiącym zmienić się w koszmar, piękny, ale totalnie zatłoczony koszmar. W swoją podróż wybrałem się w maju, tuż po Złotym Tygodniu – tak więc nie doświadczyłem możliwie największych, mogących się przez miasto przelewać tłumów – ale było kilka takich miejsc i chwil, kiedy czuć było z jak wielkim problemem mierzą się najpopularniejsze atrakcje. Jednak podczas tych kilku dni w dawnej stolicy, zdecydowanie łatwej – niż mogłoby wynikać z wielu relacji i artykułów prasowych – doświadczyłem też totalnej kameralności i tę twarz Kioto z przyjemnością wam pokażę. I choć wiele z przedstawionych tu miejsc i opowieści nie będzie zaskakujących to i tak mam nadzieję, że cosik ciekawego zostanie wam w pamięci. Na pierwszy ogień mam dla was jedno z najfajniejszych zaskoczeń w Kioto, spokojny i arcyciekawy kompleks świątyń buddyzmu zen, Daitoku-ji. Hajimemashō!


Zanim tam jednak ruszymy to przez parę akapitów będę czarował o turystycznym przeciążeniu Kioto, o tym jak cieszyć się miastem, zahaczając o kilka oczywistych faktów, więc jeśli temat was nie interesuje to kliknijcie tutaj i przeskoczycie do dalszej części tekstu. A jeśli wam to nie przeszkadza to zapraszam.
Zastanawiam się czy istnieje w Japonii większe miasto-magnes niźli Kioto? Nie wiem jak wygląda to w liczbach, ale byłbym gotów dać uciąć sobie rękę, że 99% turystów pierwszy raz odwiedzających Kraj Wschodzącego Słońca, umieszcza dawną stolicę na honorowym miejscu w swoim planie zwiedzania. No bo założone w VIII-wieku jako Heian-kyō, (平安京) Stolica Pokoju i Spokoju, przez tysiąc lat będące siedzibą dworu cesarskiego jak i kolejnych siogunów (ok, tu trzeba odjąć kilka stuleci siogunatów Kamakura i Edo, ale i tak zostaje szmat czasu), centrum życia dworskiego, miejsce ostatecznego ukształtowania się filarów japońskiej kultury, ocalone od zniszczeń Wojny na Pacyfiku, nęcące kilkunastoma obiektami z listy Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, z ponadprzeciętną i niesamowicie bogatą historyczną tkanką, owym kulturowym dziedzictwem (żywo do dziś kultywowanym) i przeciekawą listą japońskich NAJ jest destynacją absolutnie wartą uwagi i spędzenia weń choć kilku dni.



Jasne, wie o tym też cały świat, dlatego też w ciągu ostatniego roku miasto odwiedzone zostało przez przeszło… 50 milionów turystów. Głównie Japończyków. Gości z zagranicy było „zaledwie” kilkanaście milionów, największą grupę stanowili Chińczycy, ale z racji lekko napiętej sytuacji między oboma krajami pierwsze miesiące 2026 zaowocowały spadkami turystów z Państwa Środka, ich miejsce zajęli m.in. Koreańczycy. Anyway, mając świadomość, że miasto jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc na całym archipelagu, zawsze warto pamiętać kiedy przypadają największe „korki” w turystycznym sezonie Kioto i jeśli nie straszny wam kwietniowy szczyt kwitnienia wiśni, Złoty Tydzień w maju, ewentualnie najgorętszy okres listopadowego momiji to niczego nie musicie się obawiać i dacie radę przetrwać wszystko ;p


Liczba 50 milionów turystów sama w sobie robi wrażenie, ale najgorsze dla miasta jest to, że gros z nich (a już na pewno nas, turystów zagranicznych) wybiera te najsłynniejsze wizytówki miasta, nie zwracając nawet uwagi na wiele, wiele innych mniej znanych perełek – nie bądźmy takimi turystami, nie bójmy się dalszej łazęgi, pozwólmy miastu oddychać. No chyba, że… macie świadomość tego, że do Kioto nigdy nie wrócicie, albo zrobicie to w bardzo nieokreślonej przyszłości. Wtedy wiadomo, chęć zobaczenia jak największej liczby miejscowych cudów (w jak najmniejszym czasie) jest nawet zrozumiała.

Still, jestem zdania, że miasto takie jak Kioto najlepiej poznaje się w spokojnym, nieśpiesznym tempie a nie w trybie: przelotnie rzucić okiem, strzelić fotę na insta i pora na CSa – w ten sposób, sprintem z pewnością zobaczylibyście więcej ode mnie. No, ale co tam, powolna łazęga (tak, często zamiast gdzieś podjechać wolałem spacerować, nawet po okolicach w których potencjalnie nic nie ma) pozwoliła mi się cieszyć miastem być może bardziej niż miałoby to miejsce gdybym narzucił sobie większe tempo i rygor. Czego i wam życzę, choć to jak będziecie zwiedzać zależy i tak tylko od was. A piękne jest to, że atrakcji jest tu naprawdę co nie miara i można stawać na głowie a i tak zobaczy się ledwie część tego co warto zobaczyć.

W ramach oczywistych rad warto uzbierać wiedzę, które atrakcje należą do tych najpopularniejszych i… opracować kilka alternatywnych tras (czy pójść gdzieś na czuja) dzięki, którym serio, serio traficie do mniej obleganych a niezwykle ciekawych miejsc. A w te najsłynniejsze spróbować udać się z samiuśkiego rana lub wieczorem (o ile na przeszkodzie nie stoją godziny ich otwarcia). Takim sposobem jest duża szansa na uniknięcie tłumów choćby w lasku bambusowym w Arashiyamie (okienko jest wąskie i już o 7 rano nie ma zmiłuj) czy na uliczkach Ninenzaka i Sennenzaka (podobnie, po 7 rano nie jest jeszcze najgorzej, ale do zdjęcia ze słynną Pagodą Yasaka, świątyni Hōkan-ji kolejeczka będzie już niemal pewna). Na drugim biegunie są przeróżne świątynie, nierzadko zen, słynące ze swych ogrodów suchego krajobrazu, historycznie intrygujące i niezwykle estetyczne, zachęcające do chwili wytchnienia. Nie wiem czy miałem szczęście, czy spotkanie nie więcej niż 5 osób jest tam po prostu normą, ale takich odkryć jak podiświątynie kompleksu Daitoku-ji wam życzę.


Najsłynniejszą ofiarą wzmożonego ruchu turystycznego w Kioto stała się chyba dzielnica Gion. Pal licho gdyby miliony turystów pociągały za sobą tylko problemy „korkowania” najpopularniejszych miejsc, niestety wśród takiego nawału ludzi niemal pewne jest spotkanie takich, których zachowanie podciągnąć można do bycia wrzodem na d#pie. Pewnie słyszeliście o tych wszystkich – nazwijmy ich – paparazzi, którzy za nic mając sobie zasady przyzwoitości ganiali po całej dzielnicy ścigając pracujące tam maiko i geiko, robiąc im zdjęcia dosłownie przed nosem, śledząc, zaczepiając, totalnie przekraczając granice dobrego tonu. Dzięki czemu szereg ulic w Gion zostało wyłączonych z ruchu turystycznego a na części wprowadzono zakaz robienia zdjęć – za dalsze nękanie gejsz (i szkolących się na nie maiko) i wchodzenie na owe ulice może zostać wlepiony mandat nawet i do 10000 jenów (ok. 230 PLN). Nie wiem na ile skuteczne są to zakazy, ale jak przypomnę sobie nagrania z najbardziej bezczelnych ataków paparazzi to mam nadzieję, że ukróciły zapędy wielu domorosłych fotografów. A jak chcecie gejszę lub maiko spotkać to najprościej zrobić to wykupując wejściówkę choćby na jeden z Haru no Odori, wiosennych pokazów tańca, odbywających się nie tylko w Gion (a jeszcze innych dzielnicach miasta) lub mniej i bardziej prywatne spotkanie połączone z ceremonią parzenia herbaty.

O śmieceniu, nieodpowiednim zachowaniu w miejscach kultu, paleniu gdzie popadnie czy korzystaniu z transportu publicznego będąc obładowanym toną bagaży poczytacie na wielu plakatach rozwieszonych w całym mieście. Sam na szybko podrzucam mapę na jakiej znajdziecie tak publiczne toalety, przechowalnie bagażu, punkty oferujące bagażu transport i co najciekawsze miejsca z koszami na śmieci, tak! A i owszem, w najpopularniejszych miejscach (choć nie tylko) instalowane są tzw. inteligentne kosze na śmieci, autokompresujące odpady po przekroczeniu pewnej ich ilości i odpowiednio wcześnie informujące służby sprzątające, kiedy pojemniki się zapełnią. I tak jak z wielu tzw. Japonia żyje w 2050 roku ciekawostek można się śmiać i bardziej postrzegać jako retro scf-fi tak to rozwiązanie jest cool.

Dobra, teraz już ostatnia rzecz i kończę, inaczej nigdy nie zaczniemy tego zwiedzania 😛 Jednym ze sposobów na poprawę miejskiej infrastruktury i w dłuższej perspektywie pomoc tak turystom jak i miejscowym ma być osławiony podatek turystyczny, podniesiony w tym roku dość zauważalnie. Zauważalnie, ale progresywnie i jak tak na spokojnie popatrzeć to raczej nie jest to tak rzecz tak dramatyczna jak przedstawiali niektórzy infu. No dobra, jest tak fifty-fifty. Wiecie, do tej pory podatek turystyczny w Kioto wynosił od 200 do 1000 jenów (4,65 do 23,2 PLN) na osobę za noc (w zależności od ceny noclegu bazowego). Od marca 2026 opłata ta wynieść może nawet i 10000 jenów. Brzmi poważnie, ale najwyższy podatek dotyczy noclegów powyżej… 100000 jenów (2323 PLN) za noc więc jeśli ktoś już takie pieniądze jest gotów zapłacić to 10% więcej boleć nie będzie, raczej. Aktualny cennik prezentuje się tak:
- nocleg za osobę poniżej 6000 jenów: 200 jenów podatku,
- nocleg za osobę 6000-19999 jenów: 400 jenów podatku,
- nocleg za osobę 20000-49999 jenów: 1000 jenów podatku,
- nocleg za osobę 50000-99999 jenów: 4000 jenów podatku,
- nocleg za osobę 100000 i więcej: 10000 jenów podatku,
Tak, podwyżka jest widoczna, ale wydaje mi się, że jeśli ktoś wcześniej łapał się w określone widełki to nowe stawki podatku nie zrobią większej różnicy i zapłaci ile trzeba będzie. Tak też ilość sprzedanych miejsc w hotelach czy pensjonatach pewnie wybitnie nie zmaleje, ale co miejska kasa przytuli więcej pieniędzy to przytuli. Oby tylko pieniądze te dobrze wykorzystano.

Hops, załatwione.
No dobrze, trochę się uzewnętrzniłem. Pora na serio zacząć naszą podróż.
KIOTO: O DOTARCIU SŁÓW KILKA
Kioto bez wątpienia jest jednym z najpopularniejszych miejsc w Japonii, dlatego też nie powinno dziwić, że dostanie się tam nie stanowi większego problemu. Z leżącego niespełna 460 kilometrów na wschód Tokio (uznajmy, że stąd macie zamiar ruszyć ku Kioto) dostać się tu można w wiele sposobów:
- dawną i obecną stolicę łączy linia Tokaido Shinkansen obsługiwana przez trzy rodzaje ciuchci dużych prędkości:
- Nozomi – najszybsza (2h14min), zatrzymuje się na najmniejszej ilości stacji, jeżdżąca najczęściej (w godzinach szczytu nawet i co 3 minuty, a tak to co 5-9, masaka), mająca częściowe JR PASS resistance – posiadając popularny bilet długookresowy trzeba dokupić specjalny bilet Nozomi za 4960 jenów i można jechać. Bez JR PASS należy się tradycyjna kwota 14370 jenów – taką też sam uiściłem, bilet kupując bez większych problemów na dworcu, 45 minut przed odjazdem.
- Hikari – jedzie trochę dłużej (2h30-40min), zatrzymuje się na kilku stacjach więcej, jeździ z mniejszą częstotliwością (2 połączenia na godzinę), jest za to w pełni wliczony do JR PASS. Oczywiście, bez biletu długookresowego przyjemność kosztuje 14370 jenów.
- Kodama – najwolniejsza (ok. 3h), zatrzymując się na każdej stacji po drodze, podobnie jak poprzednik kursuje co 30 minut i wliczona jest do JR PASS. Cena bez PASSA 14370 jenów.

- nocnym autobusem, w sumie za bezcen bo w kwocie już 4000 jenów można trafić transport a’la nocleg. Połączeń jest multum, podróż trwa jak można się spodziewać koło 8-9 godzin.
- można spróbować dostać się samolotem. Tak po części. Bo też Kioto nie posiada lotniska i najbliższe połączenia obsługuje Osaka. I tak, dolecieć można już z Europy (np. Etihad z przesiadką w Abu Zabi) ale też – choć z tej opcji skorzystałbym bardziej na zasadach ciekawostki i odhaczenia z bucketlisty – będąc już na wyspach skorzystać z jednej z japońskich linii lotniczych, np. Peach (z Tokio już za 4-5tysięcy jenów z bagażem podręcznym). Ostatnią zagwozdką pozostaje późniejsze dotarcie z lotniska do Kioto – loty międzynarodowe (oraz wspomniane Peach) lądują na lotnisku Kansai skąd bezpośrednio do dawnej stolicy jedzie Limited Express Haruka (2200 jenów, 70 minut). Z drugiego lotniska Osaka Itami (tam latają krajowe ANA czy Japan Airlines) do Kioto najłatwiej dostać się autobusem Hankyu Kanko (1500 jenów, 50 minut).
Sam do miasta przyjechałem z Takayamy i też nie było tu wielkiej filozofii: wystarczy dostać się do Nagoi (ot expresem Hida), dalej ruszyć już jednym ze wspomnianych shinkansenów i włuala.
Dzień mojej podróży był jednym z tych nielicznych kiedy pogoda zrobiła psikusa, niebo zaszło chmurami i popadywał sobie deszcz. Tym bardziej ucieszyłem się na wiadomość od mojego gospodarza, który zawczasu zaproponował podwózkę, prosto z dworca. Zgodziłem się od razu, bo też trochę jak cebula przy planowaniu spanka kierowałem się bardziej portfelem niż lokalizacją i do swojego noclegu z centrum miałem 40 minut jazdy. Tak też wylądowałem w dzielnicy Kita, jak nazwa sama wskazuje na północy miasta, w okolicy spokojnej i urokliwej, gdzie stuletnie domy mieszały się z nowszą zabudową, z tym jednym minusem w postaci logistycznej ekwilibrystki jak w następnych dniach wcześnie dostać się do zaplanowanych atrakcji. Cóż, takie życie. Pierwszego dnia za to, lokalizacja okazała się bezbłędna, bo zaraz po zrzuceniu tobołów przestało padać a ja mogłem ruszyć na pierwszy spacer. Cel mógł być tylko jeden, znajdował się niemal za rogiem.


KIOTO: ŚWIĄTYNIA DAITOKU-JI (大徳寺)
Daitoku-ji to jeden z najważniejszych a już na pewno najciekawszych kompleksów buddyzmu zen w Kioto, z racji na położenie z dala od centrum miasta, w odróżnieniu od tych najsłynniejszych świątyń, wolny od większych (mniejszych też) tłumów, pozwalający na totalnie wyciszenie i spokojne poznawanie kolejnych zaskakujących zakamarków. Rzekłem.


Buddyzm zen na dobre rozgościł się w Japonii w erze Kamakura, w XII i XIII-wieku, ale dopiero w kolejnych stuleciach wraz z powrotem siogunatu do Kioto, całkowicie rozwinął skrzydła, swą „filozofią” wpływając na szereg emblematycznych elementów japońskiej kultury i estetyki. Daitoku-ji wraz z kolejnymi, wznoszonymi na przestrzeni lat pod-świątyniami w owym rozwoju miało swój niebagatelny udział.


Historia świątyni sięga XIV wieku i pełna jest wzlotów i upadków, idealnie wpisując się w hasło „łaska pańska na pstrym koniu jeździ”. No bo tak: z początku pod przychylnym okiem cesarzy wyniesiona ponad Pięć Wielkich Świątyń Zen, chwilę potem popadająca w niełaskę siogunatu Ashikaga, splądrowana w czasie wojny Ōnin, odbudowana i przyciągająca największych mistrzów komponujących ogrody suchego krajobrazu i doskonalących ceremoniał picia herbaty, wspierana przez kolejnych cesarzy, daimyo i potężne rodziny wpływowych handlarzy, pierwotnie wzgardzona przez Tokugawów finalnie znajdująca w ich oczach uznanie, ostatecznie rozbudowana do gargantuicznych rozmiarów i kompleksu przeszło 20 pod-świątyń. Kompleks to niesamowicie piękny i na szczęście dostępny… tylko w nieznacznej części – gdyby było inaczej to na zwiedzaniu można by tu spędzić cały dzień 🙂

Na co dzień większa część pod-świątyń pozostaje turystycznie niedostępna, służąc co zrozumiałe tylko i wyłącznie mnichom – tyczy się to m.in. głównej świątyni i budynków nań się składających, które można co prawda zobaczyć, ale tylko z zewnątrz. Przez cały rok dla zwiedzających otwarte są za to te 3 świątynie: Daisen-in (大仙院), Ryogen-in (龍源院) oraz Zuiho-in (瑞峯院), wiosną (i jesienią) otwierane są 3 dodatkowe. Rok temu były to Korin-in (興臨院), Obai-in (黄梅院) i Soken-in (総見院) – tej wiosny sytuacja się powtarza i od marca do maja ponownie otwierają one swoje podwoje. Heh, jeszcze rok temu nazwy te nic mi nie mówiły, dziś stanowią jedno z najfajniejszych wspomnień z Kioto.
Daitoku-ji jest kompleksem przepastnym, poprzecinanym siatką ścieżek prowadzących do kolejnych, ogrodzonych murkami pod-świątyń. Potencjalnie łatwo się zgubić, ale chyba straszniej wygląda to na mapie, niż w rzeczywistości. Teren świątynny bucha zielenią, a jednak, o ironio , najbardziej zapamiętuje się zeń ogrody, w których zieleń owa redukowana jest do minimum, do roli tła, dodatku. O tak, wszystkie pod-świątynie jak jeden mąż (czy też brat) zachwycają ogrodami suchego krajobrazu, karesansui, kwintesencją inspiracji zen w japońskim ogrodnictwie. Przewrotne w swym zamyśle, przemyślane a jednak akceptujące niedoskonałości, pełne symboliki, oszczędne w formie, proste a angażujące, stworzone nie do spacerowania a kontemplacji i medytacji, jak na mój prosty rozumek idealnie sprzyjające byciu „tu i teraz”. Zaprojektowane tak przed stuleciami przez największych mistrzów, jak i reinterpretowane przez mistrzów współczesnych.

Ogrody trzech odwiedzonych przeze mnie pod-świątyń – choć mniejsze, bardziej kameralne i niekiedy bardziej minimalistyczne niż słynniejsi krewni z największych świątyń Kioto – robią piorunujące wrażenie, przede wszystkim tym, że atmosfera przy nich panująca uderzała we wszystkie nuty sprzyjające medytacji. Towarzyszyły mi jedna, maksymalnie dwie osoby, każdy miał miejsce dla siebie, swoją przestrzeń, czas. Nie trzeba było się śpieszyć, miast tego powoli chłonąć to co nas otacza. W świątyni Ryogen-in ogrodów do wyboru jest aż pięć, każdy totalnie inny, o symbolice zdawkowo, ale wystarczająco opisanej na ulotce, otrzymywanej przy kupnie biletu. Znajdziecie tu najstarszy ogród suchego krajobrazu w Daitoku-ji, jak i najmniejszy w całej Japonii.



Czy będzie przesadą jeśli napiszę, że to miejscowemu, świątynnemu mikroklimatowi w dużej mierze zawdzięczamy to co znamy dziś pod pojęciem spotkań herbacianych aka herbacianych ceremonii? Może delikatnie, ale nie da się zaprzeczyć, że o powiązaniach Daitoku-ji z kulturą herbacianą można by napisać parę książek. Kompleksowi przypięto zresztą „łatkę” herbacianego a szaty mnichów przywdziewali tu wszyscy najwięksi mistrzowie, medytacji oddawali się Jukō Murata, Takenō Shōō i nie kto inny jak Sen no Rikyu. I kto wie czy to właśnie chwile spędzone tutaj nie doprowadziły do finalnego ukształtowania tak ceremoniału jak i estetyki picia herbaty, zeskrobując zeń wszystko co wystawne, prestiżowe i nieszczere, zastępując je surowością, skromnością i autentycznością ducha wabi sabi – piękna w swej niedoskonałości ceramika czy ogrody oraz pawilony zaprojektowane tu m.in. przez tak różnych a wpływowych Furata Oribe czy Sen no Rikyu pozwalają podejrzewać, że tak mogło być. Rikyu zresztą, uważany za jednego z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych mistrzów herbaty w dziejach, został na terenie Daitoku-ji pochowany* – o kulisach jego śmierci i teoriach spiskowych stojących za rozkazem Toyotomi Hideyoshiego nakazującym/pozwalającym popełnić mu seppuku nawet nie zacznę pisać bo to temat na kolejne książki… tym bardziej, że po wyjęciu z kulturowego kontekstu, z europejskiej, XXI-wiecznej perspektywy, można by pomyśleć, że jeden z Trzech Wielkich Zjednoczycieli Japonii potrafił być strasznym płatkiem śniegu. A wystarczy spojrzeć szerzej by wokół śmierci Rikyu dostrzec trochę więcej.
* – ach żeby tylko on. Jeśli o randze świątyni i jej wpływie na drogę herbaty świadczyłaby liczba praktykujących, ale i pochowanych na jej terenie mistrzów to Daitoku-ji tylko umocniłaby się w takim rankingu – to tu, w świątyni Jukō-in (聚光院) chowani (nie jestem pewien jak jest teraz) byli kolejni mistrzowie wszystkich trzech szkół herbaty Omotesenke, Urasenke i Mushanokoji-senke. Zmarły w zeszłym roku, nieodżałowany Sen Sōshitsu XV pełnił swego czasu funkcję opata świątyni.
Jedną ze świątyń powiązanych z Sen no Rikyu jest Ōbai-in, pięknie skryta pośród niewielkich klonów, które jesienią muszą wyglądać obłędnie – co ciekawego ogród jego autorstwa nie jest tu typowym ogrodem suchego krajobrazu a, główną rolę w Jikichu-tei gra mech, niosący ze sobą wrażenie przebywania jeszcze bliżej natury. Ōbai-in to jedna z tych świątyń, której związki z możnymi panami okresu jednoczenia się Japonii są najsilniejsze – powstała na prośbę Ody Nobunagi by uhonorować jego zmarłego ojca, by kilka dziesięcioleci później, na rozkaz Toyotomi Hideyoshiego stać się mauzoleum dla samego Nobunagi, zmarłego tragicznie w ogniu (prawie dosłownie) walki. Mauzoleum było niewielkie więc szybko, by udobruchać ducha nieboszczyka ufundowano mu całkowicie nową świątynię, na mapie szukajcie jej dziś pod nazwą Soken-in.
Przez lata Obai-in słynęło z dość restrykcyjnego regulaminu zabraniającego robienia zdjęć, na szczęście obecnie zakaz dotyczy używania statywów, kręcenia video. Jak widzicie na zdjęciu nawet jest tu kilka osób i co najfajniejsze, pochodząca z Filipin siostra z chęcią opowiedziała mi co nieco o symbolice każdego świątynnego ogrodu. Taka wartość dodana spotkań zawsze cieszy.



Pod-świątynia Korin-in, choć historią sięga początków XVI-wieku i patronatu rodziny Hatakeyama, to w pamięci zapisała się jako miejsce związane z klanem Maeda, jednym z najpotężniejszych w całym kraju. Imponująca Sala Główna oraz dwie bramy (w tym Karamon ze zjawiskowym oknem przez które podziwiać można ogród) zachowały swój historyczny charakter sprzed 400 lat i jeśli dobrze rozumiem przetrwały do naszych czasów w swych oryginalnych formach! Trochę inaczej rzecz ma się z ogrodem, zrekonstruowanym przed 50 laty, wciąż jednak pięknym, powiedziałbym wręcz, że cudownie „bawiącym się” kontrastem spokoju oceanu żwiru i bogactwa kamieni, mchu i krzewów symbolizujących legendarną Krainę Szczęśliwości, Hōrai. I tak sobie siedziałem, patrzyłem na to małe dzieło sztuki i rozmyślałem, jak to jest, że takie miejsca jak Korin-in, otwarte przez krótki urywek roku świecą pustkami a te najpopularniejsze atrakcje, dostępne cały rok, dzień w dzień i tak uginają się pod ciężarem turystów. Czemuż tak jest?




Najlepsze jest to, że suche (hehe) fakty są ciekawe a kontemplacja ogrodów we własnym zakresie potrafi wprowadzić w przyjemny stan, ale nie ma chyba nic lepszego jak… medytacja pod okiem miejscowego mnicha, a nawet opata, w tym wypadku pod-świątyni Daiji-in. A i owszem, jest taka możliwość – bez problemu można umówić się na poranną medytację zazen, (drobna opłata 1500 jenów) czy też medytację ze śniadaniem. Co więcej, istnieje też możliwość połączenia medytacji ze spotkaniem herbacianym… ale to już niestety (dla portfela) nie są tanie sprawy. Jeśli jednak 200 dolarów za takie doświadczenie nie wydaje wam się przesadą to droga wolna – zabawne jest to, że z jednej strony mój umysł krzyczy „na Teutatesa, powariowali ci Japończycy”, a z drugiej… zastanawiam się czy nie byłoby to doznanie najbliższe absolutowi herbacianego spotkania (za wyjątkiem tej opłaty, trochę burzącej obraz egalitaryzmu – niby w trakcie ceremonii wszyscy jesteśmy równi, ale bez zasobnego portfela do spotkania dojść nie może :P). Anyway, ceremonię polecam, nawet i w bardziej turystycznym i edukacyjnym charakterze (jak miało to miejsce ze mną w Narze), rzecz to niezapomniana.
No dobrze, w tym miejscu zakończmy ten spacer. Nie wiem jak wy, ale odwiedzając takie miejsca, zdawałoby się podobne i różniące tylko detalami, nie odczuwam zmęczenia – kościoły czy buddyjskie świątynie, nawet te diablo popularne, stanowią dla mnie niezgłębiony i wciąż fascynujący temat. Niektórzy mówią, że w Kioto nie da się spokojnie odwiedzić kilku świątyń jedna po drugiej, ale to nie prawda, można tylko trzeba wiedzieć kiedy i da jakich iść, na tym polega odpowiedzialność.
KIOTO: DAITOKU-JI, INFORMACJE PRAKTYCZNE
Trzema dostępnymi przez cały rok świątyniami są:
- Daisen-in (大仙院) (otwarta 9.00-16.00, wejście 400 jenów),
- Ryogen-in (龍源院) (otwarta 9.00-16.00, wejście 350 jenów),
- Zuiho-in (瑞峯院) (otwarta 9.00-16.00, wejście 400 jenów),
Wiosną (i jesienią) otwierane są 3 dodatkowe świątynie. W tym roku są to:
- Korin-in (興臨院) (otwarta od 14 marca do 14 czerwca, 10.00-16.30, wejście 800 jenów),
- Obai-in (黄梅院) (otwarta od 27 marca do 17 maja, 10.00-15.45, wejście 1000 jenów),
- Soken-in (総見院) (otwarta od 28 marca do 6 maja w soboty, niedziela i święta, od 25 kwietnia codziennie, 10.00-16.00, wejście 800 jenów).
Tak, ciekawy rozstrzał cenowy, nie powiem. Sam w trzech pod-świątyniach spędziłem prawie 90 minut i nie żałuję ani chwili (i jena).
Dojazd z centrum wydaje się całkiem prosty. Sprzed Dworca Kyoto pod samą świątynię odjeżdżają co najmniej 3 autobusy: linia 9, 205, 206. jedzie się około 35 minut, bilet 230 jenów. Można też ruszyć metrem (linia Kurasuma), wysiąść na stacji Kitaoji i po 15 minutach spaceru dojść do celu.
I cóż, dla mnie było to kapitalne odkrycie i świetny początek poznawania Kioto. Następnym moim celem była nie tak odległa Kinkaku-ji, Złoty Pawilon i powiem wam, że trafienie tam zaraz po doświadczeniu Daitoku-ji było niczym terapia szokowa 😀 Ale o tym napiszę następnym razem 🙂




