Cześć! Ruszamy zatem dalej, na zachód. Północ. Północny-zachód. Pierwszym przystankiem będzie Matsumoto, miasto słynące z pięknego kilkusetletniego, oryginalnego zamku (co w Japonii musicie wiedzieć nie jest rzeczą taką oczywistą). Zapraszam do miasta pięknie położonego u stóp Japońskich Alp, potrafiącego sprawić, że człowiekowi lekko na duszy się robi a i brzuszek nakarmiony będzie.
Planowanie pierwszej wizyty w Japonii jest rzeczą cudowną, ale potrafi też być udręką, prawda? Wiecie, kiedy chcecie złapać wiele srok za jeden ogon i władować w program 2137 żelaznych atrakcji. A potem, po pogodzeniu się z tym, że czas nie jest z gumy i nie dysponujemy mocą teleportacji, kawałek po kawałku trzeba zrezygnować z tego i owego. Jednej rzeczy byłem jednak pewien: nie ważne jak, ale przynajmniej na kilka dni chciałem wyskoczyć w góry. Pierwotnie nawet nie tyle by jakoś wybitnie po nich pochodzić (choć troszkę też), ale po prostu być, widzieć je, chłonąć energię z ich bliskości. Po chwili namysłu i spojrzeniu na mapę uznałem, że takie minimalne wymagania trzeba schować do szafy i w pełni wykorzystać fakt, że zasadniczo góry w Japonii spotkać można niemal na każdym kroku a w kilka godzin da się z Tokio dotrzeć do kilku z dawna wymarzonych miejsc.

Wizyta nad jeziorem Kawaguchi i spotkanie z Fuji-san skończyło się odhaczeniem pierwszego z pięknych marzeń, kolejne czekały w Matsumoto w prefekturze Nagano, u stóp Alp Północnych. W mieście mogącym się pochwalić jednym z ostatnich, oryginalnych, kilkusetletnich zamków, mieście będącym idealną bazą wypadową do krótkich jednodniowych ekskursji nie byle jakich: dolina Kamikochi oraz szlak Nakasendo, mówi to panu coś, panie Ferdku?



Dodatkowo samo Matsumoto okazało się dość osobliwym przykładem miasta, z którym – mimo przeważnie, mocno klockowatej architektury, estetycznie odległej ode mnie jak tylko można – całkiem szybko się polubiłem. Nie wiem czy to zasługa reliktów starego miasta, ładnie bądź co bądź wkomponowanych w nowszą tkankę, delikatnych, nieinwazyjnych jasnych i kremowych kolorów większości budynków, pięknego światła podczas całego pobytu, majaczących na horyzoncie gór czy po prostu faktu, że poza turystycznym magnesem w postaci Zamku życie toczy się tam spokojnym, leniwym, codziennym tempem, tak kojącym po tokijskim przebodźcowaniu? Myślę, że wszystkiego po trochu. I mam nadzieję, że tym wpisem zarażę was entuzjazmem mi towarzyszącym 🙂


Matsumoto jest domem dla jednej z ostatnich, oryginalnych, wielkich japońskich warowni, Czarnego Zamku, wybudowanego pod koniec XVI-wieku, monumentalnego i namacalnego dziedzictwa feudalnej przeszłości kraju, ocalałego z burzliwych czasów reform cesarza Meiji, jak i zniszczeń Wojny Na Pacyfiku. Handlowe serce regionu, którego pamięć o dawnych czasach zaklęta jest w zabytkowych magazynach kura, służących dziś tak za kawiarnie, sklepy jak i mieszkania. Miasto kulinarnie pyszne, oferujące tak absolutny klasyk prefektury w postaci soby (konsumpcja w niezdrowych ilościach to jedno, warsztaty robienia makaronu to drugie, festiwal mu poświęcony to trzecie!) jak i miejscową specjalność… koninę! Miasto sztuki gdzie kropki Yayoi Kusamy znajdziemy tak w muzeum jej poświęconym, jak i na miejskich autobusikach, gdzie rok rocznie na miejscowym festiwalu Seiji Ozawa dyrygował specjalnie na tę okazję zbierającą się Orkiestrą Saito Kinen – po śmierci mistrza kontynuującą jego dzieło pod batutami innych dyrygentów. Miasto nauki, gdzie w budynku dawnej szkoły wybrzmiewają echa po początkach szkolnictwa ery Meiji, gdzie swoją pedagogiczną metodę ukształtował Shinichi Suzuki. Miasto, o pulsie spokojnym i miarowym, po jednym dniu zwiedzania zostawiające z niedosytem (tym bardziej jeśli źle rozplanowało się wizytę i nie wszędzie się człowiek dostał xd) i mocnym postanowieniem powrotu . Chodźcie, wielka pora by cosik wam pokazać.



MATSUMOTO (松本市): DOJAZD
Matsumoto leży w rozległej kotlinie, otoczone przepięknymi górami jest idealną bazą wypadową do poznawania tychże, nie bez przyczyny dzierżąc miano Bramy do Japońskich Alp. Choć tak po prawdzie to większość największych miast regionu rości sobie prawa do tego tytułu i w sumie czemu nie, bram może być kilka. Dostanie się tutaj z Tokio nie powinno sprawić wam większego problemu. Oba miasta dzieli odległość około 200 kilometrów i najłatwiej pokonać je pociągiem: bezpośrednio z Shinjuku co godzinę mknie Limited Express Azusa (w ramach Chuo Line), 6620 jenów, 2 i pół godziny jazdy i stolicę zamieniacie na Nihon Arupusu, dobry deal. Z Shinjuku startuje również Highwaybus, jedzie trochę dłużej (3h20min), jest mniej wygodnie, plusem jest za to cena, bilet dla dorosłych kosztuje 4100 jenów.

Bezpośrednio dostaniecie tutaj również z nieodległego Nagano, Limited Express Shinano drogę do stolicy prefektury pokonuje w 55 minut – w drugą stronę, do stacji początkowej w Nagoji jedzie 2 godziny z groszem. Tak wcześniejszy jak i powyższy express łapią się na JR Pass.
Sam z kolei startowałem znad jeziora Kawaguchi i wymagało to delikatnie większej gimnastyki, Fujikawaguchiko nie ma z Matsumoto żadnego bezpośredniego połączenia dlatego do wyboru są dwie opcje: autobus+pociąg lub pociąg+pociąg. W pierwszym przypadku najbardziej opłaca podjechać do Kōfu, gdzie można złapać wspomnianą już Azusę, w drugim motyw jest podobny tylko stacją przesiadkową jest Ōtsuki. Koniec końców wybrałem autobus (bilety z łatwością kupiłem w wieczór poprzedzający wyjazd) a i w Kōfu bez problemu znalazłem miejsce na najbliższy express do Matsumoto.


MATSUMOTO: SPACERY, SPACERY
I tak po przeszło 3 godzinach jazdy dotarłem do Matsumoto. Tym co najbardziej zaskakuje jest spokój z jakim wita mnie miasto. Gwar dworca szybko ustępuje miejsca niesamowicie wręcz pustym uliczkom. Przydworcowe, wysokie budynki pełne są hoteli i sklepów a na odchodzących od nich ulicach nie brakuje knajpek – niby wszystkiego dużo, ale jakoś paradoksalnie kameralnie, bez tłumów jest jakoś tak fajnie, przyjemnie.


Hotel, mam zaraz przy dworcu – bliskość owa jest rzeczą totalnie strategiczną, pomocną przy porannych, jednodniowych ekskursjach pociągowo-autobusowych. Zameldowanie przypada na popołudnie, ale bez problemu można zostawić bagaże. Po ich zrzuceniu z lekkością ruszam poznać najbliższe okolice.

Początki miastowości Matsumoto sięgają czasów średniowiecza lecz faktyczne narodziny miasta związane są z późniejszym, burzliwym okresem Sengoku, zmaganiami klanów o panowanie nad kotliną i powstaniem potężnego, zachowanego do dziś zamku. Wspaniała warownia jako jedna z nielicznych w Japonii dotrwała naszych czasów w stanie niemal pierwotnym przyciągając do miasta niezliczone rzesze turystów. Jest to jednak ten ciekawy przypadek atrakcji, która zdaje się skupiać na sobie tak dużo uwagi, że pozostała część miasta mogłaby wręcz czuć zazdrość. Wydaje mi się jednak, że uczucie to Matsumoto jest obce i spokojna, błoga, nieśpieszna atmosfera rozlewająca się po uliczkach miasta w pełni oddaje miejscowy klimat.


Klimat, klimatem, ale moje historyczne spojrzenie często uciekało w rejony gorzkich przemyśleń stawianych przez Alexa Kerra, wielkiego entuzjasty, ale i nierzadko krytyka tego jak w powojennych dziesięcioleciach Japonia traktowała samą siebie. Wzrok poszukujący śladów po jōkamachi, dawnym mieście zamkowym z każdym rokiem coraz bardziej musi się wysilić, żegnając dawne zabudowania, na ich miejsce witając nie zawsze urodziwych następców. Dlatego warto docenić te części miasta, które są zachowane i odpowiednio się o nie dba, starając się zachować resztki ducha dawnego miasta.



Co jednak zaskakujące, inaczej niż w Tokio, na wiele ze współczesnych zmian patrzyłem tu jakoś tak, bardziej przychylnym (a w każdym razie nie tak wrogim) okiem. Cóż, może po prostu dobry nastrój działa cuda i nawet architektura daleka od mojej estetyki potrafi nie przeszkadzać. A tam, gdzie estetyka jednak trafia nawet i w 7 to już w ogóle robi się przyjemnie.

Spacerując spod dworca, w kilkanaście minut dotrzecie nad jedną z przecinających miasto rzek, Metobę (女鳥羽川). Rzeczka jest to skromna, ale urokliwa, wczesną wiosną posadzone nad nią wiśnie z pewnością przyciągają spacerowiczów. Przystając na jednym z kilku jej mostów warto zwrócić uwagę na budynek z wielką tarczą zegarową… oraz zegarem wahadłowym, największym w całej Japonii. To Timepiece Museum czyli prościej pisząc Muzeum Zegarów, miejsce opiekujące się dziedzictwem badacza Chikazo Hondy, który pięć dekad temu przekazał miastu swoją olbrzymią i niezwykłą kolekcję „budzików”.


Jeszcze w ubiegłym wieku Metoba była domem dla niezliczonych żab z rodziny kajika. Była. Niestety, potężne siły natury (w postaci tajfunu) w tandemie z potęgą ludzkich zaniedbań doprowadziły do znacznego zanieczyszczenia rzeki i wymarcia całej populacji. W roku 1972 mieszkańcy ufundowali niewielki chram, (a raczej kapliczkę) Kaeru Daimyōjin. Poświęcony sympatycznym płazom chram, jest wyrazem nadziei na ich powrót, ten jednak wciąż nie nastąpił. W każdym razie nie dosłownie, bo Metoba może i wciąż na kajika-kaeru czeka, ale ciągnąca się wzdłuż rzeki uliczka Nawate takiej cierpliwości nie miała i słynie dziś z niezliczonych żabich rzeźb: malutkich, symbolicznych jak i całkiem sporych, iście mangowych! Żabia symbolika wybrzmiewa w każdym sklepiku, tak z pamiątkami jak i słodyczami. I jest to świetna sprawa, życzę miejscowym by kiedyś, i żabi rechot ponownie dał się tu słyszeć.





Choć Nawate-dori jest dziś nierozerwalnie kojarzona z żabami to jej początki i pierwotna funkcja kierują nas w stronę chramu Yohashira, powstałego na początku ery Meiji. Nie jest to zwykłe miejsce kultu. Wizualnie nie odbiega od wielu podobnych, wyjątkowość przejawia za to w czczonych tu kami, czwórce jednych z pierwszych w shinto bóstw, trzech pierwszych bytach japońskiej mitologii, wyłonionych z chaosu Amenominakanushi, Takamimusubi, Kamimusubi oraz bogini Amaterasu. Chram poświęcony całej czwórce jest rzeczą rzadko spotykaną, ba, sam fakt kultu któregokolwiek z trzech pierwszych bytów jest już ciekawostką.



I właśnie, urokliwa uliczka Nawate. Jej początki sięgają czasów powstania chramu i w pewnym sensie są tożsame z uliczką Nakamise prowadzącą do tokijskiego Senso-ji. I tu, służyła ona pielgrzymom przybywającym z daleka, mogli nań odpocząć i coś przekąsić a także kupić pamiątki. I obecnie, przybywający wznosić modły, życzenia i podziękowania pielgrzymi korzystają z jej dobrodziejstw, jednak nie będzie chyba przesadą jeśli napiszę, że głównymi klientami znajdujących się na ulicy sklepików i kawiarni są dziś turyści.
Co językowo intrygujące uliczka bywa nazywana Kaeru-michi. Michi odpowiada drodze, ulicy, ale słowo kaeru (przy niuansach w zapisie) oznaczać może tak żabę, powrót do domu jak i móc kupić – w tym kontekście historia tak sklepików, pielgrzymów oraz miejscowych żab nabiera dodatkowych rumieńców.
Jedną z odpowiedzi na pytanie dlaczego w centrum tak niewiele historycznej, zabytkowej zabudowy są wielkie pożary z XVIII i XIX-wieku, nie mające dla drewnianej (w dużej mierze) tkanki litości. Spłonęła wówczas duża część centrum miasta, tak ta mieszkalna jak i handlowa, od XVI-wieku rozwijająca się wraz z zamkiem. Jakkolwiek by to jednak nie zabrzmiało z wielkich tragedii powstało coś co dziś zdecydowanie podnosi estetyczne walory miejscowych uliczek. W poszukiwaniu odpowiedzi jak walczyć z ogniem (a także i innymi naturalnymi niecnościami) japońskie domy i magazyny kura zaczęły przechodzić metamorfozy i choć wciąż drewno odgrywało w nich najważniejszą rolę to ich ściany otrzymały zjawiskową czarno-białą twarz. A raczej siatkę: na gliniane i zazwyczaj na biało otynkowane ściany nakładano ciemne, ceramiczne płytki a przestrzenie między nimi wypełniano jeszcze jedną, grubą warstwą tynku. Otrzymany efekt jako żywo przywodzi na myśl czarno-białą kratę – jej japońska nazwa namako-kabe odnosi się jednak do słonowodnego żyjątka, ogórka morskiego no ale kurde, jakimi ścieżkami podążały myśli kogoś kto na to porównanie wpadł nie wiem XD (z tego co czytałem nie tylko ja).



I tak spacerując wzdłuż Metoby dokonałem jednej z najgorszych decyzji podczas całej mojej obecności w Matsumoto – uznałem, że chwilowo nie warto przekraczać jednego z mostów by zajrzeć na ulicę Nakamachi, dawną ulicę handlową PEŁNĄ owych starych, magazynów w kratę. Wiecie, uznałem, że wrócę tam później, jak uporam się z resztą miasta. Najgorsza decyzja ever. Nie wróciłem bo spacer mnie pochłonął i jakoś powrót wyleciał z głowy. Ech. Do tego tematu jeszcze wrócimy a tymczasem ruszajmy dalej, ku największej atrakcji miasta!
MATSUMOTO – ZAMEK MATSUMOTO (松本城)
Chwila kiedy pierwszy raz spogląda się na japoński zamek, taki w pełnej okazałości (nie ważne czy zachowany jak tutaj w oryginale czy żelbetową powojenną rekonstrukcję) jest tym momentem kiedy szczęka, z głośnym „łups!” ląduje na ziemi! Człowiek może mieć na swoim koncie spotkania z największymi warowniami Europy, potężnymi zamkami i zespołami pałacowymi, monumentalnymi katedrami, ale i tak TA chwila robi piorunujące wrażenie. Charakterystyczna sylwetka japońskiej warowni, kiedyś rzecz tak odległa, co najwyżej do zobaczenia na ekranie telewizora w filmach Kurosawy, do „poczytania” w książkach Clavella czy do zdobycia w „Shogun Total War”, wznosiła się tuż przed moim nosem. Piękny, kilkupiętrowy kolos, otoczony szeroką fosą, zdystansowany od reszty miasta pozostałościami murów obronnych. Zamek Matsumoto, jeden z ostatnich, zachowanych w oryginale, liczący sobie przeszło 400 lat!



A niewiele brakowało i w jego miejscu oglądalibyśmy wielkie NIC. A w każdym razie na pewno nie zamek. Warownia korzenie ma XVI-wieczne, w swych najstarszych i najważniejszych elementach pamięta czasy przełomowe dla historii Japonii, ostatnie burzliwe lata okresu Sengoku, te nowsze powstały już za panowania siogunatu Tokugawa. Z łatwością da się zauważyć tę różnicę: stary zamek w tym obie wieże donżonowe powstawały w niespokojnym, pełnym przemocy czasie przez co jego charakter jest wybitnie warowny, obronny, niedostępny, z kolei lekko młodsza wieża Tsukimi powstała już w czasach spokojniejszych i wydaje się, że wręcz zaprasza w swoje podwoje.

Nie trzeba wiele by zrozumieć dlaczego zamek nazywany jest Czarnym, Kruczym – drewniana okładzina okalająca zewnętrzne ściany każdej z wież, od pierwszego do ostatniego piętra pokryta jest czarną farbą, lakierem, który nie tylko nadaje zamkowi uroku, ale i chroni go przed wilgocią. Wraz z otynkowanymi na biało ścianami i zjawiskowymi dachami pokrytymi tradycyjnymi, pięknie zdobionymi dachówkami otrzymujemy obraz, którym można się zachwycać długimi minutami.






I teraz pomyślmy, że w czasie restauracji Meiji, wiatr zachodzących w Japonii zmian bliski był zdmuchnięcia tego kilkusetletniego kolosa. W 1872 teren na jakim znajdował się zamek został wystawiony na sprzedaż. Kupiec się znalazł, jednak pomysłem na zagospodarowanie zamku zaskoczył wszystkich – wyburzenie warowni i postawienie w jej miejscu nowych zabudowań. Mieszkańcy, od zwykłych handlarzy po znanych filantropów postanowili do tego nie dopuścić, rozpoczęli zbiórkę i wspólnymi siłami odkupili zamkową ziemię. Uratowany zamek przetrwał, choć wiek i nawiedzające Japonię trzęsienia ziemi dawały mu się we znaki – finalnie wyremontowany, uznany został za Skarb Narodowy i po dziś dzień jest jednym z najważniejszych zabytków kraju.




Zwiedzanie zamkowych wnętrz jest jedną z nielicznych, niepowtarzalnych okazji doświadczenia ich klasycznej formy – tak innej od powojennych rekonstrukcji, nierzadko całkowicie pozbawiających zamki klimatu. Pięć (choć wszyscy wiedzą, że sześć) pięter głównej wieży, kilka poziomów pozostałych baszt zwiedza się na bosaka, buty chowając w siatce (lub plecaku jak się ma). Ach, czuć tę historię, drewniana, niekiedy wyślizgana podłoga skrzypi pod nogami, na kolejne piętra prowadzą wąskie i strome schody (te łączące czwarte i piąte piętro to niemal drabina, nachylenie 61 stopni pozdrawia!) a wraz z wysokością, z niewielkich strzelniczych okien coraz lepiej widać jak karkołomnym musiało być oblężenie takiego zamku. Na pierwszych piętrach, wzdłuż wąskich korytarzyków znajdziecie wystawy broni, zbroi, ceramiki, monet, poznacie historię zamku. Wyższe piętra, o wiele bardziej surowe ale i przestrzenne służyły panu zamku a w razie oblężenia odbywać się miały tam narady – okazji ku temu zbyt wiele nie było, ale nas najbardziej powinno interesować to, że widok z najwyższych pięter jest niczego sobie i już dla niego warto się tu wdrapać.








Zamek czynny otwarty jest przez cały rok (za wyłączeniem 3 ostatnich dni grudnia), od godz. 8.30 do 17.00, bilet dla osoby dorosłej kosztuje 1200 jenów przy zakupie przez inetrenet (1300 w kasie) – różne wariacje cenowe, jak i zmiany godzin w czasie największych świąt znajdziecie tutaj: ceny biletów, godziny otwarcia.



Ścieżkę do zamku przecina plac pełen idealnie przystrzyżonych drzewek ogrodowych jak i pozostawionych bardziej samopas wiśni. Tuż przed warownią, przy dużej dozie szczęścia spotkacie samuraja, ninję bądź też zbłąkanego szlachcica – to Omotenashi Squad, grupka zawsze chętna do zrobienia sobie z nimi zdjęcia. Prócz nich trafić też możecie na jednego z wielu wolontariuszy (często w wieku senioralnym), którzy zrobią co w ich mocy by pomóc.
MATSUMOTO: MAKARON SOBA i BASASHI
Uff, po takim dość intensywnym zamkozwiedzanku najlepszym co można zrobić jest szamanko! Matsumoto jak i cała prefektura Nagano są domem pysznego, delikatnego gryczanego makaronu soba. W mieście znajdziecie dziesiątki lokali gdzie sobę zjecie, w kilku będziecie mogli wziąć udział w warsztatach i sami zrobicie sobie makaron a w październiku przy szczęściu traficie na makaronowy festiwal. W okolicy zamku znajdziecie co najmniej kilka fajnych lokali. Jednym z nich jest Shinshu Soba Yamato, już z poziomu ulicy i krótkiej kolejki lokalsów dający nadzieję na dobre co nieco. W menu klasycznie, soba w opcjach na ciepło i zimno, w różnych wariacjach: z kaczką, tartymi pyrkami yamaimo czy krewetką w tempurze. Wersja na zimno, zaru soba chodziła za mną od dawno i o rety, kapitalne to jest! A jakże proste: mamy makaron, czarkę z sosem tsuyu (na bazie sosu sojowego, mirinu i rybnego bulionu dashi) do tego dodatki w postaci, pora, cebulki, wasabi oraz dyni i krewetki w tempurze. Małe dodatki lądują w tsuyu, w którym maczamy makaron i z głośnym „Siooooorb” wciągamy do paszczy 😀 Tak proste a pyszne, jakby to powiedział cesarz Robert, esencjonalne! A jeśli zostanie wam sosu to można go zalać gorącą wodą i na odchodne ma się łyk zupy 🙂 Super rzecz.

Będąc w Matsumoto musiałem jednak spróbować jeszcze jednej, diablo lokalnej rzeczy. Basashi (馬刺し) czyli surowa… konina, specjalność prefektury Kumamoto, ale rzecz niezwykle popularna w prefekturze Nagano. Rzecz podawana w formie sashimi, plastrów surowego mięsa w akompaniamencie tartego imbiru, wasabi i sosu sojowego. Co mnie podkusiło by spróbować konia i czy nie miałem z tym problemu? No nie miałem, konie – niezależnie od tego, że są zwierzętami o niezwykłej naturze – w odróżnieniu do psów czy kotów, zawsze traktowałem jako takie, które mogą też służyć… no do konsumpcji (choć raczej stawiałem je na końcu kolejki), wszakże w Polsce konina była i wciąż jest dostępna (choć raczej dość rzadko) a i nasz kraj jest jednym z większych eksporterów koni rzeźnych w Europie. No nie wiem, jakoś tam naturalnie konina nie wydawała mi się mięsem wokół, którego powinno powstać jakieś tabu – totalnie jednak rozumiem, że dla wielu choćby spróbowanie takiego mięsa to za dużo. Wiecie, sam mając okazję chciałem zobaczyć jakie jest bo nie wiem kiedy (czy) spróbuję go ponownie. W każdym razie basashi w takiej formie jak podaje się je w Japonii jest niezwykle pyszne, delikatne, rozpływające się w ustach. Lokali z basashi znajdziecie w mieście bez liku, jak spróbowałem w miejscu o nazwie Meat & Wine nieopodal dworca, w lokalu gwarnym, ale fajnym, składającym się z kilku mniejszych oferujących różne jedzonko.

MATSUMOTO: SPACERY, SPACERY, CIĄG DALSZY SPACERÓW
Dalszy spacer zaczynam od miejsca oferującego inne, ciekawe spojrzenie na zamek. Ratusz w Mastumoto leży na wschód od warowni. o rzut beretem dosłownie. Nowoczesny budynek poszczycić się może niewielką platformą widokową. By do niej dotrzeć trzeba wjechać na 5 piętro budynku, ukłonić się pracującym urzędnikom (raczej już przyzwyczajonym, że na 100 petentów pojawia się jeden turysta), i schodami wspiąć się o jeszcze jedno piętro. Platforma na dachu daje całkiem fajne widoki, tak na zamek jak i miasto, w słoneczne dni jest jednak niczym szklarnia, bardzo szybko robi się ciepło, ale któreś z okien powinno dać się uchylić. Na krótką wizytę i kilka zdjęć warto tu wpaść.





Jeśli wcześniejszy spacer zdarzało mi się określać mianem spokojnego tak teraz, na wschód od zewnętrznej fosy zamku (i ratusza) zaczął się już zupełny chill, pustawe uliczki, piękne popołudniowe słońce. Współczesna zabudowa tworzyła mozaikę z małymi sklepikami obitymi blachą i willami z czasów Taishō roman, okresu kiedy zachodnie idee na serio zaczęły przenikać do miejscowej sztuki, mody czy architektury. Niewielkie gmachy łączące w sobie japońską i europejską myśl stawały się siedzibami banków i innych urzędów i co ciekawe wiele z nich do dziś nie dość, że przetrwała to wciąż pełni podobne funkcje. I ich widok wielce był intrygującym.




Ponownie spotkana Metoba w popołudniowym słońcu, z górami w tle prezentowała się o wiele dostojniej niż w centrum. To był TEN moment kiedy płowieniem zawitać na Nakamachi-dori, ale miast tego uliczkę przeciąłem podążając dalej na południe, na krótkie spotkanie z najsłynniejszą córką Matsumoto.

Yayoi Kusama, artystka jedyna w swoim rodzaju, intrygująca, przekraczająca granice aktywistka, kobieta zmagająca się z traumami dzieciństwa, z własnej woli od kilku dziesięcioleci poddająca się leczeniu w szpitalu psychiatrycznym. Wciąż tworząca, od niedawna najdroższa artystka w historii. Postać o niezwykle ciekawej, ale i trudnej historii (a z pewnością latach dorastania nie do pozazdroszczenia), artystka wybitna, ale i nie tak łatwa do rozgryzienia, której dzieła i performanse pewnie wielu mogą wydawać się niezrozumiałe. Ba sam nawet nie staram się do niej podchodzić nie na poziomie zrozumienia a raczej czucia, bądź nie. Anyway, nawet jeśli nie kojarzycie jej nazwiska to istnieje duża szansa, że spotkaliście się z jej kropkami.


Kusama przyszła na świat w Matusmoto i nie ma się co dziwić, że w mieście znajduje się poświęcone jej muzeum. Oczywiście, jako geniusz, na spacer doń wybrałem poniedziałek a jak wiemy muzea nie lubią poniedziałków i jedyne co mi zostało to pocałować klamkę. Na szczęście sam budynek jest w pewnym sensie planszą z jej dziełami a na placu przed muzeum znajduje się instalacja, „The Visionary Flowers”. I choć kwiaty w świecie Kusamy mają duże znaczenie, nierzadko stawiając naprzeciw sobie życie i śmierć, tworzenie ze zniszczeniem to myślę, że każdy sam odpowie sobie na pytanie co widzi i czuje patrząc na poskręcane, pełne kropek rośliny.



Nieopodal w labiryncie uliczek trafić można na sąsiadujące ze sobą buddyjską świątynię i shintoistyczny chram. Pierwsza, Zenkyuin jest dowodem na burzliwą historię i nie zawsze pokojowe współistnienie najważniejszych w Japonii religii. Przetrwałą jednak antybuddyjskie nastroje początku okresu Meiji i po dziś dzień służy miejscowej społeczności. I wiecie co? Odwiedziłem na tym wyjeździe wiele świątyń, ale tak cudownych, ekspresyjnych rzeźb Raijina i Fujina jak tutaj to nie spotkałem nigdzie indziej. Już dla samego tego faktu cieszę się, że tu zbłądziłem.



Shintoistyczny chram nosi nazwę Fukashi-jinja i już samo to powinno nas zainteresować – Fukashi jest bowiem historyczną nazwą dla miasta powstałego wokół zamku. Chram założono jeszcze w XIV wieku poświęcając go bóstwu wojny Takeminakatatomi-no-mikoto, jego fundator Sadamune Ogasawara, ówczesny władca najbliższej okolicy, w ten sposób chciał uczcić upadek siogunatu Kamakura. O jego randze i silnych powiązaniach z okolicznymi władcami niech świadczy fakt, że wraz z budową zamku pierwotna nazwa Miyamura Daimyojin ustąpiła miejsca tej z warownią bezpośrednio związanej.


Kompleks jest niewielki, ale bardzo okazały, w popołudnie niemal pusty, zresztą Pawilon Główny był już zamknięty i jedyne co pozostawało to spacer między budynkami, kapliczkami i intrygującymi rzeźbami – w chramie jako kami czczony jest m.in. Michizane Sugawara, dość znacząca postać z okresu Heian, polityk, ale i poeta, kaligraf. Najciekawsze były jednak poszczególne budynki, niby wedle klasycznego wzoru a jednak ich malowanie sprawiało, że przystawało się na dłuższą chwilę. Bardzo fajne, kontemplacyjne miejsce.


Dziś z perspektywy czasu wiem, że z przyjemnością tu wrócę bo też STARSZNIE dużo zostało jeszcze do zobaczenia. Nie tylko Nakamachi pochwalić się może historyczną zabudową, podobnych uliczek jest więcej i chętnie je wszystkie odwiedzę. Do tego kilka muzeów, do których tym razem nawet się nie zbliżyłem, parki z punktami widokowymi (położone co prawda z dala od miejskiego centrum, ale to szczegół) czy w końcu miasto po zmroku, coś co w czasie całego tego wyjazdu potraktowałem po macoszemu – tak, przy następnym mam zamiar nadrobić to i owo!
Mam mimo to nadzieję, że powyższy spacer był wystarczająco zachęcający i w swoich japońskich planach zapiszecie sobie Matsumoto wysoko na bucketliście 🙂






