Hej! I tym razem zabiorę was do miejsca niezwykłego, z dawna wpisanego na moją japońską bucket listę. Odwiedzimy jeden z największych bastionów japońskiej architektury ludowej, położony głęboko w górach Ryōhaku region Shirakawa-go i jego największą gwiazdę, wioskę Ogimachi, pełną drewnianych, krytych strzechą domów, godnych wpisania na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Będzie mnóstwo pięknej zabudowy, sporo zachwytów nad spuścizną czasów minionych, a w końcu i rozmyślań nad nadmierną turystyką, która wkrada się nawet i do tak zdawałoby się odległych miejsc. Zapraszam!

Wiecie, ja jestem wyjątkowo prostym człowiekiem: od kiedy pamiętam, jak świat długi i szeroki, od wakacji na wielkopolskiej wsi po rumuńskie skanseny, kiedy widzę domy kryte strzechą to już jestem kupiony. Mam niezwykłą słabość do ludowej architektury i pewnie ten jej aspekt, że w życiu codziennym jest jej coraz mniej działa na mnie jak magnes. Dlatego kiedy tylko naście lat temu usłyszałem o kilku japońskich wioskach, otoczonych dzikimi górami, pełnych drewnianych domostw o spadzistych, krytych strzechą dachach, wybudowanych bez użycia gwoździ, dostosowanych do najcięższych zim w całej Japonii a zarazem pozwalających na… hodowlę jedwabników to wiedziałem, że lecąc do Japonii choć jedną z nich będę musiał odwiedzić.

WITAJCIE W SHIRAKAWA-GO (白川郷)*
Shirakawa-go oraz Gokayama (五箇山) są niewielkimi regionami przytulonymi do doliny rzeki Shō, na granicy prefektur Gifu i Toyama. Wybitnie ciekawe to rejony, przez setki lat niezwykle trudno dostępne, zimami wskutek potężnych opadów śniegu na kilka miesięcy wręcz odcinane od reszty kraju, niekoniecznie sprzyjające uprawie ryżu i innych zbóż, wyzwalające w mieszkańcach niezwykłe podkłady elastyczności i pomysłowości, niezbędnej w radzeniu sobie z przeciwnościami losu. W odpowiedzi na najważniejsze pytanie, jak radzić sobie ze śnieżnymi niedogodnościami i jak płacić podatki nie mając ryżu, kluczową rolę odegrały domy, wielkie, drewniane, kryte strzechą, o dachach tak spadzistych, że przywodzących na myśl ręce złożone do modlitwy. Domy w tym stylu powstały setki lat temu, ale dopiero w zeszłym wieku pierwszy raz okrzyknięto je mianem gasshō-zukuri (合掌造) – co w luźnym tłumaczeniu znaczy właśnie: „w kształcie dłoni złożonych do modlitwy”.
* – do Gokayamy nie dotarłem.


Choć krycie dachów strzechą jest rzeczą uniwersalną i spotykaną na terenie tak całej Japonii jak i świata, tak domy z Shirakawa-go oraz Gokayamy są na swój sposób unikatowe. Strome, dwuspadowe dachy w pierwszej kolejności były odpowiedzią na surowe zimy nękające okolice. Mówi się, że mało które miejsce w Japonii poszczycić się może podobnie wielkimi opadami śniegu – rocznie dochodzącymi do 10 metrów, nierzadko utrzymującymi się na poziomie do metrów dwóch! I cóż, dzięki stromej konstrukcji biały puch nie miał (wciąż nie ma) szans zalegać na dachach w ilościach zagrażających katastrofą, zwalniając mieszkańców ze zmartwienia – że zacytuję pewnych Galów – „czy niebo nie runie im na głowy?”. Galowie zresztą nie pojawią się tu przypadkowo – dachy niektórych budynków sięgają samej ziemi jako żywo przypominając chaty z wioski Asterixa 🙂

Spadzista, antyśnieżna konstrukcja sama w sobie czymś diablo innowacyjnym nie jest i jak się okazało to poddasza wielopiętrowych, orientowanych z północy na południe domów zrobiły tu różnicę, idealnie nadając się do hodowli jedwabników. Tak, zimą pod grubą warstwą strzechy wolne od chłodu, latem dobrze wentylowane przez przestrzenne okna, zawsze w akompaniamencie dymu, docierającego z niższych pięter (przez kratownicową, bambusową podłogę), z bufetem w postaci liści morwy (gremialnie sadzonej wokół domów) jedwabniki tam miały idealne warunki do rozwoju. Pożytek z żyjątek był podwójny – pozyskiwanie jedwabiu stało się najbardziej intratnym zajęciem, zapewniającym wielu rodzinom niemałe bogactwo, a efekt uboczny wesołego życia jedwabników w postaci ich odchodów okazał się kluczowym elementem drugiego, najważniejszego i najbardziej opłacalnego biznesu: produkcji prochu strzelniczego – jedwabniki i saletra, mówi to panu coś, panie Ferdku?
Czyli jak widać, podobnie jak w przypadku domów przysłupowych na naszym pograniczu z Czechami i Niemcami, domu gasshō-zukuri na poły pełniły funkcje mieszkalne, na poły służyły miejscowemu przemysłowi – prócz jedwabników czy prochu, w domach wytwarzano również papier washi.


Wysokie nawet i na kilkanaście metrów, jedno, dwu, trzy a nawet czteropiętrowe domy powstawały bez użycia gwoździ (te raz po raz pojawiły się wiele lat później przy różnych mniejszych pracach), dając pole do popisu rzemieślnikom, w najróżniejszy sposób łączącym poszczególne drewniane elementy, na poddaszach wzmacniając je wiązaniami neso oraz słomianymi linami – wizyta na jednym z takich poddaszy i spojrzenie na więźbę dachową, pełną wymyślnych rozwiązań pozwala docenić ich robotę. I jakkolwiek duże części budynków całkiem nieźle znoszą upływ czasu to nie można tego powiedzieć właśnie o samej strzesze, która co 20-30 lat musi być wymieniana – dawniej była to broszka tylko miejscowych, którzy organizowali się w grupy zwane kumi i sami przeprowadzali remont, dziś zajmują się tym też i profesjonalne firmy. Ach, trafić tu w czasie takie renowacji, bezcenne. Swoją drogą życie społeczne w dawnej dolinie – kolektywne prace w duchu yui, gdzie każdy wyznaczony ma swoje miejsce i rolę, specyfika dawnego modelu rodziny (relacje mąż-żona-rodzice-teściowie) w dużej mierze zależna… od jedwabniczego przemysłu – samo w sobie jest materiałem na osobną opowieść.



Inna rzecz, że już po powrocie do Polski, nie mogłem odgonić myśli, że takie odizolowane niegdyś społeczności, specyficzne zajęcia i więzy między mieszkańcami nadają wiosce charakteru idealnie pasującego na tło horrorowych opowieści w postaci Gannibala. I cóż, w dalszej części tekstu wrócę do tej myśli 😀
U szczytu swej popularności, w XIX-wieku, w Shirakawa-go i Gokayamie można było trafić na kilkanaście wiosek i niemal dwa tysiące domów gasshō-zukuri. Z czasem jednak, wraz z rozwojem kraju w okresie Meiji, następnie podczas powojennej odbudowy i paradoksalnie po poprowadzeniu przez dolinę krajowych dróg samochodowych i trwałym połączeniu regionu z resztą kraju, tradycyjne domy (podobnie jak i młodzi mieszkańcy wyjeżdżający do wielkich miast) zaczęły znikać z krajobrazu doliny – ba, niekiedy znikały i całe wioski robiąc miejsce m.in. wielkim tamom budowanym na rzece Shō. W tym całym modernizacyjnym pędzie czas na refleksję przyszedł dopiero w latach 60-70. XX-wieku kiedy to miejscowa społeczność rozpoczęła starania na rzecz zachowania i ochrony ocalałych domów – dzięki czemu w ciągu kilku kolejnych dziesięcioleci Ogimachi w regionie Shirakawa-go oraz Ainokura i Suganuma w Gokayamie krok po kroku przeszły długą drogę stając się pierw Narodowymi Miejscami Historycznymi, następnie Ważnymi Dobrami Kultury aż w końcu w 1995 lądując na Liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.



Są tacy, którzy powiedzą, że jest to Japonia najprawdziwsza z prawdziwych, inni rzucą gorzko, że dzięki laurce wystawionej przez UNESCO i zyskaniu światowego rozgłosu, wioski (przede wszystkim Ogimachi) stały się ofiarami nagłej popularności, przeistaczając się w turystyczną pułapkę, skupiającą wszystkie bolączki nadmiernej turystki. Będąc tam niespełna kilka godzin, uzbrojony we własną wrażliwość, poczucie estetyki, cierpliwość i umiejętność (bądź nie) adaptacji do warunków mogę tylko napisać, że odpowiedź na pytanie gdzie leży prawda? nie jest chyba tak jednoznaczna. Od chwili wpisania na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO (czyli 9 grudnia 1995) rok w rok liczba odwiedzających dolinę turystów systematycznie wzrasta, 30 lat temu było do „zaledwie” 770 tysięcy rocznie, obecnie liczba ta jest trzykrotnie wyższa. Widać to w licznych autokarach przywożących zorganizowane wycieczki, we wciąż rozbudowywanych parkingach, w nierzadkich korkach i zachowaniach uprzykrzających życie mieszkańcom. Tak, mieszkańcom – pamiętajmy, że Ogimachi, Ainokura i Suganuma to nie skanseny i parki rozrywki a zamieszkałe wioski, w których zwyczajnie (powiedzmy) żyją ludzie. Ktoś powie „ejże, ale większość z nich żyje z turystów” (szacuje się, że lekko ponad połowa mieszkańców prowadzi jakiś biznes, lokal z noclegiem, jedzonkiem, sklep z pamiątkami) i jakkolwiek jest to fakt, to nie daje on przybyszom immunitetu na krzywe akcje – a tych musiało trochę być, skoro przewodnik, wydany na 30-lecie wpisania na listę UNESCO, w dużej mierze skupiał się na edukacji zwyczajów i m.in. tym co zrobić by zwiedzając nie wchodzić miejscowym na głowy.


Tak, czytając sporo narzekań na (podobno) komercjalizację wioski Ogimachi jechałem z obawami, ale na miejscu wszystkie one wydały mi się przesadzone. Bawiłem się przednio, czując więcej autentyczności niż fałszu, wędrowałem ścieżkami względnie pustymi – nie że było pusto, co to to nie, po prostu z łatwością dało się wytyczyć taką marszrutę, że o spokój nie trzeba było się martwić. Pewne jest jednak to, że ci szukający totalnego spokoju i jakiejkolwiek kameralności powinni skupić się na wioskach położonych głębiej w dolinie, Ainokurze i Suganumie w regionie Gokayama, kilkanaście kilometrów na północ. Jestem jednak pewien, że głosy krytyczne nie wzięły się znikąd i pewnie weekendami czy w święta jest tu zdecydowanie ciężej wytrzymać (no, ale hej, czy nie jest tak z większością popularnych atrakcji?).
Po tym strasznie przydługim wstępie zapraszam na spacer po tym arcyładnym i ciekawym miejscu 🙂
SHIRAKAWA-GO (白川郷): DOJAZD do OGIMACHI
Jeszcze sto lat temu dotarcie do Shiragawa-go i Gokayamy pociągałoby za sobą naprawdę sporo zachodu. Dziś, choć problemów w zasadzie już nie ma to i tak trzeba przyznać, że podróż jest mozolna. Nie dociera tam kolej i jedyną opcją jest samochód. W Ogimachi czekają trzy spore parkingi na, które z pewnością dojedziecie własnym/wynajętym autem. Autokarem natomiast opcji zbyt wiele nie ma, bezpośrednie połączenie do Ogimachi oferuje linia kursująca pomiędzy Takayamą a Kanazawą, Toyamą i Takaoką – jeśli miałaby ona status na fb to brzmiałby on „to skomplikowane” – w jednych miastach zatrzymuje się częściej, innych rzadziej a od czego to zależy to nie mam pojęcia: rzućcie zresztą okiem na rozpiskę. Najszybciej i najczęściej dotrzecie z Takayamy (50 min., 2800 jenów) oraz Kanazawy (1h15 min., 2800 jenów), wolniej i rzadziej, aczkolwiek paradoksalnie taniej prezentują się połączenia z Toyamą (1h20., 2400 jenów) oraz Takaoką (1h40min., 2200 jenów). Bilety można kupić w internetach, z miesięcznym wyprzedzeniem – najszybciej schodzą rzecz jasna kursy poranne, dlatego nie zwlekałbym długo z kupnem 🙂
Jest jeszcze opcja osobnego autokaru World Heritage Bus kursującego z Takaoki, umożliwiającego dotarcie nie tylko do regionu Shirakawa-go, ale i Gokayama i jeśli wiecie, że wasze tempo zwiedzania jest wyższe niż przeciętnie to warto zastanowić się nad jedną z oferowanych tam opcji.

SHIRAKAWA-GO (白川郷): WZGÓRZE Z WIDOKAMI NA OGIMACHI
Przybywając na miejsce pierwszym (bądź drugim) autokarem, jeszcze przed pierwszymi zorganizowanymi wycieczkami, Ogimachi wydaje się wioską wręcz senną. W moim przypadku było przed 9 rano, do otwarcia pierwszych kawiarni i restauracji pozostawała godzina (na późne śniadanko polecam Shirakawago Restaurant Irori, gdzie zamówić można tak fajny secik śniadaniowy, sporo vege wariantów soby czy np. udon curry z wołowiną Hida), pojedynczy mieszkańcy rozpoczynali poranne doglądanie swoich poletek i ogródków. Powiem wam, że w takim spokojnym i kameralnym wydaniu było dosko, a myślę, że jesienią, z nisko zawieszonymi chmurami byłoby w ogóle obłędnie (choć tłoczniej). No nie miałem na co narzekać: domy gasshō, majowa, soczysta zieleń i wysokie góry pokryte resztkami śniegu świetnie się uzupełniały.


By w pełni docenić miejscowe okoliczności przyrody, warto udać się na niewielki wzgórek ponad przystankiem autobusowym. Znajdziecie tam nie jeden, nie dwa, a trzy punkty widokowe… jakkolwiek dwa bardzo do siebie podobne i delikatnie tylko się różniące, no ale cii 😛 Jak tylko dotrzecie na miejsce zrozumiecie dlaczego dawno temu na wzgórzu wybudowano niewielki zamek – lepszego miejsca do obserwowania doliny po prostu nie było. Po zamku śladu już nie ma, są za to punkty widokowe, naprawdę odlotowe. Pierwszy, oficjalny znajduje się w miejscu gdzie prawdopodobnie dawnej stał donżon zamku, tak przynajmniej sugeruje jego nazwa Tenshukaku. Drugi znajduje się zaraz obok, tyci poniżej, przy drogowskazie. Trzeciego szukajcie piątego dnia o świcie podczas zejścia do wioski, gdzie drzewa wzdłuż ścieżki robią w jednym miejscu przysługę fotografom oferując inne a jakże piękne spojrzenie na Ogimachi.






Z przystanku autobusowego na wzgórze macie 15 minut spaceru, co kilkanaście minut jeździ tam też mały busik (300 jenów) więc jeśli macie chwilowo gorszą formę to możecie z niego skorzystać… no, ale sam namawiam na łazikowanie, ono zawsze jest cool.
SHIRAKAWA-GO (白川郷): DOM WADA (和田家住宅)
Ogimachi będąc największym skupiskiem domów gasshō-zukuri nie bez przyczyny jest najczęściej odwiedzaną z wiosek – znajdziecie tam niemal 60 krytych strzechą domostw. W Ainokurze 20, w Suganumie 9, reszta pojedynczo, parami, trójkami (i rzadziej w większej liczbie) rozsiana jest w pozostałych wioskach, zakłada się, że jest ich razem około 150. Najstarsze liczą sobie prawie 300 lat, w krajobrazie mieszają się one z równie ładną drewnianą zabudową ery Edo. Znajdzie się też i kilka śladów po współczesności, ale kryte blachą domy stanowią na szczęście mniejszość i nikną pomiędzy drewnianymi sąsiadami.



Wiele z domostw służy dziś za restauracje, pensjonaty, hotele, sklepy, wiele z nich nie pełni jednak żadnych funkcji poza tą jedną oczywistą, są domami dla żyjących tu od pokoleń rodzin. Wielu turystów o tym zapomina i zdarzało się wielokrotnie, że tacy gagatkowie wparowywali komuś na działkę (czy nawet do domu) uważając ją za jedną z atrakcji.



Tak jak oczywistym jest, że do prywatnych domów nie powinno się zaglądać tak jest kilka rezydencji, które dla zwiedzających są otwarte. Domy te należą od największych i najznamienitszych rodzin Ogimachi, Wada, Kanda czy Nagase. Poznacie je po gabarytach, co najmniej trzech piętrach i większym nagromadzeniu ludków w ich sąsiedztwie. Nieopodal przystanku autobusowego wznosi się imponujący Dom Wada i najpewniej do niego w pierwszej kolejności traficie.


Nie będzie chyba przesadą jeśli nazwę rodzinę Wada największymi szychami w wiosce. No w każdym razie dawniej, kiedy pełnili rolę nanushi (sołtysów) i nadzorców, przyjmujących w swoim domu wysłanników siogunatu i kupców, którzy za saletrę oraz jedwab potrafili zapłacić fortunę. O ich wyjątkowo wysokim, i szczególnym statusie świadczą dwie pary… wejść, jedno dla rodziny, drugie dla ważnych gości. Trzypiętrowy dom odzwierciedla sukcesy w handlu a jego wnętrza pokazują jak wyglądało życie zwykłej rodziny dobra, dobra, wcale nie tak zwykłej familii. Niższe piętra są ciekawe i ładne, pełne delikatnych, poukrywanych akcentów, ale to poddasze robi tu robotę. O tak, stanowiska pracy jedwabników wraz z całą skomplikowana więźbą dachową i skrzypiącą, miejscami prześwitującą podłogą to clou tego miejsca, ukazujące ten najważniejszy aspekt domów gasshō-zukuri.





Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że część domu wciąż jest zamieszkała i obecne pokolenia rodziny Wada musiały nieźle stanąć na głowie, by dostosować go do turystycznej roli, dzieląc go na część mieszkalną jak i wystawową. O tym – w sumie dość oczywistym – fakcie uświadomił mnie dopiero wywiad z obecnym panem Wada, który z pokorą podszedł do wyzwania uznając je za część swojego wkładu w rozwój wsi.

Bilet kosztuje 400 jenów, a zwiedzanie odbywa się w godzinach 9.00-17.00.
Jednak, jak się okazało, Dom Wada nie przygotował mnie na to co czeka w chyba najbardziej imponującym z miejscowych budynków.
SHIRAKAWA-GO (白川郷): MYOZEN-JI (明善寺)
Myozen-ji to w zasadzie nie budynek a cały, liczący sobie 200 lat buddyjski kompleks. Najważniejsza buddyjska świątynia Shirakawa-go historię ma nawet dłuższą aczkolwiek jej główny pawilon, również kryty strzechą, wybudowany został w roku 1827 – za rok piękna, okrągła rocznica się szykuje. Niezwykle stylowy to pawilon, z takim małym fragmentem fasady, której nie powstydziłyby się najładniejsze domy z muru pruskiego. Wnętrza, do których dociera się niemal na samym końcu zwiedzania, nie pozostają w tyle – rzeźbione drewno zdradza kunszt budowniczych, o uwagę walczą malunki na przesuwnych drzwiach fusuma, jak i obrazy na ścianach, a w tym wszystkim, ołtarz, może i cały na złoto, ale jakiś taki wycofany, skrywający Buddę Amidę.




Tym co jednak robi jeszcze większe wrażenie jest sąsiadujący z pawilonem, wielgaśny czteropiętrowy dom (pełniący funkcję muzeum), którego ważnym elementem jest kuri, komnaty kapłana, jego rodziny a także – a może przede wszystkim – salon z paleniskiem irori. Niepozorny kominek jest tutaj bohaterem, bo dzięki niemu zwiedzanie wyższych pięter przypomina spacer po wędzarni. Uciekający z niższych pięter dym był jednym z elementów kluczowych dla jedwabników starających się przetrwać mroźne zimy doliny, dziś spowite w lekkiej mgiełce poddasze służy edukacji – dwa piętra pełne eksponatów, jeszcze bardziej niż w Domu Wada przybliża życie lokalnej społeczności.




Jest w końcu – choć przecież mijana na samym początku – brama Shoromon, której oryginalny dzwon był przykładem tego, że nawet i tak odległe i trudno dostępne miejsca nie uciekły przez Wojną na Pacyfiku i wielką konfiskatą wszystkiego co dało się przetopić na potrzeby armii.

Bilet do świątyni i domu kosztuje 300 jenów, a zwiedzanie odbywa się w godzinach 9.00-16.00 (poza sezonem vide grudzień-marzec) i 9.00-17.00 w pozostałe miesiące.
I ja nie wiem, może miałem szczęście, ale po tym jak czytałem o tych wszystkich tłumach odbierających przyjemność z poznawania Shirakawa-go to mam pytanie: gdzież one? Skoro najważniejsze domy razem ze mną zwiedzało kilka osób (a przez długi czas nikt mi nie towarzyszył) a na spacerze częściej byłem sam, niźli z innymi zwiedzającymi to chyba coś tu nie gra. A może te parę wcześniejszych dni, nierzadko wśród tłumów, zmieniło mi optykę? 10 dni wcześniej podczas Złotego Tygodnia bym pewnie klął na czym świat stoi. No w każdym razie wydaje mi się, że w ciągu tygodnia (byłem w piątek, więc na skraju weekendu), jeśli nie ma żadnego święta to jest tu naprawdę fajnie i nie powiem złego słowa na klimat w wiosce – a otaczające nas zielone lasy i monumentalne góry tylko dodają uroku, zawsze. A jeśli gdzieś traficie na zbiorowisko ludzi, to w okolicach tych największych domów i… budek z żarełkiem (i w jeszcze jednym do, którego zaraz przejdziemy). 😀 No w końcu, z pustym brzuchem źle się zwiedza,prosta sprawa – a tu można np. kiełbaskę z wołowiny Hida popić miejscowym winem, prosto z drewnianej wanienki, chłodzonej górską wodą.





SHIRAKAWA-GO (白川郷): CHRAM SHIRAKAWA HACHIMAN (白川八幡神社)
Tak jak najważniejszą, buddyjską świątynią jest Myozen-ji, tak wyznawcy shinto swe kroki skierują przede wszystkim do chramu Shirakawa Hachiman. Oddalony, skryty na skraju lasu, początkami sięgający ponoć VIII-wieku, swą obecną formę zawdzięcza Yamashicie Ujikatsu, samurajowi wiernemu siogunom z Edo. Za czasów Tokugawów chram urósł do rangi najważniejszego w całej dolinie, podczas restauracji Meiji zasłynął niewzruszeniem na shinbutsu hanzenrei, czyli przelewający się przez cały kraj ruch rozdzielenia buddyzmu od shinto – dzięki czemu do dziś w głównym pawilonie chramu znajduje się rzeźba Buddy ufundowana przez Ujikatsu. Nieżle.


Chram niemalże sąsiaduje ze świątynią Myozen-ji, od przystanku autobusowego dzieli go nie niespełna 1,5 km i to wystarczy by zaglądało tu mniej osób. Co jakiś czas da się jednak słyszeć brzdęk monet i podwójne klaśnięcie w dłonie. Zdecydowanie skromniejsze (od sąsiada) w założeniu, ale niezwykle urokliwe to miejsce. W październiku dwie kamienne bramy torii pokonuje jednak zdecydowanie więcej pielgrzymów. Turystów też. Wtedy to odbywa się tu Festiwal Doburoku, matsuri, które w uproszczeniu moglibyśmy przyrównać do dożynek podczas, których dziękuje się za plony, wznosząc za nie toast doburoku, czyli takiego warzonego w chramach niefiltrowanego, pierwotnego sake.


Pamiętacie jak wspomniałem, że wioska idealnie nadawałby się za tło do jakiegoś mrocznego anime/j-dramy? Jak się okazuje podobnej myśli byli twórcy „Higurasji no Naku Koro ni” (serii kryminalnych powieści wizualnych, potem zaadaptowanych chociażby na anime), którzy totalnie zainspirowani Ogimachi stworzyli wioskę Hinamizawa kreśląc dlań scenariusz tyleż ciekawy co BARDZO niepokojący i ryjący w głowie. Jednym z kluczowych dla fabuły miejsc jest chram Furude, który jako żywo przypomina Shirakawa Hachiman. O niesłabnącej popularności i fascynacji „Gdy zapłaczą cykady” (tak Waneko przetłumaczyło mangową wersję opowieści) świadczy masa wieszanych tu tabliczek ema, rysowanych, nawiązujących do serii.

Spod chramu już tylko żabi skok do drugiego z miejsc generujących największy tłok: kamiennego, wiszącego mostku Deai nad rzeką Shō. Dzieje się tak z trzech prostych powodów: jest on wąski, tuż obok jest wielki parking, no i jest on tym z mostów (bo jest ich w wiosce kilka), który najszybciej i najefektywniej łączy najciekawsze atrakcje po obu brzegach rzeki. Co nie jest rzeczą trudną bo tak jak na wschodnim brzegu Ogimachi mamy pełnoprawną wioskę z całym wachlarzem ciekawostek tak na zachodnim brzegu atrakcja… jest w sumie jedna. Jedna, ale rozbudowana, idealnie nadająca się do bycia „kropą nad I”. Po przejściu mostu wystarczy zrobić krok (znaczy przejść 100 metrów) by doń trafić.
SHIRAKAWA-GO (白川郷): SKANSEN MINKAEN (白川郷合掌造り民家園)
Zanim tam jednak zaglądniemy trzeba oddać mostkowi co mostkowe: spisał się. A musicie wiedzieć, że widząc go pierwszy raz, po prostu zwątpiłem. Betonowa przeprawa wydawała się cherlawa, nie wzbudzała mojego zaufania. Jak dodam do tego lekkie bujanie podczas samego przejścia to już wiecie, jak bardzo się ucieszyłem docierając na drugi brzeg 😀




Jeśli podczas spacerowania po Ogimachi przeszła wam przez głowę myśl „no kurczę, trochę jak w skansenie”, a myśl ta jakkolwiek ciekawa to w odniesieniu do całej wioski niewłaściwa, tak tu, na drugim brzegu czeka miejsce, gdzie takie stwierdzenie jak najbardziej będzie na… miejscu. Przed wami muzeum na świeżym powietrzu Shirakawa-go Gassho-Zukuri Minka-en, skrawek ziemi gdzie przed 60 laty ratunek znalazły domy gasshō, niechciane w innych wioskach doliny.




W 13 lat zgromadzono tu kilkanaście budynków z okolicznych wsi, od stodoły, stajni, przez kapliczki, młyny i niewielkie domostwa po olbrzymie rezydencje, wedle badań należące do najstarszych zachowanych domów gasshō w Shirakawa-go. Przeniesione, odbudowane, uratowane, w odróżnieniu do żyjącego Ogimachi tu mamy pewność, że nie zaglądamy komuś do mieszkania. Nie wiem kto odpowiadał za rozplanowanie skansenu, ale należą mu się brawa – bardzo fajnie i estetycznie syćko tu poukładano.




Wszystkie budynki można zwiedzać. W niektórych czekają na was ekspozycje, tak o historii nieistniejących już wsi, o życiu codziennym w dolinie, o rzemiosłach innych niż jedwabnictwo, jak macie chwilkę to w jednym z domów można obejrzeć nawet i film dokumentalny. Odkryjecie też, że nie zawsze trzeba było budować kilkupiętrowe domy by zapewnić jedwabnikom miejsce do pracy. Do tego w przestrzennych, gościnnych wnętrzach rezydencji rodziny Nakano Chojiro możecie napić się herbaty oraz spróbować słodkiego specjału zenzai, takiego zupo-deseru opartego na czerwonej fasoli adzuki z wkładką w postaci mochi. Czy zaskoczę was jeśli powiem, że i tu ludzi było jak na lekarstwo?





Skansen otwarty jest cały rok*, od grudnia do lutego w godzinach 9.00 do 16.00, w pozostałe miesiące od 8.40 do 17.00. Bilet normalny kosztuje 800 jenów.
* – od grudnia do marca zamknięte w czwartki.
Po zahaczeniu wszystkich perełek Ogimachi warto zrobić kilkunastominutowy spacer w dół rzeki Shō. W ten sposób da się zobaczyć w jakim kierunku poszły wioski w dolinie, porzucające tradycyjną architekturę na rzecz tej trochę i zdecydowanie nowszej. Hatogaya leży dosłownie „za dwoma mostami”, ale domów gassho-zukuri można szukać tam ze świecą w ręku. Wciąż, sporo tam pięknych domów z ery Meiji, ale plastik i blacha nie kryją się już po kątach, a konbini, w pełnej krasie, przypomina, że okres Edo już dawno minął. I wiecie co? Naprawdę warto docenić to, że jednak te kilkadziesiąt domów zaraz obok uratowano. Widząc je na własne oczy, poznając ich historię, wgryzając w dziedzictwo, człowiek wie, że byłoby cholernie smutno gdyby to wszystko przepadło.




I cóż, zanim się pożegnamy, w ramach podsumowania, w oparciu o moją podróż, zwaną dalej przykładem anegdotycznym, ogłaszam co następuje:
- Shirakawa-go i jej najważniejsza wioska, Ogimachi to miejsca ze wszechmiar godne poznania i zobaczenia, idealnie nadające się na jednodniową wycieczkę,
- nie wiem na ile to kwestia odpowiedniego planowania – środek tygodnia, w miesiącach mniej turystycznych, poza weekendami i świętami – na ile szczęścia a na ile przesady w ocenach innych, ale naprawdę późną wiosną, w środku maja było całkiem spokojnie i w porównaniu z innymi turystycznymi atrakcjami poziom tłumu był znikomy,
- z pewnością znajdą się tacy, którzy w 2-3 godziny będą już gotowi ruszać dalej, good for you, ale polecam wrzucenie trybu pełen luz, pozwalający na spokojnie poznanie każdego zakamarka Ogimachi,
Cieszę się, że tu byłem.

Długo byłeś w tej Japonii?
PolubieniePolubienie
Niecałe 3 tygodnie. Tak więc staram się pisać nie stawiając się w pozycji eksperta a fascynata, ktory w końcu spełnił marzenie 😉 A za rok w lutym, powtórka.
PolubieniePolubienie