Cześć! Pora na zakończenie naszej krótkiej podróży po zachodniopomorskich miastach i nie ma chyba na to lepszego miejsca niż Stargard (Szczecinianie się pewnie nie zgodzą więc na swoje usprawiedliwienie dodam, że samą stolicę województwa z przyjemnością kiedyś opiszę, tyle tylko, że jeszcze nie teraz – półdniowa znajomość z takim kolosem to zdecydowanie za mało ;)) – jedno z najstarszych miast regionu, otoczone najciekawszymi i najbardziej różnorodnymi fortyfikacjami, pełne gotyckich pereł uznawanych za najpiękniejsze na caluśkim Pomorzu. Zapraszam!

Chyba nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że krótkiej sierpniowej ekskursji na Pomorze Zachodnie (z przyległościami) towarzyszyło stopniowe wzrastanie zabytkowości odwiedzanych miast – pierw Gryfino, następnie Chojna i w końcu kropka nad i w postaci Stargardu. Miejsca intrygującego kontrastami, pełnego myśli blokowiskowej wątpliwej urody wymieszanej z najciekawszymi gotyckimi budowlami zachodniej części naszego Pomorza. Że niby o wielu innych pomorskich miastach można podobnie napisać? Zapewne, powojenne bloki, zjawiskowy gotyk ceglany i sporo zieleni to główny (choć zapewne niepełny) obraz zachodniopomorskich miast, który utrwalił mi się podczas tego szybkiego wypadu – uwierzcie jednak, Stargard w owej materii występuje w najwyższej, nie dla wszystkich osiągalnej lidze. Na dobre i na złe.



Stargard jest drugim po Szczecinie najstarszym miastem polskiego Pomorza, w całej Polsce zresztą starszych jest może z 30 miast, tak więc już sama metryka mówi nam, że historii do opowiedzenia jest tu wiele. Co ciekawe mając nazwę o słowiańskim rodowodzie (o ile wykluczymy wersję o pochodzeniu… duńskim) Stargard przez niemal całą swoją historię cieszył się nazewniczą statecznością i nawet Niemcy podczas swego w mieście panowania nie ruszyli palcem by coś w tej kwestii zmienić. Dopiero koniec II Wojny Światowej i rok 1950 przyniósł dość istotną zmianę dodającą przymiotnik Szczeciński. Ach, wyobrażam sobie jak wielki byłby to policzek dla dawnych Stargardczyków, przez lata, na każdym polu konkurujących ze Szczecinem. Na szczęście, w roku 2015 udało się cofnąć tę zmianę, duchy zostały uspokojone a ludzie wypełniający urzędnicze papiery odetchnęli.

Stargard prawa miejskie otrzymał w roku 1243 i w odróżnieniu do wcześniej odwiedzonej Chojny czy Kostrzyna nad Odrą nie dostąpił zaszczytu „stolicowania” żadnej prowincji*, ale wiatr książęcych przywilejów dmuchających w miejskie żagle był tak silny, że nie potrzebował dużo czasu by urosnąć do rangi jednego z najpoważniejszych graczy na Pomorzu Zachodnim. Niebagatelne znaczenie miał również fakt dołączenia do Ligi Hanzeatyckiej, co razem z książęcymi edyktami sprawiło, że już w XIV-wieku miasto stało się jednym z najważniejszych handlowych portów BARDZO szeroko rozumianej okolicy, utrzymującym kontakty z Francją czy Anglią. Portowa potęga szła ramię w ramię z pewnością siebie miastowych władz nie bojących się wchodzić w konflikty i walkę o swoje z potencjalnie silniejszymi sąsiadami, Szczecinem czy Stralsundem.
* – ok, dostąpił, ale długo po okresie największego rozkwitu.

Dla nas, z turystycznego punktu widzenia najważniejsze jest to, że to właśnie w pierwszych stuleciach miastowości w Stargardzie na dobre zadomowił się gotyk ceglany a powstałe wówczas fortyfikacje oraz budynki należą dziś do najważniejszych i najbardziej imponujących zabytków w mieście, ba na całym Pomorzu Zachodnim, będąc żelaznym punktem na Szlaku Europejskiego Gotyku Ceglanego. Jakkolwiek los i burzliwa historia robiły co tylko mogły – całkiem udanie niestety – by jak najmniej z zabytkowej tkanki do naszych czasów dotrwało.


Katastroficzno-wojenne bingo XVII i XVIII-wieku nie miało dla Pomorza litości, nie miało go dla Stargardu. Pożary, epidemie, Wojna Trzydziestoletnia niosąca ze sobą kolejne pożary i grabieże, pożary osobne, Wojna Siedmioletnia a następnie kolejne pożary. Miejska tkanka i mieszkańcy wystawiani byli na wiele prób, zawsze jednak (raz wolniej, raz szybciej) wstając z kolan, otrzymując w XIX-wieku tak potrzebny przemysłowo-komunikacyjny wiatr w żagle. Wiemy jednak w jakim kierunku zmierzała historia. II Wojna Światowa pozostawiła miasto w zgliszczach a nieznane ziemie stać się miały domem dla przesiedlonych ze wschodu Kresowian, powracających z syberyjskich trudów zesłańców czy w końcu mieszkańców centralnej Polski szukających dla siebie nowego miejsca.

Miasto po raz kolejny podniosło się z kolan, mocno jednak utraciło swój historyczny charakter – spora część Starego Miasta nigdy nie została odbudowana robiąc miejsce dla powojennych bloków. Najważniejsze zabytki podniesiono jednak z gruzów, odbudowując je z należytą troską i tak dziś, Stargard jest niezwykłą hybrydą cudownych gotyckich budowli (przypominających o złotych wiekach miasta), jednych z najbardziej imponujących miejskich fortyfikacji w Polsce i… pasującej jak pięść do nosa nie do końca pasującej doń współczesnej tkanki. Dla turystów jest to miejsce intrygujące i niekiedy konfudujące, ale tam gdzie historyczna zabudowa wychodzi na pierwszy plan robi się absolutnie olśniewająco.
Zapraszam na spacer.

STARGARD – SPACEREM DO STAREGO MIASTA
Jak wszędzie podczas tego wypadu do Stargardu udałem się pociągiem, w końcu Tygodniowy bilet wakacyjny musiał zapracować na swoją wartość. Miasto ma całkiem rozbudowaną siatkę połączeń (nie skupiałem się na częstotliwości) i bezpośrednio dostaniecie się tam tak z pobliskiego Szczecina czy Koszalina, alei i Olsztyna, Gdańska, Warszawy czy szeregu miast składających się na PRZEMYŚLANINA (Przemyśl, Kraków, Opole, Wrocław czy Poznań). Całkiem klawo.

Próg wejścia we współczesną tkankę Stargardu jest dość wysoki bowiem architekci nie mieli litości dla prowadzącej do centrum ulicy kardynała Stefana Wyszyńskiego. W XIX-wieku połączyła ona miasto z dworcem kolejowym szybko zyskując na znaczeniu, stając się pierwszą elektrycznie oświetloną ulicą w mieście. Zniszczona w 1945, odbudowana w kolejnych dziesięcioleciach twarz ma mocno klockowatą (wybaczcie, staram się poprawić, ale wciąż w dużej mierze jestem hejterem takich rozwiązań) z nutą postmodernizmu, będąc domem dla pierwszego w Stargardzie centrum handlowego i szeregu mniejszych sklepów.



Jeszcze ciekawiej prezentuje się jej kontynuacja, zakręcająca w prawo ulica Hetmana Stefana Czarnieckiego, stanowiąca mariaż tego co ocalałe i nowe, będąca świetnym przykładem tego co w powojennej od/zabudowie przyprawia mnie o ból zębów. Neogotyk, secesja, modernizm spotykają się z kolorowymi (to trzeba im oddać) plombami. Taki już urok powojennych prac w wielu polskich miastach, gdzie estetyka czy spójność krajobrazu często spadały na drugi plan – i tak, wiem że tu każda kamienica jest z innej parafii XD ale te współczesne są najbardziej ugh 😛






No dobra, ale koniec już z kapitanem marudą, w tym miejscu zaczynamy tę część gdzie będą głównie zachwyty. Rzućmy szybko okiem na XIX-wieczny, neogotycki kościół Św. Ducha i ruszajmy na spacer śladem średniowiecza i gotyku już bardziej klasycznego.


Albo nie, zrobimy jeszcze jeden przystanek. Zanim ruszymy wzdłuż imponujących miejskich murów oddajmy sprawiedliwość stargardzkim Plantom, okalającym całe Stare Miasto ciągiem kilku parków. Powstałe na terenach dawnych wałów i fos są kapitalnym miejscem na długi spacer pośród zieleni. I kiedy piszę długi, to naprawdę mam to na myśli – z tego co wyczytałem tylko Kraków ma dłuższe planty niż Stargard. Parki oferują zresztą nie tylko spacery, zabawę czy miejsca na trening, ale i szereg aktywności kulturalnych – Letni Teatr i Amfiteatr zapraszają. Mnie jednak najbardziej zaciekawiła niewielka świątynia z czerwonej cegły, jak się okazało od przeszło 70 lat cerkiew Św. Pawła i Piotra. I jest to cerkiew przez duże C z wnętrzami jak najbardziej klasycznymi, ładnym ikonostasem i szeregiem polichromii zdobiących wszystkie ściany.







STARGARD – FORTYFIKACYJNE DELICJE
Proszę państwa, tu nie ma co czarować, oto pierwsza z trzech pereł w koronie Stargardu. Wyjątkowe, choć zachowane nawet nie w połowie mury miejskie w najstarszych cegłach i kamieniach pamiętają czasy jeszcze SPRZED dołączenia miasta do Ligi Hanzeatyckiej – strach się bać jak musiały wyglądać za czasów największej świetności. Długie wówczas na 2250 metrów, wysokie na 8, wsparte 45 basztami każdego możliwego rodzaju, 4 bramami i tyluż furtami bez wątpienia były symbolem dawnej potęgi miasta. I choć jak w każdym pomorskim mieście historia z uporem starała się zmazać je z map to te uparcie trwały na swym miejscu. Wiele murów bezpowrotnie zabrały Wojna Trzydziestoletnia oraz II Wojna Światowa, sporo jednak po prostu rozebrano pomiędzy oboma konfliktami, robiąc miejsce m.in. dla wspomnianych Plantów. To co jednak przetrwało potrafi zachwycić, nie tylko stopniem zachowania (czyt. dzięki renowacji i odbudowie), ale i różnorodnością! Tak Bramy, o was przede wszystkim mówię.


Dawniej do miasta prowadziły cztery bramy, naszych czasów doczekały trzy z nich. I rety, wyjątkowe są to budowle. Zacznijmy od Bramy Pyrzyckiej znajdującej się dokładnie na wprost kościoła Św. Ducha. Najstarsza i najbardziej klasyczna, w swej kamiennej podstawie powstała jeszcze pod koniec XIII-wieku, w kolejnych dziesięcioleciach nadbudowana i udekorowana szeregiem najróżniejszych blend, w tym kilkunastoma tarczowymi – ach, ciekawe cóż za herby gościły w owych wnękach! Anyway, czy to jedna z piękniejszych bram gotyckich w Polsce? Nie zaprzeczę.




Jeśli zastanawiacie się jak Brama Pyrzycka wyglądałaby po poddaniu zabiegom intensywnej renesansoizacji to odpowiedź znajdziecie na przeciwległym krańcu Starego Miasta. No tak w przybliżeniu. Brama Wałowa jest bowiem ciekawym przykładem gotycko-renesansowego romansu i cierpliwej, ale jakże udanej powojennej renowacji, pierwszej z lat 60. i drugiej, niedawnej, przywracającej jej pełny blask. Rzadki, ale piękny to mariaż.



Jest i ona, jedyna w swoim rodzaju Brama Młyńska. Wyobraźcie sobie, że w całej Europie, wśród tysięcy, otoczonych murami miast tylko w Stargardzie i chyba jeszcze holenderskim Sneek do naszych czasów dotrwały bramy przewieszone nad rzeką, kanałem, no… wodą. Rzecz to niebywała i godna wszelkiego podkreślenia a dodając do tego pierwszej klasy walory estetyczne i totalnie zamkowe kształty bliźniaczych wież otrzymujemy COŚ czym warto się chwalić. Rzecz jasna dzisiejsze sąsiedztwo w postaci jezdni i bloków odbiera trochę klimatu, ale i tak sylwetka odbijającego się w Kanale Młyńskim dawnego punktu pobierania myta (od transportowanych Iną towarów) jest jednym z najbardziej emblematycznych dla Stargardu widoków.




Pomiędzy bramami, wzdłuż murów co kilkadziesiąt metrów wzrastały baszty, przeróżnego rodzaju, zamknięte jak i wykuszowe, kwadratowe jak i cylindryczne, mające kilkanaście jak i przeszło 30 metrów wysokości. W czasie największego rozkwitu było ich ponad 40, do dziś uchowała się tylko dziesiąta ich część. Ale za to jaka. Ciekawa jest Baszta Jeńców, niska i dość przysadzista, jednak to trzy baszty kwadratowe u podstawy, cylindriczne na wyższych poziomach, zwieńczone ceglanymi ostrosłupami są dla stargardzkich fortyfikacji elementami wielce emblematycznymi. Piękne, z legendami krążącymi o ich nazwach, ot Białogłówka mająca pochodzić od dzielnych kobiet, które pod nieobecność wojów stanęły w obronie miasta czy Morze Czerwone zwana tak ponoć od krwi rozlewanej pod jej cegłami (czy to podczas wojny czy wykonywania wyroków śmierci) – w jej przypadku prawda jest jednak chyba nudniejsza i czerwona nazwa pochodzi od rdzawych mokradeł nad, którymi basztę wzniesiono.






Tuż przy Baszcie Tkaczy traficie na niską, ale niezwykle masywną basteję, będącą odpowiedzią na zmieniającą się w XVI i XVII-wieku sztukę oblężniczą. Pełna stanowisk strzeleckich, z grubymi murami stanowić miała największy ból zębów dla atakujących miasto wojsk. Zniszczona w 1945 roku, odbudowana i wyremontowana służy dziś za jeden z oddziałów stargardzkiego Muzeum Archeologiczno-Historycznego, skupiając się na historii miasta od średniowiecza do 1945 roku.


W roku 2010 odnowione mury, baszty i bramy a także miejscowa kolegiata zostały wpisane na listę polskich Pomników Historii. I ja zdecydowanie się temu nie dziwię.
Przechadzka wzdłuż murów daje możliwość trafienia na kolejne, zachowane perełki z przeszłości. Takie jak choćby późnogotycka kamienica kupiecka o pięknym schodkowym szczycie, dziś Książnica Stargardzka, zarządzająca bibliotecznymi zbiorami całego powiatu – ach, przed wojną historyczne kolekcje miejskich bibliotek były przebogate, niestety większość zabytkowych woluminów przepadła. Równie ciekawym, gotyckim schodkowo-szczytowym gagatkiem, który dotrwał naszych czasów jest budynek dawnego Arsenału, miejsce bez którego garnizon broniący miasto w czasie oblężenia zbyt długo by sobie nie poradził.



Łazęgę wzdłuż murów kończę przed bramą niewielkiej, przedwojennej, stylowej willi, zdawałoby się czekającej by przyjąć mnie w swe podwoje, dając chwilę wytchnienia. Nasze spotkanie nie było jednak przypadkowe bo Miejski Browar Stargard był na mojej marszrucie zaznaczony na czerwono. Niesamowicie lubię takie miejsca, odnowiona elewacja, wyremontowane bebechy dają poczucie energii włożonej w nadanie mu nowej postaci. Z widokiem na okazałą warzelnię raczę się rewelacyjnym bezalkoholowym tea ale. Jest dobrze.



STARGARD – KOŚCIÓŁ ŚW. JANA CHRZCICIELA
Spacer po Starym Mieście szybko ściąga człowieka na ziemię dając mu kopa w postaci wszechobecnych powojennych bloków. Ech, myślę o hanzeatyckiej przeszłości i zastanawiam się czy w innych okolicznościach miasto przypominałoby taki Stralsund?


Dobra, koniec narzekań architektonicznego boomera, idziemy dalej.
Pierwsze kroki na Starym Mieście kieruję w stronę wysokiej, strzelistej wieży górującej nad miejskimi murami. Reliktami czwartej miejskiej bramy – Świętojańskiej, służącej dziś za tunel drogowy – do centrum przemykają auta, mijając po chwili patrona wspomnianej bramy, kościół Św. Jana Chrzciciela. XV-wieczna gotycka, halowa świątynia jest ciekawym przypadkiem budynku, przez stulecia oszczędzanego przez wojenne zawieruchy przetaczające się przez Pomorze a jednocześnie nad wyraz mocno doświadczonego przez… kruchość swojej wieży. Tak, dzisiejsza, strzelista, jedna z najwyższych na Pomorzu jest dziełem XIX-wiecznym, wybudowanym w miejscu poprzedniej, która z kolei powstała w miejscu jeszcze starszej. Prócz wieży kościół powinien was zaskoczyć unikalnymi w województwie zachodniopomorskim sklepieniami kryształowymi. Udekorowano nimi kaplice w obejściu chóru i jeszcze tylko w klasztorze w Myśliborzu znaleźć można podobne. Super sprawa.






STARGARD – KOLEGIATA MARIACKA
No dobra, skoro przy kościołach jesteśmy to nie ma co odkładać tego na później, poznajcie stargardzką Kolegiatę, głównego prowodyra podróży do Stargardu. Od kiedy tylko kilka lat temu mignęła mi przed oczami sylwetka świątyni sfotografowanej ze skrzyżowania ulic Basztowej i Kazimierza Wielkiego wiedziałem, że muszę zobaczyć ten widok na własne oczy. I cóż, trochę czasu zleciało, ale w końcu dotarłem.


Czy przesadzę pisząc, że jest to jeden z najpiękniejszych gotyckich kościołów Pomorza Zachodniego? Być może, choć śmiem wątpić w tę przesadę. Kolegiata Najświętszej Maryi Panny Królowej Świata to świątynia na wskroś hanzeatycka, powstała wedle najlepszych wzorców spotykanych w innych związkowych miastach wzdłuż bałtyckiego wybrzeża. Monumentalna, przez wzgląd na swe gabaryty często (i niesłusznie) nazywaną katedrą, intrygująca mnogością zdobień już z zewnątrz, ze wszech miar zachwycająca wewnątrz.



O stargardzkiej Kolegiacie można pisać długo i z pasją bo to też budowla warta każdego słowa. Warto wspomnieć o dwóch stuleciach kształtowania się finalnej bryły kościoła, pierw jej halowym a następnie bazylikowym charakterze, o nigdy nie dokończonej drugiej wieży, o pracach najsłynniejszego na Pomorzu architekta, Henryka Brunsberga, o zniszczeniach Wojny Trzydziestoletniej i bezpowrotnej stracie średniowiecznego wyposażenia, powojennych polichromiach na odnowionych sklepieniach, zniszczeniach II Wojny Światowej i ponownych pracach – tak naprawdę trwających do dziś – przywracających świątyni dawny blask.




Bryła Kolegiaty kształtowała się pomiędzy XIII a XV-wiekiem i mniej więcej od tamtego czasu zbytnio się nie zmieniła. To tuzom gotyku ceglanego zawdzięcza ona bogatą formę zewnętrzną: różnorodne portale, olbrzymie, wykończone wimpergami blendy na wieżach, jeszcze bardziej wimpergami zachwycające lizeny i przypory ambitu oraz kaplicy Mariackiej (te maszkarony!), mnogość maswerków zdobiących wspomniane wcześniej elementy.





Jak już pewnie zdążyliście mnie poznać to wiecie, że w kościelnych wnętrzach łatwo potrafię wpadać w zachwyt. I szczerze powiedziawszy nie byłem gotowy na to co w zanadrzu ma stargardzka kolegiata. I nie chodzi o fakt bycia najwyżej sklepionym kościołem w Polsce. To to co znajdziemy na owych sklepieniach, sprawiło, że szczęka gdyby tylko mogła to z głośnym hukiem upadła by na posadzkę. Rzecz jasna polichromie – które to za szczęko-opad głównie odpowiadają – nie pochodzą z czasów średniowiecznych a są li „tylko” odnowionymi dziełami z wieków późniejszych, stanowiąc dziś konglomerat odrestaurowanych pierwotnych malowideł i dodanych później barokowych. I to działa. Same polichromie byłyby jednak niczym bez zjawiskowej architektury będącej dla nich podkładem – sklepienia wszelkiego rodzaju, monumentalne filary, pas triforiowych arkad. Ach.








Kolegiatę zwiedzać można za darmo, od poniedziałku do soboty w godz. 8.00 do 17.00 jak i zapewne w niedzielę, pomiędzy nabożeństwami. Polecam bardzo.
STARGARD – RYNEK I RATUSZ STAROMIEJSKI
Rynek Staromiejski, nad którym świątynia po dziś dzień góruje, jest obecnie tylko cieniem dawnego placu, otoczonego niegdyś przez całe pierzeje stylowych kamienic. Powstałe w ich miejscu bloki sprawiają, że takim Wojtkom jak ja robi się smutno. Na szczęście nie wszystkim zabytkowym budynkom Rynku pisany był nieciekawy los.



Barokowe kamieniczki, odwach i przede wszystkim gotycko-renesansowy Ratusz Staromiejski – choć mocno zniszczone w 1945 roku doczekały się odpowiedniej opieki, podniesienia z gruzów i odbudowy szanującej historyczny charakter. A przyznać trzeba, że odtworzenie niezwykle skomplikowanych i pięknych maswerków wyczyniających cuda na zachodniej elewacji Ratusza musiało należeć to totalnie wymagających zadań – nie wiem czy na szybko przypomnę sobie podobne w Polsce! Ratusz odbudowano w jego najpiękniejszej formie (tu nie ma co gryźć się w język, jest cudowny), dbając tak o wspomnianą elewację zachodnią jak i bardziej stonowaną wschodnią, renesansową.





W barokowym sąsiadującym z Ratuszem odwachu (oraz w sąsiadującej z nim kamienicy) znajduje się drugi ze wspomnianych wcześniej oddziałów Muzeum Archeologiczno-Historycznego. Ciekawe miejsce, pokazujące bardziej współczesne dzieje miasta choć wystawy czasowe rządzą się swoimi prawami i tak obecnie wśród numizmatycznych dobroci można cofnąć się do czasów bardzo odległych.





Muzeum jest czynne przez cały tydzień od 10.00 do 16.00 (w soboty do 14.00), bilety normalne kosztują 10 złotych (ulgowe 6) a w czwartek wstęp jest darmowy.
I tym sposobem myślę, że możemy zakończyć nasz spacer. Trochę ponarzekałem, ale koniec końców chyba więcej się pozachwycałem, prawda? Bo taki też był dla mnie Stargard, pełen kontrastów, ale całościowo absolutnie warty zobaczenia.


Jedna myśl na temat “Zachodniopomorskie: Stargard – ceglany i gotycki zawrót głowy”