Cześć! Dziś zabieram was na jednodniowy wypadzik w japońskie góry, będziemy zachwycać się wiosennymi widokami, trochę narzekać na tłumy, a potem znowu zachwycać widokami. Bo jest czym. Zapraszam was do doliny Kamikochi, miejsca arcypięknego, totalnie wartego wpisania na japońską bucketlistę.
Matsumoto bywa nazywane Bramą Alp Japońskich i rzeczywiście, miasto jest bardzo wdzięcznym miejscem do rozpoczęcia poznawania japońskich gór. Położenie i dobra komunikacja sprawiają, że bardzo łatwo uskuteczniać zeń jednodniowe wypady, jest to też miejsce, które może być po prostu przystankiem na trasie podróży w dalsze, trudniej dostępne rejony. Ja miałem zamiar korzystać z dogodnej lokalizacji i dwa kolejne dni przeznaczyłem na szybkie wycieczki w miejsca zjawiskowe i dla japońskich gór emblematyczne. Pierwszym celem było Kamikochi, górska dolina ciągnąca się wzdłuż rzeki Azusa. Piękna, oszałamiająca widokami, przystępna, przez długą część całkiem płaska a przez to… STRASZNIE POPULARNA. Brzmi trochę jak przepis na piękną katastrofę w stylu najbardziej monotonnych fragmentów tatrzańskich dolin, które mimo pięknych widoków, potrafią zniechęcić tłumami. Bez obaw, na ewentualne tłumy jak i nudę łatwo da się znaleźć rozwiązanie.


DOLINA KAMIKOCHI: DOSTĘP i DOJAZD
Dolina Kamikochi leży na terenie Parku Narodowego Chubu Sangaku, około 40 kilometrów na zachód od Matsumoto, licząc od do przystanku przy stawie Taisho Ike, gdzie według mnie warto rozpocząć spacer. Dotarcie tam nie jest takie oczywiste Zapomnijcie o własnym aucie, tym dojedziecie co najwyżej do parkingów przy bramach Parku Narodowego, skąd do doliny pozostaje ok. 10 kilometrów. Drogą. Asfaltową. Miejscami wąską z nikłym poboczem. Z kilkoma tunelami. Czyli z buta, w sezonie pokonać raczej ich się nie da. Na parkingach można spróbować łapać taksówkę, można też wcześniej kupić bilet na autobus z Matsumoto, na parkingach mają one swoje przystanki. Tyle tylko czy takie kombinowanie ma sens? Dla mnie idealnym (i najlepszym) rozwiązaniem było bezpośrednie dotarcie komunikacją publiczną, bez wydziwiania, prosto z Matsumoto do doliny. Opcje są dwie:
- bezpośredni autobus, zaczynający swą przygodę na Terminalu Autobusowym Matsumoto (zaznaczę wam na mapce). Kursy są – bagatela – dwa dziennie, o 5:30 i 10:15, jazda trwa planowo 95-105 minut a koszt takiej przyjemności wynosi 4450 jenów.
- na jednym łączonym bilecie, pierw przejażdżka pociągiem z dworca głównego Matsumoto do stacji Shin-Shimashima a tam przesiadka na podstawiony autobus do doliny. Jest taniej (3710 jenów), ale delikatnie dłużej. Takich połączeń jest kilkanaście. Co ważne: w drodze powrotnej obowiązuje tylko wariant łączony, a ostatni autobus rusza o 17:55.

Jak więc widzicie ruch do doliny odbywa się w rytmie kolejnych kursów autobusowych, dlatego odpowiednie planowanie pozwoli wam uporać się z problemem tłumów. Wiem, że to oczywista oczywistość, ale wystarczy wybrać się pierwszym możliwym autobusem i już będzie dobrze. Będąc w dolinie z pierwszym rzutem odwiedzających można być niemal pewnym całkiem sporych luzów na szlaku – tym bardziej, że ruszając nań, każdy zacznie tuptać swoim tempem, niektórzy sprintem, inni przystawać będą na zrobienie miliona zdjęć i tak grupka szybko się rozrzedzi. Na pierwszy autobus z Matsumoto Bus Terminal (o 5.30) bilety rozchodzą się jak ciepłe bułeczki więc warto mieć się na baczności – kupić je można nawet z miesięcznym wyprzedzeniem.

Co najważniejsze jednak: w połowie listopada dolina jest oficjalnie zamykana, i pozostaje taka do połowy kwietnia. Autobusy nie kursują, hotele, pensjonaty i sklepy zapadają w sen zimowy. Jednak nawet wtedy jest szansa na jej odwiedzenie : biura podróży organizują jednodniowe wypady na rakiety śnieżne, załatwiając tak dojazd, opiekę przewodników jaj i odpowiedni sprzęt do łazikowania.

DOLINA KAMIKOCHI: Z CZYM SIĘ TO JE?
Kamikochi to arcypiękna górska dolina, położona na wysokości 1500 metrów, przez 15 kilometrów towarzysząca rzece Azusa, wartko sunącej pomiędzy wysokimi nawet i na 3000 metrów pagórami Północnych Alp Japońskich. Jedna z najpopularniejszych dolin japońskich gór (w ubiegłym roku odwiedzona przez 1 600 000 turystów) nie potrzebuje dużo czasu by rozwiać wszelkie wątpliwości co do słuszności swej renomy. To idealne miejsce tak dla tych, którym wystarczy nieśpieszny spacer wzdłuż rzeki połączony z podziwianiem górujących z prawa i lewa szczytów, jak i dla tych, którzy dolinę traktują jak punkt startu dla trekkingu w wyższe partie gór – a rozsiane po grzbietach schroniska i pola namiotowe pozwalają na naprawdę długie szwendanie (pobawcie się google map by zobaczyć widoki spod schronisk, cudo).


Jadąc tam na jeden dzień wielkie łazikowanie po górach odpada i większość odwiedzających wybiera spokojny, niewymagający spacer wzdłuż rzeki i stawów. Przy czym wydaje mi się, że spora część zadowala się takim absolutnym minimum, po przejściu kilku kilometrów okopując się w okolicy emblematycznego dla doliny mostu Kappa Bashi. I w sumie co mi do tego, niech każdy zwiedza jak chce. Inna rzecz, że tłumek w okolicach mostu potrafi być NAPRAWDĘ SPORY dlatego warto się tam zatrzymać… ale tylko na chwilę, czym prędzej ruszając dalej. Ot choćby kontynuując spacer wzdłuż rzeki, lub uskuteczniając fajne podejście do chaty Dakesawa, na wysokości ponad 2000 metrów, tak by złapać zupełnie inne wrażenia niźli w dolinie. I do takiego spaceru po Kamikochi mam zamiar was teraz przekonać 🙂

KAMIKOCHI (上高地): STAW TAISHO (大正池)
Pierwszy autobus odjeżdża z Matsumoto o nieludzkiej godzinie, 5.30. Na szczęście z hotelu na przystanek autobusowy miałem 5 minut spaceru więc tragedii nie było. Po drodze śniadaniowe zakupy w całodobowym 7-Eleven (onigiri i kawa) i można było ruszać. Większość z 95 minut w autobusie przeznaczam na sen i po niespełna 40 kilometrach, w pełni skupiony wysiadłem na pierwszym z trzech przystanków doliny, nieopodal Stawu Taisho (大正池). To tu zaczniemy nasz spacer.

Wysiadając z pozostałymi, pierwszymi tego dnia przybyłymi, myśli uciekają 200 lat wstecz, podobne rozkminy mam w wielu miejscach w górach Polski, Niemiec czy Czech. 200 lat, niby niedużo a jednak dla turystyki górskiej cała wieczność, czas kiedy sukcesywnie, krok po kroku, góry z dość niedostępnych zakątków przeistoczyły się w miejsca gdzie tysiące ludzi spędza wolny czas. Podobnie jak w Europie, japońskie otwarcie się gór na turystykę nastąpiło w XIX-wieku. Kamikochi, wówczas dość dzikie, było domem dla niewielu, pojedynczych drwali, myśliwych, ale i okazjonalnie przewodników. Kamonji Kamijo był jednym z nich, był też tym, który oprowadził po dolinie, jak i pobliskich szczytach jegomościa dla japońskiego alpinizmu wielce zasłużonego, Anglika Waltera Westona. Ten, zachwycony okolicznościami przyrody miał z pełnym przekonaniem ochrzcić je mianem Japońskich Alp, nazwą zasłyszaną wcześniej u kolegi po fachu. I choć nazwa Nihon Arupusu (zbiorcza dla trzech pasm nań się składających) się przyjęła to pamiętajmy, że Północne, Centralne i Południowe Alpy to tak naprawdę Góry Hida, Kiso i Akaishi. Kamikochi jest częścią tych pierwszych.


Lepszego miejsca na rozpoczęcie spaceru nie można sobie wyobrazić. Godzina 7 rano, sama dolina skryta jest jeszcze w cieniu, okoliczne szczyty wygrzewają się już za to w słońcu. Cisza jak makiem zasiał przerywana tylko śpiewem ptaków i pobrzękiwaniem, niewielkich dzwoneczków na niedźwiedzie, przytroczonych do plecaków miejscowych. Ostrzeżeń o obecności miśków (występują tu niedźwiedzie czarne) jest zresztą sporo i co kilkaset metrów znaleźć można dzwonki, którymi warto dać znać o swojej obecności.

Dolina położona jest na 1500 metrach wysokości, dlatego pamiętajcie, że i w środku maja o poranku potrafi być tam niesamowicie rześko, by nie powiedzieć chłodno – w ciągu dnia robi się ciepło, ale rankiem kurtkę czy inny ciepły ciuch warto mieć.

Staw Taisho służyć może za lustro, jednym z pięknie odbijających się w nim pagórów jest Yakedake, gagatek bez którego tak naprawdę nie odbywałby się ten spacer. Yakedake jest bowiem wulkanem i kilkanaście tysięcy lat temu, swymi wulkanicznymi ekscesami ukształtował znaczną część koryta Azusy, wprowadzając ją na salony, pomiędzy górskie szczyty. Co więcej, niewiele ponad sto lat temu, ponowna erupcja doprowadziła do spiętrzenia się rzeki i powstania stawu, tego nad którym stoimy. Po latach efekt katastrofy postanowiono wykorzystać i po dziś dzień staw ma również funkcję publiczną, służąc za zbiornik nieodległej elektrowni wodnej.

Przez pierwsze kilometry – patrząc od Stawu – dolina jest płaska niczym deska, przez co niezwykle łatwa i przyjemna do łazikowania. Na niespełna 4 kilometrach, przewyższenia sięgają ledwo 30 metrów, dalszy spacer wzdłuż rzeki jest tylko troszkę bardziej wymagający, ale powoli, powolutku teren idzie w górę osiągając 1622 metry przy schronisku Yokoo Sanso – przy starcie z wysokości 1495. Schronisko wraz z polem namiotowym to już jednak bardziej odległa część doliny, położone 13 kilometrów od jej początku i trafia tam raczej niewielka część odwiedzających. Gros z przybyłych za główny cel wędrówki obiera most Kappa – miejsce wraz z masywem Hotaka najbardziej emblematyczne, pojawiające się na olbrzymiej wielkości zdjęć z Kamikochi – oraz stawy Myojin godzinę spaceru dalej. I to jest takie minimum, które – jeśli nie macie zamiaru skręcić wyżej – polecam zrobić.

KAMIKOCHI (上高地): SPACERKIEM WŚRÓD MOKRADEŁ I WZDŁUŻ RZEKI
Staw Taisho i most Kappa dzieli niespełna 4 kilometry. Szlak jest łatwy i początkowo odbija od rzeki, prowadząc budzącym się do życia lasem. Maj jest bardzo wdzięcznym miesiącem jeśli chodzi o górskie wyprawy (wszędzie!), roślinność zaczyna nadrabiać stracony czas, tymczasem wyżej wciąż zalega śnieg – piękny to kontrast. Co prawda na podziwianie dolinnych delicji, kwitnących zawilców czy jabłoni było jeszcze za wcześnie, ale i tak świeża zieleń cieszyła oko. Całkiem spora część doliny jest podmokła i długimi fragmentami idzie się po różnorakich kładkach – ba, po zaledwie kilometrze las na chwilę się przerzedza robiąc miejsce sporym moczarom. Zwą się one Tashiro, podobnie jak niewielki, bardzo urodziwy staw ukryty w lesie – wystarczy skręcić w prawo i podejść kawałek. Jest bardzo prawdopodobne, że będzie on pierwszym z miejsc gdzie traficie na kolejkę do zrobienia zdjęcia xd Ja wolałem iść dalej, co zobaczyłem to zobaczyłem i w pamięci mi zostanie.




Kiedy szlak wraca nad rzekę, Azusa pierwszy raz pojawia się w swej klasycznej formie, nie rozlana jako staw a spokojnie spływającą z gór. I o rety, jakie to jest piękne, ic bjutiful – woda szmaragdowa acz przejrzysta, delikatny jej szum, śpiewające ptaszki, gdzieś w oddali dzwonki, ponownie. To te chwile, kiedy najmniej ekscytujące podejście i nudny kawał spaceru… mógłby trwać w nieskończoność. Powoli też na horyzoncie pojawiają się wszystkie najważniejsze elementy krajobrazu, niczym pionki na szachownicy zajmując przypisane im pola, most Kappa i wysokie nawet na 3000 metrów szczyty masywu Hotaka. Wszystko pięknie, tylko że…





KAMIKOCHI (上高地): KAPPABASHI (河童橋)
Wiecie co, podchodząc do Kappabashi przyszła pora na srogą rozminę. Bo dolina szczyci się tym, że jest car-free i tu rzeczywiście szacun, fajnie. Z drugiej jednak strony docierając w okolice mostu czułem taki zgrzyt, nie wiem do końca jak to określić. Powodem było zatrzęsienie hoteli po obu stronach rzeki, zdecydowanie odbierające temu fragmentowi sporo naturalności. Tak, wiadomo, że infrastruktura pomocna odwiedzającym, odpowiadająca na wielkie zainteresowanie tychże, jak najbardziej jest wskazana, ale jakoś tak momentami wydawało się, że opieka ta jest aż nadmierna. Biło mnie to trochę po oczach, bo prócz hoteli są i sklepy i restauracje – no nie da się zaprzeczyć, Kamikochi jest kurortem w sercu Parku Narodowego. Co ciekawe jednak – i to w pewnym stopniu mnie zaintrygowało – stan taki obowiązuje od lat. 50 XX-wieku i jest ustawowo regulowany: więcej niż 17 obiektów w dolinie nie powstanie i basta. Cóż, w pewnym stopniu jest to informacja w jakimś stopniu dająca nadzieję, że więcej ludzkiej ingerencji nie uświadczymy, i serio mam nadzieję, że postanowienie będzie się utrzymywało możliwie jak najdłużej. Bo nie wiem jak wy, ale sam wolałbym by było tu po prostu bardziej kameralnie, ot co.

No, ale na śniadanko z przyjemnością się zatrzymałem – budynek przy ostatnim przystanku autobusowym skrywa nie tylko restaurację, ale i sklepy czy centrum informacji turystycznej.


No, ale dobra, niezależnie od moich zapatrywań na kwestię hoteli to przewieszonemu nad rzeką mostowi nie można odmówić ikoniczności. Obecna przeprawa jest piątym wcieleniem Kappabashi, pierwotnie – o ile dobrze rozczytuję źródła – most był podnoszony, lecz od 1910 każda kolejna jego twarz jest już mostem wiszącym. Dziś wiszą też na nim turyści – wszyscy MUSZĄ zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Nazwa mostu nawiązuje rzecz jasna do jednych z najbardziej znanych yokai japońskiego folkloru, kappy, złośliwych demonów pomieszkujących w okolicach zbiorników wodnych – dolina wraz z yokai (a także mostem) są bohaterami noweli „Kappa” słynnego Ryūnosuke Akutagawy i jeśli mistyczne stwory zaprawdę dolinę zamieszkiwały/ują to ciekawe jak zapatrują się na tysiące gości dziennie.




Mostów przewieszonych nad Azusą jest kilka, ale to właśnie Kappabashi zyskał największą renomę – duża w tym zasługa masywu Hotaka służącego za dalsze tło. Patrząc na zdjęcia myślę jednak, że kolejna przeprawa, nieopodal stawów Myojin, w odpowiednich warunkach, jesienią, przy dramatycznym, pochmurnym niebie mogłaby stanąć w szranki o miano najbardziej zjawiskowego kadru. Chętnie ruszyłbym sprawdzić jak daleko/blisko prawdy są moje przypuszczenia, ale wcześniej opracowany plan zakładał coś zupełnie innego.
KAMIKOCHI (上高地): DAKESAWA HUT
Niezaprzeczalnym atutem doliny jest to, że prócz sielskości nad rzeką jest też bramą do Północnych Alp Japońskich i oferuje multum możliwości ruszenia w wyższe partie gór, z wysokości 1500 metrów bardzo szybko można przenieść się na szczyty sięgające od 2000 do nawet 3000 metrów. Decyzję o takim właśnie lekkim trekkingu podjąłem bez większego zastanawiania się, jedyne co zaprzątało moje myśli to pytanie: jak dużo śniegu zalega powyżej 2000 metrów. Szlak do schroniska Dakesawa udzielił bardzo dokładnej odpowiedzi na to pytanie.

Zostawiając Most Kappa za sobą, żegnamy się z tłumami. W dalszą drogę ruszają niedobitki. Większość osób za cel obiera jednak położone dalej, kolejne stawy, wspinaczkę ku schronisku zaczynam sam. Nim to jednak nastąpi, warto zatrzymać się na mokradłach Dakesawa, chyba najbardziej niespodziewanym-a-kapitalnym przystanku na płaskościach doliny. Przezroczysta woda, zieleń mieszająca się z martwotą otaczających drzew, feeria barw dna rzeki i poszarpany szczyt góry Roppyaku pięknie się tu komponują.




Faktyczne podejście do schroniska zaczyna się na rozejściu szlaków nieopodal – jeden prowadzi do kolejnych stawów, drugi odbija w las. Interesuje nas ten drugi. Do przejścia są trzy kilometry a 700 metrów przewyższenia rozkłada się miarowo, wystarczy złapać rytm i iść. Pierwsza część podejścia prowadzi przez arcyfajny las, ścieżka jest to kamienista, to błoniasta, to trzeba posiłkować się kładką. O taką japońską naturę nic nie robiłem!



Kiedy – w swojej pysze chyba xd -zaczynam myśleć, że tylko ja tego dnia wybrałem tę ścieżkę spotykam grupkę Francuzów. Dalsza droga do schroniska oraz późniejsze zejście do doliny obfitować będzie w wiele krótkich postojów i wymian uprzejmości z połową świata, od Chilijczyków po Australijczyków. Po chwili las zaczyna się rozrzedzać, równolegle do szlaku pojawia się olbrzymie ciągnące setki metrów rumowisko skalne, przez długą część tylko towarzyszy wspinaczce, w pewnym momencie trzeba pokonać jego kawałek by finalnie zacząć ostateczne podejście po wielgaśnym polu śnieżnym.





No i powiem wam, że maj na łazęgę po śniegu przy całkiem słonecznej pogodzie jest porą taką sobie – podejście o jeszcze wczesnej porze było w porządku, ale przy zejściu tylko czekałem na jego koniec – tu raczki, lub kijki sprawdziłyby się idealnie. Ciekawe było znakowanie szlaku na tym odcinku. Niewielkie tyczki z powiewającymi wstążkami – choć z opisu wydawałyby się trudne do zauważenia – sprawdzały się całkiem dobrze.



Temu ostatniemu, kamienisto-śnieżnemu podejściu towarzyszą najbardziej kapitalne, najbardziej panoramiczne widoki. Dolina z Azusą wydają się takie drobne, odległe szczyty Abo i Akandana czy też wzrastające tuż przed moim nosem, górujące nad schroniskiem skalne ściany masywu Hotaka pełne są jeszcze śniegu i dopiero za dobry miesiąc przyodzieją się w zielone, letnie barwy. Jest pięknie, ale i bardziej wymagająco, tak więc skupienie wskazane.






Dakesawa jest jednym z kilkunastu schronisk w Północnych Alpach Japońskich, i nie wiem jak w przypadku pozostałych, ale działo ono tylko w sezonie, od ostatniego tygodnia kwietnia do pierwszego tygodnia listopada. W zeszłym roku opady śniegu było obfite dlatego kwiecień i początek maja był dla pracowników schroniska wielce pracowity. Podczas tej wizyty niektóre mniejsze robótki wciąż trwały w najlepsze, kuchnia nie działała chyba jeszcze na najwyższych obrotach, ale pyszne curry czy zupka oden jak najbardziej były w menu. Kapitalną robotę w przedstawianiu życia i pracy w okolicznych schroniskach znajdziecie na blogu grupy Yarigatake, zarządzającej większością z nich.




Latem, kiedy śnieg ze szlaków znika już całkowicie, a wy będziecie czuć się na siłach warto rozważyć nocleg, i trekking na któryś z okolicznych trzytysięczników, Okuhotaka, Mae-Hotaka czy Karasawę – z tego co czytałem, szlaki są jednak miejscami dość wymagające tak więc tu już lepiej wgłębić się w szczegóły. Równie dobrze, można też wtedy, co pewnie sam bym uskutecznił, władować się na instalowaną wówczas przed schroniskiem ławkę-huśtawkę 😀 Kurczę, pobujałbym się.

Podejście z doliny zajęło mi niespełna 2 godziny, zejście choć początkowo na mokrym już dość śniegu i zaraz potem kamieniach, zmieściło się w 90 minutach. Już w dolinie, w okolicy Kappabashi poddałem się popołudniowemu chillowi, w pełni oddając się słońcu , przez godzinkę prażąc się na kamienistej plaży, susząc przy okazji buty i skarpetki. A potem cóż, pokręciłem się jeszcze wzdłuż rzeki, kupiłem kilka pamiątek i słodyczy w sklepie i trzeba było zbierać się na autobus. Piękny był to dzień, nie zapomnę go nigdy.

Słowem podsumowania:
- proponuję wybrać się autobusem z samego rana o 5:30 i wracać jednym z ostatnich kursów o 17:15 lub 17:55 – dzięki temu macie sporo czasu tak na wędrówkę wzdłuż rzeki, lub opcjonalnie wyskoczenie na krótki trekking wyżej,
- spacer spod stawu Taisho do Kappabashi ma niewiele ponad 4 kilometry, dlatego warto ruszyć dalej, przez mokdarła Dakesawa do stawów Myojin, to kolejne 3 kilometry, a później dlaczego by nie jeszcze dalej do mostów za Tokusawa-en. Ewentualnie wybrać się wyżej:
- szlak do Dakesawa Hut liczy sobie 4 kilometry w jedną stronę (2h wejście i 90 minut zejścia), nie jest szczególnie trudny, ale wiosną ze względu na śnieg trzeba uważać a i kawałek po rumowisku skalnym to zawsze moment kiedy warto się skupić,
- weźcie ze sobą kilka monet 100 jenowych, tu trochę inaczej niż w miastach kibelki nie są darmowe, a w każdym razie nie wszystkie,
- warto zakręcić się tu w październiku, drzewa zaczynają przybierać jesienne kolory,
- o ciuchach odpowiadających pogodzie i porze roku, odpowiednich butach i reszcie oczywistości przypominać wam nie muszę, prawda?
No, to by było na tyle. Bawcie się cudownie i odkrywajcie Kamikochi w swoim stylu i tempie 🙂


