Cześć! Pora na zakończenie – nazwijmy to – pierwszego etapu tej japońskiej podróży, a co za tym idzie pożegnanie z Tokio: nie zabraknie parków (a co, nigdy mi się nie znudzą), podpatrzymy z czym się je jedno z najważniejszych tokijskich świąt Kanda Matsuri a na koniec zabiorę was na mecz najpopularniejszego sportu w Japonii, baseballa! Chodźmy.
Ostatnim razem zostawiłem was w okolicach Parku Yoyogi i lasu otaczającego chram Meiji-jingu… dlatego oczywistym jest, że pierwszym miejscem do którego teraz was wezmę będzie kolejny park 😀 Mam nadzieję, że nie macie ich już powyżej dziurek w nosie, ale na wszelki wypadek niniejszą wizytą na jakiś czas zamkniemy temat tokijskich parków i ogrodów.
TOKIO: SHINJUKU GYOEN (新宿御苑)
Tak, kończąc spacer po Meiji-jingu spojrzałem na mapę, wcześniej zaznaczone nań punkty i cóż, grzechem byłoby nie ruszyć na północ. Cel, Park Shinjuku Gyoen oddalony jest od poświęconego cesarskiej parze chramu o zaledwie 15 minut spokojnego spaceru. I jest to spacer warty uskutecznienia, bo naszym celem jest ostatni z najważniejszych parków w japońskiej stolicy. I chyba jeden z najciekawszych, bo łączący w sobie cechy ogrodu japońskiego, angielskiego krajobrazowego i kreślonego linijką francuskiego. Posiadający palmiarnię, muzeum, kilka kawiarni i dawne zabudowania z ery Meiji zaprasza w swe podwoje. Za jedyne 500 jenów.


Shinjuku Gyoen podobnie jak pierwszy odwiedzony przeze mnie tokijski park-ogród, Hama-rikyu, proweniencję ma feudalną. Przed wiekami teren ten należał do wiernych wasali siogunatu Tokugawa, rodziny Naito. Oni to w XVIII-wieku na przepastnym fragmencie ziemi stworzyli podwaliny pod dzisiejszy park, w zasadzie kreśląc kształt obecnego Ogrodu Japońskiego. Prawdziwego przyśpieszenia historia dawnych włości Naito nabrała jednak w czasie restauracji Meiji. Pierw trafiły one pod skrzydła rządu, stając się domem dla tzw. Stacji Eksperymentalnej zajmującej się badaniami nad uprawą owoców, warzyw, kwiatów, szybko przybierając kształt i funkcje Parku Botanicznego, a w końcu w 1906 roku finalnie stając się Shinjuku Gyoen, Cesarskim Ogrodem, krajobrazowym parkiem, którego główną wartością stać się miało cieszenie ludzkiego oka. Park zaprojektowany przez francuskiego mistrza Henriego Martineta ucierpiał w czasie II Wojny Światowej, szczęściem odbudowany został wedle jego planów, i w kilka lat po konflikcie uznany został za Ogród Narodowy, którym to statusem cieszy się do dziś a jego dość eklektyczny charakter sprawia, że totalnie warto się tu wybrać. Uff.




Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Spacer mostkami pomiędzy stawami pozwoli dostrzec precyzję ogrodu japońskiego, wszystko ma tu swoje miejsce i cel, wielki „trawnik” ogrodu angielskiego zachęca do piknikowania a kreślony od linijki ogród francuski pochwalić się może setkami gatunków róż, wiosną i latem przyciągających spore tłumy. Rzecz jasna to jednak sakury są w Parku numerem jeden i wczesną wiosną, od dziesiątek lat podziwiane są przez tysiące odwiedzających. Znajdziecie tu przeszło 50 rodzajów wiśni co – o ile dobrze mi się wydaje – sprawia, że kwitnienie może tu trwać trochę dłużej niźli tam gdzie spotkać można mniejszą ich różnorodność, wszak każda odmiana zakwita inaczej. Finally jak będziecie mieć więcej czasu to możecie wybrać się do palmiarni czy muzeum Parku (w którym dowiecie się tego wszystkiego co powyżej, ale w naprawdę uporządkowanej i pogłębionej formie) a w ostateczności – jeśli czas będzie was jednak gonił – warto na chwilę zajrzeć do rezydencji w stylu amerykańskim, która za cesarzy Taisho i częściowo Showa służyła za siedzibę założonego przez nich… klubu golfowego. Wejście do wszystkich budynków pokrywa bilet wstępu do samego parku.






I cóż, w normalnych okolicznościach byłby to początek długiego spaceru po Shinjuku, no ale o normalnych okolicznościach nie było mowy: nie dość, że wieczór zarezerwowany był na mecz baseballa to jeszcze w drodze do Godzilla Store los rzucił mi pod nos plakaty mówiące o trwającym festiwalu Kanda Matsuri. W takich chwilach mówi się „Sorry Shinjuku, następnym razem!”, tu się dzieją rzeczy i Wojtek musi je zobaczyć! Dlatego szybkie zakupy w sklepie poświęconym najsłynniejszemu kaiju na świecie i można było ruszać w stronę Kandy i Nihonbashi, gdzie lada chwila miały ruszać procesje z omikoshi.




TOKIO: KANDA MATSURI (神田祭)
W sumie to trochę byłem na siebie zły, że risercz przy planowaniu tego dnia zatrzymał się na meczu baseballa i gdzieś przed nosem przeleciał mi fakt, że właśnie w TEN JEDEN weekend trwać miało Kanda Matsuri. No, ale jeszcze bardziej byłbym zły gdybym o tej, tak naprawdę oczywistej (patrząc z perspektywy czasu i większej już wiedzy o japońskich świętach) rzeczy dowiedział się po wyjeździe z Tokio. Oj, ależ bym sobie kopniaka w cztery litery zafundował. Na szczęście los postawił wspomniane wcześniej plakaty na mojej drodze i dzień był uratowany.

Bo móc zobaczyć i poczuć (choć częściowo) jeden z najbardziej znanych, obchodzonych w Tokio festiwali shinto i nie skorzystać z tego przywileju? Niedoczekanie. Kolorowe święta angażujące społeczności, skupione tak wokół pojedynczych chramów, dzielnic, ale i całych miast, pełne duchowego uniesienia, fizyczności, energii i szacunku dla tradycji to jeden z tych elementów, japońskiej kultury, które absolutnie warto zobaczyć na własne oczy.

Matsuri niejedną mają twarz i choć dziś nie zawsze są wydarzeniami stricte religijnymi a bardziej hm, kulturowymi(?) to w swym rdzeniu wpisują się w charakter świąt spotykanych na całym świecie: modlitwa, dziękczynienie za pomyślność i prośby dotyczące najróżniejszych aspektów życia, zdrowia, udanych plonów, ochrony przed katastrofami (to akurat bardziej japońska specjalność), pamięci o zmarłych. Na poziomie „tematycznym” brzmi całkiem znajomo, warstwa wykonawcza jest już zupełnie inna – setki jak nie tysiące mniejszych i większych matsuri obchodzonych jest na niezliczoną ilość sposobów, tym co wyróżnia największe i najsłynniejsze są barwne procesje z kapliczkami omikoshi, parady z monumentalnymi platformami dashi, najróżniejsze tańce czy w końcu hanabi, pokazy sztucznych ogni.


Kanda Matsuri należy do tych, gdzie pierwsze skrzypce grają barwne, głośne i radosne procesje z omikoshi, przenośnymi kapliczkami w formie palankinów. Omikoshi uznawane są za siedzibę kami i można uznać, że te podczas procesji, przetransportowane na barkach wiernych ruszają na „obchód” swoich włości. Omikoshi są małymi dziełami sztuki, kapliczkami niezwykle bogato zdobionymi lecz tak jak są piękne, tak są ciężkie, dlatego niesione są przez grupy liczące co najmniej kilkanaście osób – szybko zauważycie, ze niosąca je ekipa nieustannie się zmienia i osoby zmęczone zastępowane są tymi z zapasem energii – idealnie wpisuje się to w japoński etos prac zespołowej będąc jednocześnie świetnym spoiwem dla lokalnych społeczności




Procesje pełne są żywiołowych śpiewów, całej gamy gestów i zawołań, energicznego potrząsania palankinem, odpowiedniego dresscodu w postaci tradycyjnego krótkiego płaszcza happi czy opaski na głowę hachimaki, towarzyszą im dźwięki bębnów taiko, fletów shinobue fue, dzwonków i gongów kane a ulice, którymi omikoshi jest transportowane pełne są budek ze streetfoodem – oj tak, jedzonko jest nieodłączoną częścią festiwali, choć w sumie i po prostu życia w Japonii jako takiego 😀 A skoro o jedzonku mowa to powiem wam, że tak dobrego i totalnie ośmiornicowatego takoyaki jak wówczas to nigdy nie jadłem.





Mówi się, że historia święta sięga wielu set lat, ale jego rozkwit nastąpił wraz z nastaniem siogunatu Tokugawa i patronatem samego Ieyasu, który odwdzięczyć się miał za gorliwe modły w intencji zwycięstwa w bitwie pod Sekigaharą. Od tamtego czasu charakter matsuri ewoluował, zmieniał się jak samo Tokio, i choć fajnie byłoby obserwować dawną paradę dashi jak przed stuleciami to nikt nie odbierze mi radości z obserwowania procesji. Ruszają one z wielu miejsc w Akihabarze, Kandzie, Nihonbashi i Otemachi (by uzmysłowić wam skalę wyobraźcie sobie, że omikoshi jest prawie 200!) a punktem ich ostatecznego spotkania jest chram Kanda Myojin, gdzie na drugi dzień odbywa się główna uroczystość i parada przyciągająca największe tłumy. I o rety, tego jak dziwnie podczas samego obserwowania procesji zagina się czasoprzestrzeń wam nie wytłumaczę, ale wiecie-znacie to uczucie, kiedy energia dziejących wokół się rzeczy was porywa – a i tak to co dzieje się pierwszego dnia jest niczym w porównaniu z wydarzeniami niedzielnymi. Anyway, bardzo jestem rad, że trafiłem do Tokio właśnie w te dni maja ubiegłego roku – każda inna data sprawiłaby, że święto przeszłoby mi koło nosa: festiwal odbywa się bowiem w latach nieparzystych w weekend poprzedzający 15 maja (w tym roku był to 10 i 11).




Dlatego jeśli będziecie mieć okazję – czy to w Tokio czy innym mieście – uczestniczenia, obejrzenia jakiegokolwiek matsuri to bardzo, ale to bardzo wam polecam, wrażenia i wspomnienia, za które nie zapłacicie nawet kartą mastercard gwarantowane.
Niestety jednak nie mogłem zostać do samego końca, wzywało mnie danie główne tego dnia.

TOKIO: MECZ Yakyū , CZY JAK KTO WOLI BASEBALLA
A tak. Udział w jakimś sportowym wydarzeniu obrałem sobie za jeden z żelaznych punktów do odhaczenia podczas wyjazdu. Przede wszystkim celowałem w Wielki Turniej Sumo, ale na podobny pomysł wpadło pewnie kilkadziesiąt jak nie kilkaset tysięcy ludzi i parę chwil po rozpoczęciu sprzedaży biletów już nie było – a te parę chwil dosłownie przespałem 😀 Dlatego jeśli macie zamiar na turniej zapolować to bądźcie czujni i nie zwlekajcie nawet minuty.


Dlatego po nieudanym polowaniu na sumo mój wzrok skierował się na baseball, który – co wiele osób zaskakuje – jest najpopularniejszym sportem w Japonii. I paradoksalnie(?) zdobycie biletu na mecz jest wielokrotnie prostsze niźli na sumo bo też spotkań w sezonie jest od groma i nie występuje takie zakupowe „wzmożenie” jak w przypadku zaledwie 6 Wielkich Turniejów Sumo. Proste. Kupno samych biletów przez internet (a w każdym razie na mecz na stadionie Yakult Swallows) również jest dziecinnie proste, nie wymaga japońskiego numeru telefonu, nie straszy też tak popularnym w Japonii systemem loteryjnym – wystarczy wejść na stronę klubu, wybrać datę, strefę na trybunach i włuala. Sezon 2026 japońskiej ligi NPB (Nippon Professional Baseball) startuje 27 marca a bilety do sprzedaży trafiają około miesiąca wcześniej. Powodzenia.



No dobra, ale to nie łatwość w zdobyciu biletów była tu najważniejsza. Baseball określany w Japonii mianem yakyū jest z polskiej perspektywy sportem wciąż dość egzotycznym i znanym głównie z amerykańskich filmów, w Japonii tymczasem jego historia, nie dość, że sięga przeszło 100 lat to jest też wielkim biznesem, sportem totalnym, niezwykle popularnym a największe gwiazdy jak choćby grający w MLB Shohei Othani posiadają status największych celebrytów. Cóż, do Stanów Zjednoczonych w najbliższym czasie się nie wybieram więc możliwość obejrzenia meczu w Japonii, poznanie tej atmosfery i zobaczenie różnic nie tylko geograficznych, ale i sportowych (na piłkę nożną to się w Polsce czy Anglii chodziło) jak najbardziej mnie jarało.

I o rety, jakież to było fajowskie i pozytywne doświadczenie! Bilety kupiłem na meczy Yakult Swallows – Yomiuri Giants, obie drużyny pochodzą z Tokio tak więc czekało mnie derby. Rywalizacja obu drużyn nie powoduje niestety takich emocji jak piłkarskie derby takiego Glasgow czy Manchesteru – te zarezerwowane są dla zmagań z największym, odwiecznym rywalem z odległej Osaki, Hanshin Tigers. Nikt mi jednak nie wmówi, że domowe zmagania z sąsiadem nie działają na ambicję, a mniej utytułowanym i będącym prawie zawsze w cieniu Jaskółkom to już na pewno.

Swallows swoje mecze rozgrywają na jednym z najbardziej emblematycznych baseballowych stadionów nie tylko Japonii. Stadion Meiji-jingu w tym roku obchodzić będzie stulecie powstania (tak, jeśli nazwa coś wam mówi to dobrze – stadion był częścią upamiętnienia zmarłej parę lat wcześniej cesarskiej pary) i wielu opracowaniach wspomina się go jako jeden z czterech wciąż istniejących na których mecz rozegrał legendarny Babe Ruth, który wraz z cała śmietanką amerykańskiego baseballa zagrał tu w czasie Wielkiego Touru w w1 934 roku. Ech, piękne czasy gdy amerykańsko-japońska rywalizacja kończyła się na boisku – przeszło dekadę później w Wojnie na Pacyfiku zginie kilku graczy biorących udział w tym meczu. Nad samym stadionem wiszą ciemne chmury zwane nowym stadionem – jego budowa zakończyć ma się w 2032 roku i wiekowej arenie pisana ma być rozbiórka. Wiele osób się z tym nie zgadza, powstają petycje, komitety i walka o zachowanie Meiji-jingu trwa.


Anyway, choć część trybun odpowiada sektorom: gospodarze mają prawa stronę stadionu, tę od pierwszej bazy, goście zajmują część lewej strony, to chyba nie ma tu żelaznej zasady i aż tak sztywnego rozdziału bo moja trybuna jak długa i szeroka (na wysokości trzeciej bazy, po lewej stronie) była wesołą mieszaninę kibiców obu drużyn. I kurcze, taką zdrową atmosferę opartą na czysto sportowej rywalizacji bez skakania sobie do gardeł szanuję – kiedy goście zdobywali punkt w górę szły pomarańczowe ręczniki, kiedy Swallows byli górą w powietrze szły małe parasolki z ich logiem – wyjątkową celebrację gospodarzy, niezależnie od wyniku podziwiać można w połowie siódmej rundy. A jak mecz długi wsłuchiwać można się w rytmiczną grę bębnów i trąbek, będących tłem dla niezliczonych piosenek z „Tokyo Ondo” na czele. I choć meczu nie uświetnia obecność podkręcającej królowej Elżbiety II oraz hymn śpiewany przez Enrico Palazzo to wspomnienia zostaną na zawsze.


Mecz yakyū jak się okazuje potrwać może nawet i przeszło 3 godziny, dlatego nie powinien dziwić was widok kogoś kibicującego, ale i zajadającego małe co nieco. I to nie tak, że jakiegoś batona czy bułę a po prostu ramen, sushi, yakitori czy curry. Gastronomiczne zaplecze jest całkiem pokaźne, a co więcej na stadion chyba wciąż można (tak przynajmniej było do niedawna) swoje jedzonko czy picie w plastikowych butelkach. W tym aspekcie nie można pominąć roli jaką podczas meczów spełniają uriko, dziewczyny od piwa.
Czy ktoś tego chce czy nie alkohol i reklamy alkoholu mają się w Japonii nadzwyczaj dobrze, występują wszędzie i w całkiem sporych ilościach a piwo po pracy jest często postrzegane jako jeden ze służbowych obowiązków. Do celu jednak. Podczas meczów baseballowych zauważycie dziewczyny w kolorowych strojach (z logami producentów piw), przez bite trzy godziny krążące po stadionie z 15-litrowymi kegami piwa na plecach, obsługujące wszystkich, mających ochotę na małe piwko. Uriko, dziewczyny od piwa wydają się być dla Japończyków kimś absolutnie naturalnym i kurczę, jestem pełen podziwu dla ich wytrzymałości i zdrowia – przez cały mecz pokonują trybuny z góry na dół i z uśmiechem na twarzach (choć pod koniec spotkania widać, że jest to bardziej wymuszony grymas i zmęczenie) są na każde pomachanie ręką (w ten sposób daje się znać o chęci zakupu piwa). Czytając o ich pracy spomiędzy w większości pozytywnych wrażeń przebijają się głosy przyrównujące niekiedy rytm i wymogi ich pracy do rygorów (i patologii) biznesu Idoli. No mam nadzieję, że złe warunki czy traktowanie należy jednak do rzadkości.

Jeśli pamiętacie z różnych imprez te obrazki jak Japońscy kibice zostają po meczach i sprzątają po sobie swoje trybuny to i tu (bez zdziwienia) po zakończonym meczu zaobserwować można to samo – wydaje się, że każdy zabiera ze sobą wszystkie plastikowe butelki, talerzyki, pudełka po bento i po do drodze wyrzuca je do wielkich koszy, tak, że po meczu ekipy sprzątające ograniczają się li tylko do pobieżnego obejrzenia stadionu. Szacuneczek. Sprzątanie i kolektywne dbanie o czystość to jedna z tych rzeczy, którą chętnie z Japonii bym pożyczył.
I cóż, Yakult przegrali 3-2, ale co się na obserwowałem i nacieszyłem to moje. Jeśli tylko będziecie mieć okazję (i chęć) uczestniczenia w matsuri czy bejsbolowym meczu to absolutnie was do tego namawiam, masa energii płynąca z obu tych wydarzeń jest ogromna a doświadczenie czegoś takiego wychodzi daleko poza zwykły spacer po Shinjuku czy zakupy w Donki. Zalecam 🙂



