Japonia: Takayama – Matsuri no Mori czyli podglądając cudowne festiwalowe platformy

Cześć! Kontynuujemy naszą powolną p[odróż na zachód wyspy Honsiu, zostawiamy za sobą Matsumoto i ruszamy w stronę Takayamy, miasta nad wyraz cudownego i tego, które podczas całej japońskiej wyprawy zrobiło na mnie największe wrażenie. Przed wami więcej niż jeden list miłosny do tamtejszej architektury, tradycji, jedzenia i ludzi.

Witajcie w Takayamie.

Takayama to niezwykle urokliwe, kameralne, niewielkie miasto… wróć! Jest tu pewna pułapka i niech nie zwiedzie was nikła, jak na Japonię liczba 80 tysięcy mieszkańców – całkiem niedawno, wskutek fuzji z okolicznymi wsiami i miasteczkami Takayama stała się… drugim NAJWIĘKSZYM miastem Kraju Kwitnącej Wiśni, powierzchnią ustępując tylko Tokio! Trochę niesamowita sprawa, prawda? Coś jakby na 2177 kilometrach kwadratowych rozmieścić populację Nowego Sącza (pozdrowienia!). No jest to administracyjne kuriozum, pociągające za sobą ciekawy fakt, że w granicach miasta leży np. część podziwianego przez nas parę dni wcześniej… masywu Hotaka, oddalonego od historycznego centrum Takayamy o 40 kilometrów. No nie powiem, zaskoczyło mnie to wielce.

Tu mamy Takayamę.
I paradoksalnie tam na grani też jest Takayama :O
Rzućcie zresztą okiem.

Zacznijmy zatem od początku. Takayama to niezwykle urokliwe, kameralne, ale nie takie małe jak by się mogło wydawać miasto, otoczone niekończącymi się lasami, słynące ze zjawiskowego i zabytkowego centrum, niezliczonych świątyń i chramów, jednego z trzech najpiękniejszych w Japonii festiwali, rzemiosła artystycznego najwyższych lotów, pierwszorzędnej kuchni i niezwykle przyjaznych mieszkańców. Już na papierze sprawiało wrażenie takiego, z którym na pewno się polubimy. Tego jednak, że wspominać je będę jako te, które w krótkim czasie zdołało skraść mi serce, to się nie spodziewałem. Dlatego, siedzę teraz i planuję jak tu spiąć cztery litery i w październiku na własne oczy zobaczyć jesienną odsłonę tutejszego matsuri. I właśnie od opowieści o miejscowym festiwalu, niezwykłych platformach yatai oraz niedoścignionym kunszcie miejscowych rzemieślników rozpoczniemy nasz spacer.

Zielona Takayama.
W licznych browarach można spróbować miejscowe sake.
Takayama Matsuri unzawane jest zaa jeden z trzech najpiękniejszych festiwali w Japoni..

Zalesione góry i doliny dawnej prowincji Hida, dziś w dużej mierze prefektury Gifu, od zarania dziejów były domem dla najwybitniejszych japońskich cieśli i stolarzy. Bujne lasy, bogate w cedry, cisy, cyprysiki czy buki sprzyjały rozwojowi sztuk związanych z wycinką i późniejszą obróbką drewna, nic zatem dziwnego, że tamtejsi rzemieślnicy już dobre 1300 lat temu słynęli ze swych umiejętności, z czasem zyskując miano Hida no Takumi, Mistrzów z Hidy. Pełnymi garściami, na skalę wręcz przemysłową z ich usług korzystał dwór cesarski tak w Narze jak i później Kioto, rok rocznie kontraktując przeszło 100 rzemieślników, w zamian za ich pracę zwalniając prowincję z uiszczania podatku. Sytuacja typu win-win (choć tak naprawdę rzemieślnicy nic do gadania nie mieli i musieli przystawać na oferty pracy), stolica i dworskie posiadłości piękniały, wędrujący po kraju fachowcy doskonalili swe umiejętności a po powrocie do Hidy dzielili się nowinkami, dokładając do miejscowej sztuki nowe cegiełki. Mijały stulecia, cesarski patronat ustąpił miejsca siogunatowi Tokugawa Takayama stała się administracyjnym centrum kontroli nad każdym aspektem drzewnego przemysłu. Przyciągające rzesze rzemieślników miasto (jak i sąsiednia Furukawa) rozkwitło, stając się niejako największym zagłębiem Hida no Takumi, przy ich pomocy wzbogacając miejską tkankę o niezliczone, stylowe świątynie i rezydencje, zyskując miano Kioto Hidy.

Widok na dziedziniec Takayama Jin’ya, siedziby administracji za czasów siogunatu Tokugawa.
Pagoda świątyni Hida Kokubun-ji, jeden z przykładów maestrii miejscowych rzemieślników.
Czy rzemieślnicy z Hidy maczali palce przy powstawaniu pierwszych kompleksów świątynnych w Narze? Nie inaczej.

Drewniane tradycje silne są tam po dziś dzień, zabytkowa architektura wciąż zachwyca zwiedzających historyczne centrum, meble z Takayamy słynne są na całą Japonię (i nie tylko), najlepsi miejscowi konserwatorzy na cały krają niosą pomoc w ratowaniu zabytków, jak i przedmiotów użytkowych a artystyczne rzemiosło żyje, o czym przekonać można się choćby w Muzeum Matsuri no Mori, jednym z dwóch miejsc poświęconych miejscowemu festiwalowi. Tam was zapraszam.

Historyczne centrum miasta drewnem stoi.
Wystarczy też jednak wysiąść z pociągu i już na dworcu spotkać się z dziełami Katsuhiro Higashiego, specjalizującego się w ichii-ittobori, „jednokawałkowym” rzeźbieniu w drewnie cisowym.

TAKAYAMA MATSURI (高山祭)

Takayama Matsuri przez wielu zaliczane jest do trzech najpiękniejszych festiwali w całej Japonii (zaraz obok Gion Matsuri w Kioto, oraz nocnego Yomatsuri w Chichibu) i nie wiem ile jest tym prawdy a ile marketingowej magii, ale po bliskich spotkaniach z głównymi bohaterami miejscowych świąt, platformami yatai, śmiem zaryzykować, że nie ma w owym twierdzeniu nuty fałszu. A fakt, przypadającej w tym roku 10 rocznicy wpisania festiwalu na Listę Światowego Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO tylko mnie w tym przekonaniu umacnia.

Przepiękne repliki yatai możliwe do podziwiania w Matsuri no Mori Museum.

Takayama Matsuri odbywa się dwa razy w roku, wiosną jako Sanno Matsuri 14 i 15 kwietnia, oraz jesienią w postaci Hachiman Matsuri 9 i 10 października, dokładnie i zawsze w te dni, bez wyjątków, nie bacząc na to czy święta przypadają w weekend czy nie. Podczas pierwszego święta uroczystości skupiają się wokół chramu Hie, w południowej części miasta, jesienią sercem festiwalu jest chram Sakurayama Hachimangu na północy. Całe miasto i tłumy przyjezdnych wychodzi wówczas na ulice, towarzysząc setkom przebranych w tradycyjne późnośredniowieczne stroje festiwalowiczom, biorąc udział w procesji mikoshi, obserwując taniec lwa, podziwiając paradę wymyślnie zdobionych platform yatai, za dnia zaskakujących pokazami mechanicznie poruszanych lalek karakuri, wieczorem pięknie rozświetlonych dziesiątkami latarni. Od pierwszych festiwali mogło minąć i 300 lat, ale śpiewy, tańce, zabawa, podziękowanie za wszystko co dobre i wiara, że przyszłość nie będzie rzucała kłód pod nogi, pozostają raczej takie same..

Repliki yatai, w odpowiednim anturażu robią kapitalne wrażenie.
Drewniane elementy robią wrażenie.
Repliki yatai robią piorunujące wrażenie.

Yatai platformami są drewnianymi, na ich pokrycie nie szczędzono laki, nie brak im też złotych ornamentów, niezwykle wymyślnych i zachwycających, pięknie współgrających z efektami pracy mistrzów artystycznego „dłubania” w drewnie – wszystkie ozdobniki są efektami wielu dziesiątek, jak nie setek lat przyjaznej acz zawziętej rywalizacji pomiędzy społecznościami wielu dzielnic, pokolenie w pokolenie opiekujących się poszczególnymi platformami, chcących by to te ich były NAJ. A – chowając skromność do kieszeni – trzeba przyznać, że urodę każdej miejscowej yatai przyrównywać można do ‚barokowych’ cudów rodem z kompleksu świątynnego w Nikko, i to już nie przelewki. Choć ich początki najpewniej były dużo skromniejsze i „przepych” przyszedł z czasem, rozwojem miasta i bogaceniem się jego mieszkańców.

Sztuka.

Platformy są dwadzieścia trzy, podczas wiosennego święta podziwiać można dwanaście z nich, jesienią przychodzi czas na pozostałą jedenastkę Jeśli tak jak ja zawitacie do miasta poza czterema festiwalowymi dniami to nic straconego: na co dzień większa część platform ląduje w specjalnie dlań przygotowanych, białych magazynach, ale reszta (w postaci 4 sztuk) udostępniana jest w sali wystawowej Yatai Kaikan, nieopodal chramu Sakurayama Hachimangu. Nie trafiłem tam jednak, bo z pełną premedytacją wybrałem diablo ciekawą alternatywę.

„Magazyn” na yatai.
Chram Sakurayama Hachimangu.

TAKAYAMA: MATSURI NO MORI MUSEUM (まつりの森)

Kilka dziesięcioleci temu, w ramach zmierzenia się z wielowiekową tradycją grupa rzemieślników podjęła się zadania stworzenia wiernych replik platform, tak w ramach najlepszego, możliwego, praktycznego testu swoich umiejętności. Przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem, osiem pełnoskalowych replik zyskało miano platform Heisei (ostatnie postały na początku XXI-wieku, pozostałe we wcześniejszych latach panowania cesarza Akihito) i nie wiem czy od początku planowano udostępnienie ich w formie jak dzisiaj, ale ktokolwiek na ten pomysł wpadł: chwała ci/wam!

Repliki yatai robią piorunujące wrażenie.
Repliki yatai, w odpowiednim anturażu robią kapitalne wrażenie.

Sześć platform można podziwiać w przybytku o ciekawej nazwie Matsuri no Mori Museum/ Festival Forest Museum (i cóż głębszej warstwy etymologicznej, prócz tego, że znajduje się ono na skraju lasu nie potrafiłem znaleźć. Anyway, Matsuri no Mori znajdziecie kilka kilometrów na południe od centrum miasta. Muzeum jest częścią większego kompleksu na jaki składa się również Insektarium, Wiewiórkarium (nie wiem czy jest takie słowo xd) i kilka restauracji, obleganych w ciągu dnia przez autobusowe turnusy. I nie wiem jak pozostałe, ale obiekt nas interesujący intryguje już z poziomu „architektury” , a raczej tego, że większa część jego wnętrz znajduje się w… wielkiej jaskini, częściowo pewnie naturalnej, częściowo wydrążonej przez człowieka, przez cały rok zapewniającej temperatury na poziomie kilkunastu stopni – pamiętajcie więc, latem czy wiosną warto mieć ze sobą jakiś cieplejszy ciuch. Surowość skalnej hali w połączeniu ze sztucznymi światłami i wielgaśnymi, przewieszonymi tu i ówdzie płachtami daje ciekawy vibe, przede wszystkim jednak daje możliwość podejrzenia platform w ich najlepszym, podświetlonym przez latarnie wydaniu.

Matsuri no Mori.
Yatai w Matsuri no Mori są wiernymi replikami tych biorących udział w festiwalu..
Yatai w Matsuri no Mori są wiernymi replikami tych biorących udział w festiwalu..

Nim jednak do jaskini wejdziecie czeka was spacer przez długi hol. Służy on niejako za tę część stricte muzealno-ekspozycyjną. Wzdłuż jednej ściany ciągną się miniaturowe repliki wszystkich 11 wiosennych platform, wzdłuż drugiej zobaczycie m.in. rekwizyty związane ze świętem, m.in.  maska lwich tancerzy czy wiekowe parawany byōbu przedstawiające festiwal z czasów Edo. No i jest gagatek, którego nie da się nie zauważyć, bęben taiko. Olbrzymi, największy w Japonii wykonany z jednego kawałka drzewa, kameruńskiego bubinga o średnicy prawie trzech metrów. Taki, w który można a wręcz należy uderzyć by napawać się jego długo niosącym się echem. Ach, pomyśleć tylko co wykrzesaliby z niego bębniarze z grupy Kodo. Jak się okaże nie jest to jedyny olbrzymi bęben jaki w muzeum zobaczycie, kolejne czekają w jaskini, gdzie co godzinę dzięki biorą udział w animatronicznym spektaklu.

Hol proadzący do jaskini.
Miniaturowe repliki yatai.
Zabytkowe parawany.

Na chwilę obecną wykonano repliki ośmiu platform, myślę jednak, że to tylko kwestia czasu jak powstaną kolejne – rzemieślnicy z Takayamy mnie słyszą, tak? Yatai odwzorowano w najdrobniejszych szczegółach, zaczynając od drewnianych szkieletów i rzeźb, przez złote zdobienia i ornamenty, po wykończenia tak malowane jak i wyszywane nawet i w jedwabiu. Powolny spacer między platformami dorównuje wizytom w galeriach sztuki, przegląd technik, stylów i filozofii pracy jest naprawdę spory – czarna i czerwona laka w kontraście do złota czy też maestria ichii ittobori, zdobniczych elementów, rzeźbionych z jednego kawałka cisu robią wrażenie. I chyba każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Złote zdobnicze cudeńka… jakkolwiek to fragment platformy a mikoshi.
Stworzenie replik było pewnego rodzaju wyzwaniem dla współczesnych rzemieślników.

 

Rzeźbienie w drewnie, specjalność Hidy.
Rzeźbienie w drewnie, specjalność Hidy.

Zwróćcie uwagę na jeszcze jedną, i nie wiem czy nie najciekawszą rzecz, której w Matsuri no Mori doświadczycie. Otóż. w przeciwieństwie do sali wystawowej w północnej części miasta, skalna grota wydaje się oferować większą immersję, dając namiastkę tego jak wygląda nadzwyczaj ważna część miejscowego matsuri, pokazy karakuri. Rzecz jasna lalki są tu sterowane automatycznie, ale ich kilkuminutowe przedstawienia (nie tylko imitujące te rzeczywiste pokazy lalkarskie, ale i niejako służące za substytut ot choćby ludzi grających na festiwalach) jako żywo robią wrażenie – powiem wam więcej, dźwięki niosących się echem bębnów, świdrujący japoński flet, ruchy lalek nawiązujące do estetyki teatru noh potrafiły wzbudzić we mnie nie tylko zachwyt, ale jakieś takie uczucie niepokoju XD Dlatego bardzo się ucieszyłem, kiedy do zwiedzania dołączyło kilka osób obawa, że lalki zerwą się z uwięzi i zaczną mnie gonić osłabła. Każda platforma ma w paradzie swoje miejsce, rolę a także historię do opowiedzenia. Krótkich przedstawień jest sześć, każde trwa 4 minuty, odbywają się co 10 minut, co godzinę robiąc kółko na nowo zaczynając cykl.

Lalki karakuri są niezwykle ważnym elementem Takayama Matsuri.
Lalki i jedne z największych bębnów taiko w Japonii.
Karakuri są mechanicznymi lalkami, a ich początki przypadają na XVII wiek.
Bębniarze-lalkarze platformy kaguradai, prowadzącej jesienny festiwal.

Animatronika dosięga tu nie tylko karakuri, ale i jeszcze jednego, emblematycznego dla Takayama Matsuri elementu, tańca lwa. Shishimai, taniec lwa rzecz w swych odległych korzeniach chińska (a nawet, jakby się zagłębić bardzo głęboko sięgająca i na bliski wschód), zaadaptowana przez Japończyków i religię shinto jest po dziś dzień jednym z najpopularniejszych, najciekawszych i najbardziej różnorodnych elementów japońskich festiwali, liczy się, że w całym kraju występuje kilka tysięcy jego odmian. To taniec będący formą podziękowania za pomyślność, ale i mający odganiać złe duchy czyhające tuż za rogiem. W Takayamie wykonywany jest w tandemach, rolę lwa odgrywana jest przez dwie osoby – tułowie lwa jest zielone, pokryte wyrazistymi, ognistymi wzorami, jego głowa czerwona a ślepia złote. I jakkolwiek to zabrzmi: jeśli lew będzie chciał was ugryźć to pozwólcie mu na to, ponoć trudno o lepszą obronę przed chorobami i nieszczęściem.

Głowa lwa.
Shishimai na drzeworycie Utagawa Kunisady.

A to wciąż nie wszystko. W cieniu wysokich na kilka metrów platform chowa się niezwykłej urody mikoshi, znana już wam, widziana już wcześniej, chociażby w Tokio, kapliczka w formie palankinu. Ta jedna jest wyjątkowa, w całości wykonana z miejscowego cisu, pokryta laką i niesamowitą wręcz ilością złotych zdobień, ważąca bagatela 3 tony! Z tego co wiem służy ona tylko jako eksponat i raczej nie ma się co dziwić – mikoshi biorące udział w Sanja Matsuri ważą trzecią część tego kolosa i wyobrażam sobie jakim wyzwaniem byłoby samo jego uniesienie. Nie ma chyba w Japonii drugiej tak ciężkiej kapliczki.

Złote mikoshi.
Złote mikoshi.

Tak więc widzicie, nawet jeśli nie uda wam się trafić na samo Matsuri to zawsze warto odwiedzić to miejsce. Muzeum otwarte jest przez cały rok, w godzinach 9:00-17:00, bilet dla dorosłych kosztuje 1000 jenów, dla dzieci 600 jenów. Optymalnie zwiedzanie może zabrać nawet i godzinę, wtedy obejrzeć można wszystkie kukiełkowe przedstawienia. A pewnie, jeśli macie czas to warto i wybrać się do sali wystawowej na północy miasta. Duch festiwalu jest tam silny.

Tu was tymczasem zostawię, mając nadzieję, że Takayama znajdzie się na waszym radarze podczas planowania japońskiej ekskursji 🙂

 

Dodaj komentarz

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.